Ze łzami w oczach wspomina historię, którą do tej pory znało niewielu. Z Kazimierzem Bieluszko rozmawia Piotr Steffen
Ponoć od kilku miesięcy rzeczywiście korzysta Pan z przywilejów emeryta i zwolnił Pan nieco tryb życia?
Tak. Na emeryturę przeszedłem w wieku 65 lat, ale przez ponad pięć lat działałem jeszcze w naszej rodzinnej hurtowni, tzn. wciąż pracowałem jako jej właściciel. Wszystko odbywało się jak najbardziej legalnie, pobierałem moją skromną emeryturę, a w firmie płaciłem podatek od zysku. Interes kręci się przyzwoicie. Za tamten rok wykazaliśmy 4,5 mln obrotu, 140 tys. zł zysku. Przez lata starałem się należycie pilnować rodzinnego interesu. Na gospodarstwie jako młody chłopak, który przejął je po rodzicach, zaczynałem od 8 hektarów, a z synami doszliśmy do 150. Teraz podzieliliśmy wszystko na synów, najmłodszy od dwóch lat stopniowo przejmował hurtownię, a teraz w zasadzie zarządza już wszystkim, dzięki czemu ja faktycznie mogę spokojnie przechodzić w stan spoczynku.
Jest Pan dumny z tej kilkudziesięcioletniej pracy – dorobku rodziny Bieluszko?
Bardzo dumny. Cieszę się, że piątka dzieci, która doszła do naszej rodziny, czyli zięciowie i synowe, bo to też nasze dzieci, są tak samo wartościowymi ludźmi jak nasze rodzone dzieci. Szczęśliwy jestem, że mamy tak wspaniałą rodzinę.
Zgodziłby się Pan ze stwierdzeniem, że Bieluszki to rodzina zaliczająca się do tych szczególnie poważanych w Lipce? Być może rodzina lokalnych potentatów?
(Uśmiech). Uważam, że jest wiele innych bardziej poważanych rodzin w naszym regionie. Także ze względu na ich historyczne pochodzenie. Choćby rodzina Grochowskich, która jest rodziną rodową, rodzina Schienke, Jałoszyńskich czy Kuszlów. Ale z nas też jestem bardzo dumny, bo nie ma może u nas żadnych wybitnych jednostek, wynoszących się, ale nie ma też czarnych owiec, wszyscy jesteśmy na równym, przyzwoitym poziomie. Wszyscy bardzo się lubimy i szanujemy.
[[reklama]]
Czuje się Pan jeszcze dzisiaj rodzinie do czegoś konkretnego potrzebny?
W zasadzie nie. Nasze młodsze pokolenie jest już jak duży ptak, który wyfrunął z gniazda i nauczył się latać. Ze strony mojej czy małżonki chodzi już teraz po prostu o podtrzymywanie tych więzi. Taka szczególnie rodzinna to jest właśnie żona. Ja to u nas w domu zawsze od pracy bardziej byłem, od działalności społecznej, a małżonka dba o to domowe ognisko.
Jak daleko sięgają w tych stronach korzenie rodu Bieluszków?
Niedaleko. Jesteśmy napływową rodziną. Przed laty ojciec i matka przybyli tutaj z terenów obecnej Ukrainy. Dokładnie z tych obszarów, gdzie były największe nasze nieszczęścia narodowe, gdzie w czystkach zginęło najwięcej Polaków, czyli z okolic Wołynia, a konkretnie ze wsi Burzany. Mój ojciec wcześnie zmarł, miał 57 lat. Byłem wtedy nastolatkiem. Mama przez wiele lat nie chciała mi powiedzieć, gdzie się urodziłem. Bała się, że pojadę w tamte strony i mnie zabiją, nawet po latach. Ojciec, jak wielu innych Polaków w tamtym czasie, pracował u hrabiostwa. Był tam poważanym człowiekiem, zarządzał majątkami tych ludzi. Ale jak zaczęły się czystki na Ukrainie, to i nas nie chcieli oszczędzić. Mieszkałem tam do czwartego roku życia, więc nic w zasadzie nie pamiętam. Z opowieści wiem, że chcieli nas zatłuc, dlatego rodzice zabrali nas i uciekli. Mama dobre serce miała, pomagała Ukraińcom, dlatego gdy zaczęły się czystki, dali jej znać, że ma uciekać. Gdy już rodzice z nami uciekali, dorwała nas grupa Ukraińców. Był tam taki zwyczaj, że jak mieli cię zabić, sam kopałeś sobie najpierw grób. Matka już kopała taką jamę. Nadjechali... (wzruszony pan Kazimierz wyciąga z kieszeni chusteczkę i przeciera oczy).
W wielu sytuacjach Pana widziałem, ale pierwszy raz widzę Pana ze łzami w oczach.
(Chwila milczenia). Bo cała ta historia wciąż budzi we mnie duże emocje. Nadjechali inni miejscowi Ukraińcy, którzy ją, nas, bo też tam wtedy byłem, obronili. Ja o tym wszystkim dopiero niedawno się dowiedziałem, zaledwie kilka lat temu.
Od kogo?
Od najstarszej siostry. Matka do śmierci nam o tym nie powiedziała. Bała się, że pojedziemy w tamte strony i nawet po latach nas pozabijają. Siostry też specjalnie nie naciskałem o przekazywanie tych informacji, wiedziałem, że mama i starsze rodzeństwo przez lata nie chciało opowiadać tych historii. Ale w końcu wyszło przy jakiejś rodzinnej rozmowie.
[[nowa_strona]]
Pojechał Pan w rodzinne okolice?
Dwa razy byliśmy, tzn. ja i rodzeństwo. Znaleźliśmy tę miejscowość. Okazało się, że byliśmy zaledwie drugą rodziną z Polski, która pokazała się na tym terenie od tamtych czasów. Nawet po tylu dziesięcioleciach ludzie rzeczywiście bali się tam jeździć. A my nie dość, że tam trafiliśmy, to jeszcze znaleźliśmy ludzi, Ukraińców, którzy pamiętali rodziców. Jak tam dotarliśmy powiedziałem im wprost: jedni z was chcieli mnie zabić, inni ocalili, przyjechałem was odwiedzić. Dlatego tu jestem. Byli w szoku.
Jak was przyjęli?
Dobrze. Sporo rozmawialiśmy o narodowych, historycznych zaszłościach, podeszliśmy do tematu po ludzku, na zasadzie: jak to człowiek może wyniszczać drugiego człowieka. Polaków tam nie lubili, bo my ponoć już w tamtych latach mieliśmy zapał, żeby sobie w życiu jakoś sytuację polepszyć, byliśmy pracowici. To naszemu narodowi do dzisiaj chyba zostało, stąd tak chętnie za granicę wyjeżdżamy zarobić. Taka stara Ukrainka, właśnie ta, która rodziców dobrze pamiętała, przyznała, że podziwia nas za odwagę, za to, że jednak tam przyjechaliśmy. Bo tam naprawdę wielu Polaków zginęło, również żołnierzy. W tych właśnie okolicach.
[[reklama]]
Rozmawia Pan o tych sprawach ze swoimi dziećmi? Wiedzą, że to dla Pana ważny i wciąż emocjonujący temat?
Moje dzieci też tam były. My też pojechaliśmy tam drugi raz, bo dowiedziałem się, że w jednym z tamtejszych domów została jedna Polka. Chciałem to koniecznie sprawdzić. Chciałem dowiedzieć się, jak to się stało, że tyle lat, pomimo ówczesnych czystek, jednak tam przeżyła. Bo to niemożliwe się wydawało. Opowiadali nam o pewnej sytuacji, jak to jakiś stary Ukrainiec zarąbał swojego syna, bo ten chciał matkę Polkę zabić. Ukraińcy nie ruszyli ojca, uznano, że to była wewnętrzna, rodzinna sprawa. Ale mówię o tym, żeby uzmysłowić, jak bardzo silna była tam wtedy nagonka na Polaków. Dlatego tak zależało mi, żeby odnaleźć tę starszą kobietę i usłyszeć, jak to się stało, że ona jednak przeżyła. Więc pojechaliśmy. Przed domem siedział starszy człowiek. To był jej mąż. Zaprosili do środka. Po chwili rozmowy pokazał dokument, stary, zniszczony, podpisany osobiście przez Stalina. Ten człowiek to był Rosjanin, oddelegowany swego czasu przez sowieckie władze do sprawowania kontroli nad miejscową ludnością. Tylko dlatego jego żona przeżyła. Obojętnie czy byłaby Polką, czy wywodziłaby się z innej nacji, była nietykalna. Ten stary człowiek przyznał, że gdyby ktoś ruszył ją wtedy, tej wioski by nie było. Ukraińcy bali się go, tylko dlatego żona przeżyła.
Pojechałem też, bo chciałem znaleźć zestaw porcelanowy, który ponoć mama gdzieś tam zakopała, a który dostali od mojego chrzestnego. Mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie szukać, ale nie znaleźliśmy. Bieda tam jest, daliśmy niektórym trochę pieniędzy i wróciliśmy. To chyba rzeczywiście niebezpieczne tereny, bo gdy jechaliśmy te kilka lat temu, mieliśmy informacje z ambasady, żeby w razie problemów łączyć się właśnie z ambasadą.
W głębi serca obawiał się Pan tych podróży?
Ani trochę. Prosto w oczy im patrzyłem jak rozmawialiśmy. Mało tego. Okazało się, że bracia tej kobiety, nie wiem czy od strony ojca czy matki, mieszkali w Polsce. Jeden w Szczecinie, drugi w Łodzi, a trzeci w okolicach Złotowa. Nieistotne gdzie, bo może ludzie nie życzyliby sobie takich informacji. Cała ta rodzina współpracowała wtedy z Rosjanami, a jak był front, uciekali. Spotkałem się z dwójką tych braci, obecnie już nie żyją. Przed śmiercią tego, który zamieszkał w naszym powiecie, przyjechał do niego wójt tej ukraińskiej gminy, będąc w naszych okolicach w podróży. Wiedział, że też mieszkam w tych stronach. Chciał się ze mną spotkać, ale mnie nie było wtedy na miejscu i nie udało się spotkać. Czekał trzy, czy cztery godziny, ale nie mogli mnie złapać, bo ja nie mam przecież komórki.
No właśnie, dlaczego?
Przed laty miałem jedną, i to pewnie jako jeden z pierwszych w regionie. Taką wielką cegłę, pamiętam, że kosztowała wtedy 1400 złotych. Jadąc kiedyś samochodem prawie przez nią wypadek spowodowałem, mało brakowało, a przy 90 km/h wypadłbym z zakrętu. Stwierdziłem, że to nie dla mnie, że to niebezpieczne. Dałem telefon koledze, który prowadził duży interes, stwierdziłem, że jemu bardziej będzie potrzebny, a mnie niekoniecznie. Choć dzisiaj wiem, że to potrzebne w obecnych czasach urządzenie. Kto wie, może jednak jakąś sobie kupię? Niejednokrotnie dziwiono się, że właściciel hurtowni nie ma komórki, ale jakoś przez lata nie przeszkadzało to w prowadzeniu interesu. Zawsze wychodziłem z założenia, że jak ktoś chce ze mną porozmawiać, znajdziemy się i spotkamy.
[[nowa_strona]]
Wspomniał Pan o biznesie, pieniądzach... Nigdy ich Panu nie brakowało, czy bywały trudne czasy?
Trafił Pan w samo sedno. Żeby zabrać się za gospodarkę, musiałem swoje w życiu przejść. Do szkoły średniej nie zdałem egzaminów, więc została mi szkoła zawodowa, a konkretnie zawód stolarza. A ojciec chciał, żebym średnią skończył, sam też był absolwentem rolniczej szkoły średniej. To był mądry człowiek. Zawiedziony był, że tej średniej nie skończyłem. Jak ojciec zmarł, a miałem wtedy 18 lat, musiałem przejąć po nim gospodarkę. Ojciec nigdy nie sprzyjał komunie. Miał być nawet szefem jednych z PGR-ów, ale nie chciał, był przeciwny komunistom. Więc robili mu pod górkę za systemu. Kiedyś z grupą ludzi zainwestował w len. Ten pięknie urósł, ale wichury wszystko położyły. Został oszukany, wspólnicy wypieli się na niego i tak stracił sporo pieniędzy. Później, gdy ja wszystko przejmowałem, wziąłem dobytek razem z długami.
Zaczynał Pan zatem na dużym minusie?
Na dużym nie, bo z dużego pewnie bym nie wyszedł. Ale jednak na starcie rzeczywiście byłem do tyłu. No, ale podnieśliśmy się jakoś.
[[reklama]]
Ojca komuniści nie przekonali, ale Pan dał się namówić na partyjną przynależność...
Od początku niektórzy mi mówili, że jak nie wstąpię do partii, to nie dam rady z gospodarstwem, że bez wsparcia ludzi z systemu długo nie pociągnę. Młody byłem, bałem się, że sam faktycznie nie sprostam sytuacji, więc wstąpiłem do PZPR. Tzn. przez rok byłem takim pretendentem, bo członkostwa ot tak wtedy nie dawali. Lokalna młodzież też chciała w tym czasie działać, więc powstał lipkowski Związek Młodzieży Wiejskiej. Już wtedy swoim postępowaniem udowadniałem jednak, że z partią nie jest mi po drodze. Raz pojechałem z pielgrzymką do Częstochowy, to już wtedy szukali na mnie haka. Pewien milicjant sam mi o tym powiedział. Znał mnie, więc uszło mi płazem. Z kolei pół roku później rekolekcje w Lipce mieliśmy. Był u nas taki ksiądz major, jak się dowiedział, że takie numery odwalam, pytał, jak ja to robię i co właściwie planuję. Mówiłem mu, że system systemem, ale do ludzi po ludzku trzeba i że ze wszystkimi trzeba dobrze żyć. Pamiętam, że często mówił, iż to bezskuteczne, że próbuję wodę z ogniem godzić, a on twierdził, że to niemożliwe. Ale próbowałem. Pamiętam, że kiedyś ktoś do powiatu doniósł, że tego dnia i o tej godzinie będą u nas rekolekcje. Więc na siłę zrobili wiec gminnej młodzieży. Barbarowicz był wtedy sekretarzem w powiecie. Powiedziałem naszemu księdzu, żeby na 14.00 mszę przełożył, bo towarzysz sekretarz wiec w południe organizuje. Nawyzywał, powtórzył tradycyjnie, że wody i ognia nie pogodzisz, ale za namową innych, którzy się za mną wstawili, zgodził się. Zebranie się zaczęło, ale nie chcieli go skończyć. O 13.30 mówię do Barbarowicza, że o 14.00 msza i kończymy. – O Bieluszko, tak partii to wy nie będziecie traktować! Za plecami Polski Ludowej... – odparł wściekły. No i zaczęli przeciągać. Po kilku minutach oznajmiłem po cichu raz jeszcze, że zaraz wychodzę, bo msza się zaczyna. – Nie zrobisz tego – usłyszałem. I wstałem. Powiedziałem do wszystkich grzecznie, że msza się zaczyna, że przepraszam wszystkich, ale wychodzę i że kto z młodzieży chce pójść, proszę bardzo... Niemal cała sala, a było kilkadziesiąt osób, wyszła. Dwóch zostało, mieszkają do dzisiaj w Lipce, mniejsza z tym kto, w każdym razie na pewno mogliby potwierdzić. Za dwa dni wezwali mnie do Złotowa. Nasłuchałem się, że jeszcze gorszy od ojca jestem, że pertraktacji z Kościołem mi się zachciało. Wyciągnąłem ręce, powiedziałem, że albo kajdanki zakładacie, albo wychodzę, bo nie mam z kim tutaj rozmawiać. Puścili mnie, sprawa się rozmyła. Innym razem jakieś odznaczenie na dożynkach w Tarnówce chcieli mi wręczyć. Nie zdążyłem zejść z podestu, a już je zerwałem. Też wyszło zamieszanie. W każdym razie, taki był oto ze mnie członek partii.
[[nowa_strona]]
Urodzony działacz społeczny, dusza towarzystwa, człowiek ciepły, serdeczny – tak inni o Panu mówią. A jak sam Pan siebie postrzega?
Tak samo, jak 50 lat temu. Nie przeszkadza mi żadna partia, żadna nie jest zobowiązaniem i żadna mnie do przynależności nie skusiła. Ani PSL, w którego powstanie w tych stronach byłem nieco zaangażowany, ani nawet PiS, którego jestem wielkim sympatykiem. Liczy się bycie człowiekiem i wspólne dobro. Polska się liczy. A jak Pan myśli, dlaczego hurtownia Polska się nazywa?
Niejeden pomyśli, że z Pana trochę życiowy naiwniak.
Mam tego świadomość. I to jest problem ludzi. Że nie wyznają wyższych wartości. Ja nie mówię, że każdy ma być wierzący w Boga, rozumiem, jeśli ktoś nie jest, też go szanuję. Tylko z drugiej strony, jaki cel ma wtedy życie takiego człowieka? Najważniejsze w życiu to Bóg, Honor i Ojczyzna.
Brzmi Pan jak nacjonalista.
Bo w pewnym sensie nim jestem. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
[[reklama]]
Jak się Panu podoba dzisiejsza gmina Lipka?
Coraz bardziej. Cieszę się z pracy naszego wójta, widać efekty jego zaangażowania. To młody, wykształcony, grzeczny i zrównoważony człowiek, z którego coraz bardziej czuję się dumny.
To już Pana czwarta kadencja jako radnego w powiecie. Jeśli na sesjach zabiera Pan już głos, najczęściej w sprawie Powiatowego Zarządu Dróg. Uwziął się Pan na tę instytucję? Złośliwi mówią, że tylko po to jest Pan radnym, żeby PZD punktować.
W pewnym sensie to prawda. Z zasady nie wypowiadam się na tematy, na których się nie znam, np. o oświacie. O rolnictwie, o drogach, trochę mam pojęcie, stąd o tym najczęściej mówię. Tym bardziej, że zawsze ceniłem ludzi pracy, a w PZD swego czasu naprawdę źle się działo. Bywało, że zamiast pracować, siedzieli i nic nie robili. A siedzieli za nasze, podatników pieniądze. Nie wiem czy sami z siebie, czy wynikało to z błędnego prowadzenia przez kierownictwo. Ale nie mogłem nie reagować. Takich sytuacji było zbyt dużo. Dlatego przyznaję, że swego czasu uwziąłem się na byłego dyrektora Artera. Wręcz wściekły byłem, bywało nawet tak, że groziłem, iż sprawę do prokuratury oddam. Kiedyś, żeby sprawniej pracowali, proponowałem, żeby kupili większą beczkę, a jak nie, sam chciałem im pożyczyć swoją. Tak samo samochód ciężarowy na zimowe odśnieżanie dróg. Oczywiście nieodpłatnie.
No właśnie, często Pan mówi, że da, że wesprze. Z Pana ust często słychać słowa: zróbmy, jak trzeba dołożę, dam kilkaset złotych. Rzeczywiście tak chętnie dałby Pan pieniądze z własnej kieszeni?
Z reguły nie chwalę się, co robię, ale mogę zapewnić, że gdy była potrzeba dawałem swojego pracownika, swój sprzęt, albo sam wsiadałem na sprzęt i robiłem. Bywało, że dzwoniłem do niektórych osób i informowałem, że przelewam 1000 zł na to, czy na inne zadanie. Myślę, że niejedna osoba mogłaby o tym poświadczyć.
Ma Pan czasami wrażenie, że w radzie powiatu bywa Pan nie do końca poważnie traktowany przez niektóre osoby?
W tej kadencji nie, ale w poprzednich rzeczywiście tak bywało. Niejednokrotnie chciałem pomóc w rozwiązaniu pewnych problemów budowlanych, w celu obniżenia kosztów zakupów materiałów i przeprowadzania prac, ale zbywano mnie. Teraz tak nie jest, znalazłem wspólny język ze starostami i dyrektorem Jaskólskim, co pozwala zmniejszać koszty wykonywanych przez powiat inwestycji.
Ostatnio mocno się Pan zdenerwował z powodu zapowiedzi likwidacji posterunku w Lipce. Ponoć coś planuje Pan w tym temacie.
Zgadza się. Będę w tej sprawie interweniował do Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie można tak tego zostawić.
Zamierza Pan ubiegać się o mandat radnego na kolejną kadencję?
Nie. Mam 72 lata, człowiek w tym wieku powinien odpocząć i dać wykazać się młodszym.
Gospodarz, biznesmen, społecznik, działacz, głowa rodziny – kim jest Pan dzisiaj najbardziej?
Każdym z nich po trochu. Pieniądze rzecz nabyta. My z żoną prawie wszystko, co mieliśmy na dzieci podzieliliśmy. Tzn. ja podzieliłem, żeby w razie pretensji, były one kierowane wyłącznie do mnie. Tak, żeby matkę, niezależnie od wszystkiego, zawsze równo i mocno kochali. Matkę mają jedną, muszą ją kochać, ojca mogą, ale nie muszą rozumieć. Tym bardziej, że wiem, iż majątku nie dzieliłem sprawiedliwie, ale nie miałem innego wyjścia, ten podział musiał tak wyglądać, jeśli to wszystko dalej miało mieć ręce i nogi. Wydaje mi się, że ma.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze