Reklama

Jak Piotr został strażakiem

25/05/2018 18:00
O wyborze służby i trudnym pożegnaniu z nią. O słynnej, czarnej walizce. O polityce samorządowej, przerwanej karierze i planowanym powrocie. Rozmowa z Piotrem Gniotem

Maj niemal jednoznacznie kojarzy się ze strażackimi świętami i uroczystościami. Kiedy postanowił Pan, że też przywdzieje mundur, wejdzie w ten świat i będzie służył „Bogu na chwałę, ludziom na ratunek”?

Mój tata przez blisko pół wieku był prezesem OSP w Kujanie, skąd pochodzę. To głównie on sprawił, że dość oczywistym było dla mnie, że gdy tylko będzie to możliwe zapiszę się do straży. W szeregi Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej wstąpiłem w wieku dwunastu lat. Takich jak ja, wówczas młodych chłopaków, straż ciągnęła jak magnes. W remizie były stoły do pingla, szafa grająca, odbywały się zabawy. Do tego jeździliśmy na zawody, zdobywając nierzadko nagradzane miejsca. Wokół straży w latach 70-tych, 80-tych w tej niewielkiej miejscowości kręciło się niemal całe życie. Przyznam natomiast, że po maturze miałem inne plany co do swojej przyszłości. Nie chciałem być leśnikiem jak mój tata, marzyły mi się studia na kierunku turystyka i rekreacja, jednak się nie dostałem. Pojawiły się inne wybory: straż albo wojsko. W kamasze nie ciągnęło mnie w ogóle, trafiłem więc do Poznania, do  Szkoły Chorążych Pożarnictwa i uzyskałem tytuł technika pożarnictwa ze stopniem młodszy chorąży. Dziś szkoli się tam aspirantów pożarnictwa. Potem była Warszawa i Szkoła Główna Służby Pożarniczej, pierwszy stopień oficerski i niezapomniana promocja w Lublinie na Placu Zamkowym.

Wtedy tak jak i dziś chętnych do bycia strażakiem zawodowym było wielu?

Do tych szkół było oblężenie, do późniejszej służby już mniej. Strażak zawodowy w tamtych czasach był często bardziej „specyficznym urzędnikiem” niż ratownikiem. Brakowało oficerów, nadzór nad strażą miał wojewoda. To był zupełnie inny świat na tle dzisiejszych, dobrze zorganizowanych struktur. Jeśli chodzi o pieniądze to też szału nie było. Jak w latach osiemdziesiątych jeździło się dorobić do Niemiec, to tam w jeden dzień wyrabiało się, pracując fizycznie w lesie, miesięczną pensję w straży. Żeby wytrwać trzeba było mieć zamiłowanie do tej służby. Po chorążówce, razem z Romanem Głyżewskim, Leszkiem Seredynem i Mariuszem Łukasiakiem trafiliśmy do jednostek  w woj. pilskim. Tam byłem odpowiedzialny w służbie operacyjnej m.in. za szkolenia strażaków-ochotników i sprawy związane z transportem. Po roku przeszedłem do jednostki w Złotowie, gdzie pracowałem do 1998 roku. W kwietniu pożegnałem się ze służbą ale kontakt z załogą jest żywy do dziś.

Reklama

Przez blisko dwadzieścia lat zawodowej służby z pewnością były akcje, które szczególnie zapadły Panu w pamięci. Czy zdarzały się chwile, że pojawiały się wątpliwości co do wyboru służby?


Pozostało jeszcze 82% tekstu
Zaloguj się i zostań stałym Czytelnikiem

[[pay]]

Wątpliwości nie było nigdy, były obawy. Obawiałem się przed służbą, czy jeśli się coś wydarzy to dam radę, czy zachowam zimną krew, czy będę postępował właściwie. Wyjazdy na akcje to też ciekawa historia. Dzisiaj mamy systemy powiadamiania, każdy ma telefon w kieszeni i skrzyknąć zastęp jest stosunkowo łatwo. Wówczas łączność opierała się o nieliczne telefony stacjonarne i radiostacje Radmor krajowej produkcji. Miałem taką na parapecie w sypialni, żeby wiedzieć, co i gdzie się dzieje, żeby móc reagować, np. będąc na dyżurze. Do pożaru z jednostki w Złotowie, aż do 1992 roku, jeździli przede wszystkim ochotnicy. My jako zawodowi byliśmy od koordynowania akcji i późniejszej papierologii. Natomiast wśród wydarzeń, które zapadły mi w pamięci są i te tragiczne, i śmieszne. Dla przykładu pożar obory w Stawnicy z 13 grudnia 1981 roku. Jechałem do niego, nie wiedząc, że zaczął się stan wojenny. „Teleranka z generałem” nie oglądałem. Byliśmy za to zaskoczeni, że po drodze mijaliśmy takie ilości wojskowych, do tego uzbrojonych po zęby. Szybko wyjaśniło się, co się dzieje. W jednostce rozdzwoniły się „czarne telefony”, czyli takie mające bezpośrednie połączenie z Komitetem Centralnym. Podjęto decyzję o zmilitaryzowaniu nas, strażaków. Do domu wróciłem dwa tygodnie później.
Zdarzeniem o zupełnie innym nacechowaniu była sytuacja związana z tzw. „strażakiem parterowym”. Gdy służyłem w Pile, a przyznać trzeba, że sprzęt był tam już niezły, m.in. do ratownictwa na wysokości, podczas jednego ze szkoleń trafił się ciekawy delikwent. Wyszło, że w straży znalazł się w ramach tzw. służby zastępczej za wojsko. W programie szkolenia mieliśmy ćwiczenia m.in. na podnośniku, hakówkę, pokonywanie przeszkód z pomocą drabiny. Właśnie na drabinie, od której zaczynała się cała zabawa, delikwent utknął. Tak się do niej przykleił, że nie mogliśmy go zdjąć. Na dole przyznał, że ma lęk wysokości. Takie było wówczas sito kierujących do służby. Zgłosiliśmy sprawę do komendanta wojewódzkiego, który po głębokim zastanowieniu doszedł do wniosku, że „jeden strażak parterowy w jednostce nie zaszkodzi”.
W pamięć mocno wryła mi się też powódź tysiąclecia z 1997 roku. Zostaliśmy wysłani do Kostrzyna nad Odrą, żeby przygotować miasto do nadejścia fali powodziowej. To był niesamowity, niezwykły czas jeśli chodzi o zintegrowanie się ludzi w walce z żywiołem. Pamiętam rozmowę z jednym ze starszych okolicznych mieszkańców. Staliśmy nad rzeką i zapytałem go, kiedy będzie wiadomo, że dzieje się źle. Spojrzał na mnie, po czym wskazał pewien, dość wysoki przyczółek przy rzece. Dodał, że jeśli on zniknie pod wodą, to sytuacja będzie kiepska. Nie trwało długo, gdy wskazany punkt zginął pod taflą wody. Ulokowano nas w jednostce wojskowej, gdzie stacjonowaliśmy przez trzy tygodnie. Trudno policzyć, ile wtedy przerzuciliśmy łopat z piaskiem, z ilu worków usypywaliśmy wały przeciwpowodziowe, ile studzienek kanalizacyjnych zatkaliśmy, by woda z rzeki nie wlewała się do centrum, jednak miasto, wespół z miejscowymi i innymi służbami, obroniliśmy. Być może szczególnie zapadło mi to w pamięci, bo po tej akcji dowiedziałem się, że jestem chory: diagnoza - nowotwór złośliwy.

Reklama

To dlatego musiał Pan odejść ze służby?

Dzisiaj pewnie po leczeniu służyłbym dalej, ale wtedy... Wiadomość o tym, że to koniec służby była dla mnie chyba gorsza od diagnozy lekarzy. Na szczęście stadium raka było bardzo wczesne. Przeszedłem operację, dostałem chemię, wróciłem do zdrowia. Życie przewróciło się jednak do góry nogami. Kiedy się zdrowieje jest coś takiego, że przez kilka miesięcy faktycznie się nic nie chce. Człowiek myśli tylko, by się wyspać, najeść, nabrać sił. Potem natomiast, gdy stan zdrowia się poprawia, szuka się zajęcia, by nie zwariować. W ten sposób przejąłem m.in. obowiązki domowe i nauczyłem się gotować. Zrobiłem też studia podyplomowe i zostałem  BHP-owcem, bo ten dział dość mocno wiąże się ze strażą i wróciłem do pracy. Na emeryturę jeszcze nie czas.

A kiedy trafił Pan do Krajenki i zaczął się udzielać w tamtejszym samorządzie? Pana nazwisko kojarzone jest bowiem nie tylko ze strażą, ale też tamtejszą radą miejską.

Do Krajenki trafiłem zupełnie przypadkowo. Tam w latach 80-tych można się było wybudować. W Złotowie nie było działek, a w Krajence tak. Przynajmniej było do nich łatwiejsze „dojście”. Razem ze szwagrem, bo wiadomo, że we dwójkę raźniej wybudowaliśmy bliźniak, gdzie mieszkam do dziś i gdzie, myślę, szybko zżyłem się i wrosłem w to środowisko. Krajenka też, m.in. za sprawą Jana Waldowskiego od lat strażą stoi, więc było nam po drodze. Szybko zapisałem się do miejscowej jednostki OSP, gdzie dziś jestem wiceprezesem.
Do samorządu trafiłem w 1992 roku. Byłem młody, aktywny, poszedłem tam głównie po to, by reprezentować strażackie sprawy. Byłem zdania, że głos zawodowca pozwoli lepiej przedstawiać pewne potrzeby. Wokół sprzętu dla straży, szkoleń zawsze jest dyskusja, pojawiają się kontrowersje. Wiem też, że straż to też nie pępek świata, że w gminach są i inne potrzeby, ale czasem warto przedstawić kalkulację, gdzie okazuje się, że i strażacy, i ten drogi sprzęt nierzadko ratują coś bezcennego, ludzkie życie.

Reklama

W ostatnich wyborach, z woli głosujących, odszedł Pan z pracy w samorządzie. Widok Piotra Gniota kroczącego pod krawatem z czarnym neseserem na sesję przeszedł do historii czy jeszcze zamierza Pan powrócić do lokalnej polityki?

Trochę spodziewałem się, że tak to się skończy. Wówczas nastąpiła zmiana w okręgach wyborczych. W samorządzie osiągnąłem wiele i cieszy mnie fakt, że sporo osób od 1992 do 2014 roku obdarzało mnie swoim zaufaniem. Odchodziłem z podniesioną głową, bo choć ktoś może być innego zdania, nigdy nie byłem i nie jestem niczyim wrogiem. Choć jestem kojarzony z osobą byłego burmistrza Krajenki, to nigdy nie przynależałem do żadnej organizacji politycznej. Trochę było szkoda, bo zawsze jest coś do zrobienia. Mogłem też pobić rekord jako najdłużej urzędujący radny (śmiech). Co do neseseru to faktycznie mój znak rozpoznawczy i to od 1972 roku! Tyle lat jest już ze mną. W czasie studiów, w zapchanych pociągach służył mi za krzesło. Za młodu mieściło się w nim też sporo cennych rzeczy i, daję słowo, żadna się nie zbiła (śmiech). Później faktycznie była to aktówka do pracy. Czy będę z nim jeszcze wędrował na sesję? W strukturach rady gminy już raczej nie, natomiast nie wykluczam startu w wyborach do władz powiatowych.

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski

Reklama

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gnieść - niezalogowany 2018-05-26 16:22:12

    Podziwiam i pozdrawiam

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    strazak 2 - niezalogowany 2018-05-25 21:23:59

    porzadny czlowiek z tego Piotra

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości