Świt na El Tatio i noc w Salcie. Tam, gdzie kończy się asfalt, zaczyna się przygoda

07/11/2025 16:40

Wulkan El Tatio budzi się, gdy świat jeszcze śpi. Para unosi się spod ziemi jak oddech uwięzionego smoka, a mróz szczypie w twarz tak mocno, że kawa z termosu smakuje jak eliksir życia. Wyruszyliśmy z San Pedro de Atacama przed świtem, chińskim autem, które co chwilę traciło siły na stromych podjazdach. Potem były gejzery, siarka, gorące źródła, spalona skóra i podróż przez Andy do Salty — miasta, które tańczy i śpiewa do rana. Po drodze – drogi, które nie wybaczają błędów, ludzie, którzy żyją prościej, i niebo, które zdaje się bliższe niż gdziekolwiek indziej.

Kraina ognia i lodu

Ostatnim akordem naszej podróży po Chile był wulkan El Tatio. Chcieliśmy zobaczyć gejzery, które rozsiane są na jego szczycie niczym grzyby po deszczu. Problem w tym, że gejzery zaczynają tętnić życiem po zachodzie słońca, a wygaszają swoją aktywność niedługo potem, jak słońce pojawi się na niebie. San Pedro de Atacama przez kilka dni było naszą bazą wypadową. Żeby dotrzeć na szczyt wulkanu i zdążyć, musieliśmy ruszyć co najmniej o 4.30 rano. Odpaliliśmy nasz chiński samochód, który udało nam się wypożyczyć zamiast wcześniej obiecywanej terenówki. Miejski samochód co chwila słabł na stromych, krętych podjazdach, wiodących szutrowymi drogami — z zazdrością patrzyliśmy, jak mijają nas terenówki pracowników parku. Gdybyśmy wiedzieli, że tak wygląda trasa, pewnie skorzystalibyśmy z oferty jakiegoś przewoźnika, ale my jak zwykle wiemy lepiej…

Na szczęście udało się. Przed siódmą wyszliśmy z samochodu i natychmiast schowaliśmy się z powrotem. Temperatura na ponad 4300 m n.p.m. – minus 10 stopni! Na szczęście mieliśmy ze sobą zimowe kurtki, które zapomnieliśmy zostawić w Warszawie. Wszystko się przydało – czapki, rękawiczki. Widok, jaki ujrzeliśmy, był nieziemski, a raczej piekielny. Wszędzie buchająca spod ziemi para, wszędzie zapach siarki. Całości dopełniał wschód słońca, który z każdą minutą zmieniał barwy gór otaczających gejzerowe pole.

Słońce, które parzy najmocniej

Dwie godziny później byliśmy w gorących źródłach niedaleko San Pedro. Rzeka, która wypływała spod jednej z gór, miała 35 stopni. Chilijczycy tak sprytnie to zorganizowali, że co kilkadziesiąt metrów robili piękne, naturalnie zaaranżowane laguny. W sumie siedem. W każdej woda miała nieco niższą temperaturę. Wszyscy zaczynali kąpiele w solankach od najniżej położonej, gdzie woda miała 28 stopni. Im wyżej, tym cieplej. Tak nas oczarowało to miejsce, że zapomnieliśmy się posmarować filtrami przeciwsłonecznymi. Półtorej godziny przyjemności okupiłem trzema dniami bólu wywołanego spalonymi plecami. Atacama jest miejscem, gdzie poziom UV jest najwyższy na świecie – kilka minut na słońcu, nawet jeśli temperatura jest niska, naprawdę bardzo szkodzi. Dlatego miejscowi, którzy żyją w tym regionie, nie rozstają się z czapkami z daszkiem, kapeluszami, nakryciami karku. Noszą też grube kurtki, nawet gdy nam wydaje się, że jest bardzo ciepło. Wiedzą, że to złudne, że za chwilę temperatura może gwałtownie spaść, a zimny, silny wiatr dokończy robotę. Tu wszyscy zakrywają też chustami usta i nos, noszą okulary przeciwsłoneczne.

Przez Andy do Salty

Z Chile ruszyliśmy na wschód, przez Andy do Salty w Argentynie. Dwanaście godzin podróży autobusem. Nie było źle — czytaliśmy książki, gazety, podziwialiśmy widoki. Region Salty, zdaniem samych Argentyńczyków, jest piękniejszy od Patagonii – to dla nich turystyczne serce kraju. Będąc w Patagonii, trudno było nam sobie wyobrazić, że może być coś piękniejszego. Dlatego też postanowiliśmy drugi raz przybyć do Ameryki Południowej, by to sprawdzić.

Region Salty wciśnięty jest pomiędzy Chile od zachodu, Boliwię od północy i Paragwaj od wschodu. Wszystko, co najpiękniejsze, zaczyna się na wysokości 2500 m n.p.m. Purmamarca, Tilcara, Humahuaca – to miejscowości znane w całej Argentynie, słynące z bajecznych widoków na wielobarwne góry. Znajomi, którym wysyłaliśmy zdjęcia, nie wierzyli. Myśleli, że to sztuczna inteligencja obrabia nam fotografie. Nic z tych rzeczy – wszystko robiliśmy telefonami komórkowymi, a mimo to efekt był oszałamiający.
Iruya – miasteczko na końcu świata

Angelice, jak zawsze, było mało. Stopniowo przemycała informacje, że może byśmy tak ruszyli do Iruyi? Mówię, że nie ma problemu, ale gdzie to właściwie jest – pytam. Okazało się, że Iruya to miasteczko wciśnięte pomiędzy górskie zbocza Andów. Aby się tam dostać, należało pokonać przełęcz na wysokości ponad czterech tysięcy metrów. Tym razem mieliśmy Forda Rangera z napędem na cztery koła, więc ruszyliśmy w ponad 50–kilometrową podróż szutrową drogą.

Widoki, jakimi uraczyły nas góry, były bajeczne. Nawet jazda serpentynami wąskiej górskiej drogi była niezwykłym przeżyciem. Co chwila zatrzymywaliśmy się, by uwiecznić to, co przyszło nam oglądać. Po ponad dwóch godzinach dotarliśmy do Iruyi — 10–tysięcznego miasteczka, w którym było dosłownie wszystko: szkoła, szpital, kościół, sklep, stacja paliw. Uczniowie mieli nawet wielką halę sportową z betonową posadzką i blaszanym dachem, chroniącym przed słońcem. Internet zapewniały odbiorniki Starlink, które tu cieszą się wielką popularnością.

Do Iruyi serpentynami jeździ raz dziennie autobus. Mieszkańcy mają własną równiarkę i koparkę – sprzęt, którym nieustannie dbają, by droga była równa, przejezdna i w miarę bezpieczna. Nie ma samorządowego zakładu, który zrobi to za nich. Sami wszystkiego pilnują. Tu nikt nie stawia barierek, znaków, spowalniaczy – tu ludzie wiedzą, że trzeba liczyć przede wszystkim na własny rozum.

Z czego żyją miejscowi? Przede wszystkim z rolnictwa i hodowli kóz, owiec, bydła. Coraz więcej osób utrzymuje się też z turystów, którzy – podobnie jak my – z ciekawości zapuszczają się w te rejony, położone z dala od głównych szlaków. Bo region Salty to przede wszystkim raj dla motocyklistów. Dla nich szutry to wymarzone drogi. Okurzeni, przemierzają na swoich maszynach setki, a nawet tysiące kilometrów – niektórzy samotnie, inni w grupach, z bagażami przytroczonymi do motocykli. Przyjeżdżają tu z całego świata, kierując się potem dalej na południe, do Patagonii. My wyjechaliśmy na cały miesiąc, wielu z nich rusza w podróż, która trwa nawet pół roku.

Salta – miasto, które tańczy nocą

Zasada jest prosta – im wyżej, tym wszystko droższe: jedzenie, picie, paliwo, noclegi. Kto chce przeżyć ciekawsze doznania, musi liczyć się z większymi kosztami. Argentyńczycy mają dietę opartą głównie na mięsie – kurczaki, wieprzowina i wołowina królują. Do tego lokalne przyprawy, warzywa, zboża, sery. Króluje kukurydza. My zajadaliśmy się tortillą i empanadosami – zapiekanymi pierożkami w cieście, nadziewanymi serem, mięsem albo warzywami. A słynne argentyńskie steki i wina? Tak, wielu przyjeżdża tu właśnie dla tych kulinarnych doznań – i słusznie, bo faktycznie są fantastyczne.

Argentyna słynie z win – każdy region ma swoje winnice. Te z okolic Salty, z rejonu Cafayate, należą do najlepszych. Mieliśmy okazję skosztować ich w Salcie – cudownym mieście, w którym zwyczajnie się zakochałem. To miasto żyje 24 godziny na dobę. Jego wąskie uliczki w centrum nocą zamieniają się w bajeczne miejsce, a ludzie nadają mu rytm, jakiego nigdzie indziej nie spotkałem. Wszędzie widać ludzi – na ulicach, na chodnikach, dzieci, młodych, starszych. Są uśmiechnięci, życzliwi.

To zupełnie inne miasto niż te, z którymi mamy do czynienia w Europie – mimo że i tu wszędzie wchodzi technologia. Na szczęście nie tracą jeszcze swojego argentyńskiego ducha. Może dlatego, że region ten nie został jeszcze odkryty przez zagraniczne, turystyczne korporacje, które prędzej czy później również tu zawitają, bazując dziś w ogromnym stopniu na Argentyńczykach.

Ostatniego dnia pobytu trafiliśmy do restauracji, jakich tu dziesiątki. Wszystkie z muzyką na żywo, ulicznymi ogródkami, pełne ludzi, którzy zaczynają się tu schodzić nie wcześniej niż o 21. Tu zawsze pytają – skąd jesteś? Kiedy powiedzieliśmy, że z Polski, nie dali nam żyć – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Tańcom, śpiewom nie było końca. Bawili się wszyscy – ludzie, którzy po raz pierwszy i pewnie ostatni widzieli się w życiu. Mimo że wielu z nich ma ciężkie życie, żyją i cieszą się każdą mile spędzoną chwilą. Tego im zazdroszczę.

Mariusz Leszczyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/11/2025 21:24

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wandzie - niezalogowany 2025-11-09 12:53:16

    Samochwała....

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Po Krakowskim... - niezalogowany 2025-11-09 13:58:16

    "Szedłem kiedyś mimo mili...Zarzucają mi negację i wewnętrzną emigrację...MOTTO???

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Caziu - niezalogowany 2025-11-10 19:45:51

    Wspaniała podróż, przygoda, widoki i przekaz dla mieszkańców i wszystkich kochających podróże. Tylko trolle zazdroszczą ale im wystarczą 4 ściany i komp do hejtowania.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki