Reklama

Pani Ewo ratuj, bo to zrobię!

24/07/2017 18:00
…prosiła matka noworodka, bojąc się, że go zabije. Ewa Bojda nie tylko pomaga kobietom w ciąży, ale chroni je też przed skutkami poporodowej depresji. Jak rodziło się w szpitalach dekady temu, a jak współcześnie? Z ciocią tysięcy dzieci rozmawia Piotr Steffen

W ostatnich tygodniach miasto żyło sprawą płodu znalezionego w przepompowni ścieków. Jest ona w toku, póki co niewiele wiemy. Jako wieloletnia położna, ale przede wszystkim kobieta co pomyślała Pani, gdy dowiedziała się o tym dramatycznym odkryciu?
Sytuacja była tragiczna, nie znamy szczegółów, stąd nie chcę komentować i osądzać. Na pewno wiadomo jedynie to, że matka tego dziecka nigdzie się nie zgłosiła, przynajmniej w naszym terenie. Policja dzwoniła do osób z naszej branży, również do mnie. Sprawdzano Złotów i okoliczne miejscowości. Osobiście wydaje mi się, że trudno będzie kogokolwiek znaleźć, wiele wskazuje na to, że była to ukryta ciąża, która nie była nigdzie zgłoszona. Trudno ocenić, czy płód został dostarczony na wysypisko, czy dostał się tam kanalizacją ściekową. Tym bardziej, że nie wiem, jak od strony technologicznej funkcjonuje taka sieć.

Jest jednak możliwe, że płód dostał się w to miejsce poprzez sieć kanalizacyjną?
Tak. Dwudziestotygodniowy płód, który praktycznie jest już wykształcony, waży zaledwie 200–300 gramów. Mogło się zdarzyć, że kobieta usiadła na ubikacji, nastąpiła jakaś niewydolność ciśnieniowo–szyjkowa i doszło do poronienia. Choć to oczywiście tylko hipoteza.

Reklama

Na szczęście to skrajna historia.
Z takim finałem tak, bo w ogóle poronienia w pierwszych tygodniach ciąży nie są jednak rzadkie. Często jest tak, że kobieta w ogóle o nich nie wie. Może poronić w szóstym, siódmym tygodniu, nie mając nawet świadomości, że jest w ciąży. Sądzi, że po kilku tygodniach pojawiła się wreszcie miesiączka, a tymczasem wszystko chlusnęło i po prostu doszło do poronienia. Sądzę, że dawniej, kiedy medycyna nie była na takim poziomie jak obecnie, nasze babcie, prababcie niejednokrotnie tego doświadczały i wcale o tym nie wiedziały. Ja przejmuję ciążę od dwudziestego pierwszego tygodnia, od tego momentu poronienia są już rzadsze.

Ile lat pracuje Pani w zawodzie położnej?
Dwadzieścia lat pracowałam w złotowskim szpitalu, a od ośmiu lat w ramach własnej działalności jako położna środowiskowo–rodzinna.

Reklama

Ile dzieci przyprowadziła Pani w tym czasie na świat?
Trudno byłoby precyzyjnie policzyć dane za okres pracy w szpitalu, ale szacuję, że byłam obecna przy tysiącu pięćset do dwóch tysięcy porodów. Wtedy statystyk nie prowadziłam, ale od ośmiu lat już tak. W ramach swojej działalności do dzisiaj miałam pod swoimi skrzydłami blisko dwa tysiące dwieście kobiet i ich noworodków.

Dlaczego zrezygnowała Pani z pracy w szpitalu?
Głównie ze względu na stres. Czasami po wielu emocjach doświadczonych na oddziale, głównie przy porodach, nie mogłam zasnąć, zwłaszcza po nockach. Tak waliło serducho. Gdy dochodzi do porodów, szczególnie tych nocnych, oczy trzeba mieć dookoła głowy. To nie jest tak, że się usiądzie, a wszystko samo się dzieje. Czasami było to kilka porodów na zmianie, niekiedy kilka w jednym czasie. Dziewczyny pracujące na oddziale są zestresowane, to dość nerwowa praca. Teraz jest pod tym względem jeszcze gorzej, bo ludzie zrobili się jakoś bardziej roszczeniowi. Stąd z czasem coraz bardziej zmieniała się atmosfera na oddziale. Kiedyś panował na nim klimat, którego wszyscy w szpitalu nam zazdrościli. Oprócz pracy miałyśmy nawet swoje wspólne życie towarzyskie. Dzisiaj dziewczyny nie mają dla siebie tyle czasu. Jest więcej stresu, presji, ta specyfika obecnych czasów wdarła się również na oddział. Odchodząc z niego nie czułam jednak wypalenia, wciąż kochałam ten zawód i przyszedł moment, kiedy stwierdziłam, że po prostu chcę być na swoim, zajmować się położnictwem na swoich warunkach. Chociaż decyzja była bardzo trudna. Tam wiedziałam przynajmniej na czym stoję, a tutaj musiałam stworzyć nowe, własne stanowisko pracy i wszystko zbudować od podstaw.

Reklama

Co po latach mówią koleżanki?
Często mi powtarzają, że mnie podziwiały. Za odwagę, ale też za to, że wyczułam odpowiedni moment i szybko w to wskoczyłam. Prawda jest taka, że początki były trudne. Zaczynałam od gminy Krajenka, gdzie zachorowała położna i nie chciałam od razu wchodzić w paradę dziewczynom, które pracowały na pozostałym terenie. Z czasem poszerzałam ten obszar, a deklaracje od pacjentek o przynależności pod moją opiekę zbierałam, chodząc od domu do domu. Nie raz, nie dwa chciało mi się ryczeć: deszcze, zawieruchy, śnieg, upały, a ja przez pierwsze kilkanaście miesięcy biegałam. Musiałam mieć te deklaracje, żeby mieć na chleb – na tej podstawie pieniądze mógł mi wypłacać Narodowy Fundusz Zdrowia. W tym okresie bardzo pomogła mi doktor Brygida Zawadzka i moja rodzina, za co przy okazji serdecznie im dziękuję. Dość szybko przekonałam się, że na brak pracy nie będę narzekać. W tej chwili obsługuję tygodniowo około setki pacjentek, w danym miesiącu dwadzieścia przygotowuję do porodu. Zgłasza się do mnie więcej pań niż jestem w stanie przyjąć. Współpracuję z nimi pół roku: przez cztery miesiące przed porodem i dwa miesiące po rozwiązaniu. Po tych dwóch miesiącach maleństwo przechodzi już pod opiekę pielęgniarki środowiskowo–rodzinnej.

Gdziekolwiek nie czyta się o położnych, jednym z najczęściej powtarzających się słów jest określenie: samodzielny zawód.
I tak pracujemy. Lekarze są najbardziej potrzebni w zakresie patologii, a to, co dzieje się z kobietą w ciąży i po porodzie rzadko kiedy jest związane z patologią. Nasz zakres pracy jest szerszy. Wyłapujemy jednostki chorobowe, które mogą zagrażać prawidłowemu przebiegowi ciąży, a po porodzie to jest taki nadzór, w ramach którego dbamy o matkę i jej dziecko. W szpitalach to położna prowadzi poród od początku do końca, chociaż lekarz powinien być przy nim oczywiście obecny, bo nigdy nie wiadomo, czy nie wystąpią jakieś komplikacje.
Problem z lekarzami polega jednak na tym, że mają mało czasu dla pacjentek. Te dostają od nich informacje często dla nich niezrozumiałe i to położnej pytają później o wszystko. To są zupełnie inne relacje, choć i w tym względzie trochę się zmienia. Od jakiegoś czasu lekarze na studiach mają zajęcia z położnymi i pielęgniarkami. Zresztą każdy początkujący lekarz przechodzi przez oddział położniczy i uczy się odbierania porodów.

Reklama

Są położnicy–mężczyźni?
U nas nie, ale już w województwie lubelskim jak najbardziej. Mają tam zresztą szkołę z dużymi tradycjami, gdzie przyjmuje się również mężczyzn. Ponoć są bardzo dobrzy. Są jednak takie województwa, choćby kujawsko–pomorskie, gdzie nie ma położnych środowiskowych jak ja, współpracujących bezpośrednio z NFZ. Tam wszystko przejęli lekarze. Wiedzieli, że mają z tego interes, złożyli oferty do NFZ, przejęli kontrakty, a jedynie zatrudniają położne. Te owszem, pracują, ale u lekarza i to on o wszystkim decyduje. Wielkopolska to jest fajny teren, gdzie faktycznie środowisko jest pogodzone z faktem, że są położne środowiskowe. Jest współpraca z lekarzami i wzajemne uzupełnianie się.

Położne środowiskowe z reguły współpracują z kobietami w ciąży i po porodzie jedynie przez wspomniane sześć miesięcy. Spotkałem się jednak z opinią, że wskazane jest, aby te kontakty trwały dłużej, nawet przez sporą część życia: od lat młodości, po już ten dojrzały okres, a opieka nie dotyczyła tylko czasu ciąży i porodu, ale była znacznie szersza. U nas w ogóle się to praktykuje?
Pieniądze z NFZ otrzymuję wyłącznie za ciąże i noworodki po porodzie, ale z niektórymi pacjentkami owszem, mamy znacznie dłuższe relacje. To nie są może typowe wizyty, ale z tymi paniami mam regularny kontakt, można powiedzieć, że jest to swego rodzaju poradnictwo. Czasami są to spotkania, najczęściej tylko telefony. Niekiedy utrzymujemy kontakty latami. Dziecko ma już dwa lata, pięć, a mamy i tak dzwonią. Czasami pytają również o siebie, o sprawy intymne. Praca położnej to właściwie cały zakres kobiecości. Nie jesteśmy dla nich tylko położnymi. Dziewczyny niejednokrotnie wylewają łzy na naszych ramionach. W pewnym sensie powierzają nam swoje dusze, jesteśmy ich psychologami, koleżankami, a nawet przyjaciółkami.

Reklama

Kim z kolei czuje się Pani względem tych tysięcy maluchów, które pomagała i wciąż pomaga przyprowadzać na świat?
Na pewno nie jako ich babcia (śmiech). Zawsze mówię, że jestem ich ciocią. Również ze względu na te ciepłe relacje z mamami. Zależy mi na tym, żeby panie nie czuły jakiegoś respektu, lęku, chcę, żeby było to partnerskie traktowanie siebie. Nie można wchodzić w czyjeś życie z głową podniesioną do góry. Tym bardziej, że o nas nieustannie się mówi, niemal cały czas jesteśmy na językach mieszkanek Złotowa i okolic. Można powiedzieć, że nasze zawodowe życie zależy od tego, jaką mamy opinię. To jest ciężki zawód, żeby go wykonywać cały czas trzeba być na fleku. Każdego dnia mierzymy się z opiniami, zdaniem innych kobiet, mam czy babć młodych dziewcząt, które są w ciąży, będą rodzić lub są po porodzie i każda z tych kobiet ma jakieś swoje zdanie. Zawsze powtarzam im wtedy, że wychowała pani dzieci, chwała za to, ale czasy się zmieniają, metody się zmieniają i na wszystko należy patrzeć inaczej niż dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Proszę mi wierzyć, że położne natrafiają na szereg problemów i prawda jest taka, że aby wykonywać ten zawód trzeba go kochać.


To dopiero połowa wywiadu. W dalszej części zadałem m.in. takie pytania:

Zdarza się, że przez te kilka miesięcy regularnych kontaktów staje się Pani w jakimś sensie najbliższą kobietą dla pacjentek?

Reklama

Jak praca położnej wyglądała kiedyś?

Dzisiaj można rodzić w towarzystwie najbliższych. Małżonkowie często wspierają kobiety przy porodach?

Mówi się: cud narodzin. Po latach pracy poród nadal przeżywa się jak cud?

Tutaj uratowała Pani dziecko, a czy zdarzało się, że ratowała Pani kobiety?

Wszystkie kobiety, z którymi ma Pani to czynienia to odpowiedzialne matki?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Zdarza się, że przez te kilka miesięcy regularnych kontaktów staje się Pani w jakimś sensie najbliższą kobietą dla pacjentek?

Oczywiście. Te panie najczęściej czekają na nasze spotkania. Czują się bezpieczniejsze po takiej wizycie, zwłaszcza wtedy, gdy nie mają obok siebie mamy, babci, a przede wszystkim męża czy partnera. Małżeńskie i partnerskie rozłąki są wielką bolączką na naszym terenie. Te dziewczyny, ze Złotowa czy z sąsiednich wiosek, czasami mają naprawdę trudno. Żeby one dobrze się czuły, trzeba dać im coś więcej niż tylko suchą wizytę. Wiem to, bo niejednokrotnie widzę, jak płaczą.

Reklama

Jak praca położnej wyglądała kiedyś?

To są dwa zupełnie inne światy. Dość późno poszłam do szkoły położnych, miałam już wtedy dwie córki. Właśnie moje porody przekonały mnie, że zawodowo chcę się tym zajmować. Te moje porodowe doświadczenia pokazały mi, jaką położną nie chciałabym być. Zaczynałam w czasach, kiedy pacjentki nie miały w szpitalach nic do powiedzenia. Leżały w łóżku, bywały przywiązywane pasami, a potrzeby fizjologiczne mogły pójść załatwić tylko wtedy, gdy im pozwolono. Oddziały były zamknięte, nie było jak dzisiaj, że odwiedzają je rodziny. Kobiety leżały w szpitalnych ciuchach i zdarzało się, że krytykowało się je tylko za to, że miały swoją, ładną bieliznę. Powiedzmy szczerze, czasami były traktowane przedmiotowo, nie jak podmiot. Gdy rodziłam pierwsze dziecko miałam osiemnaście lat. Największym autorytetem była dla mnie wtedy doktor Pflegel. Ona była przy moim porodzie i pamiętam jak dzisiaj, gdy zwróciła się do położnej z pytaniem: czy ta dziewczyna coś ci zrobiła? Jest grzeczna, spokojna, przyszła tylko urodzić dziecko…
Dlatego zawsze mówiłam sobie, że gdy będę położną, nie chcę, żeby którakolwiek z pacjentek przeze mnie płakała. Bo wtedy płakało wiele, także przez lekarzy. Dopiero w połowie lat 90–tych zawód położnej stał się samodzielnym, wcześniej o wszystkim decydował lekarz. Jeśli położne na coś się nie godziły, miały problemy. Niekiedy musiały postępować niezgodnie ze swoimi przekonaniami. Czasami to była prawdziwa walka z procedurami i niejednokrotnie, widząc pewne sytuacje, trzeba było narazić się lekarzowi. Nadeszły czasy, kiedy matki, ojcowie zaczęli protestować. Stąd powstała fundacja „Rodzić po ludzku” czy szkoły rodzenia. U nas mamy taką w Złotowie, ale też w Jastrowiu, którą również zakładałam. W zawód weszło też młodsze pokolenie położnych, które ociepliły klimat.

Jak jest teraz?

Pod tym względem znacznie lepiej, korzystniej dla rodzących kobiet. Są inne warunki, nowocześniejszy sprzęt, nawet sam oddział wygląda inaczej, jest kolorowy, przytulniejszy. Gdy przed blisko trzydziestoma laty zaczynałam pracę, dzieci rodziło się tyle, że kobiety leżały na oddziale nawet na polówkach. Teraz jest pięćdziesiąt porodów w miesiącu, kiedyś było sto pięćdziesiąt, a warunki były znacznie trudniejsze. Coraz większe kwalifikacje mają też same położne. Zresztą wymagania są względem nich coraz większe, ale też możliwości kształcenia i dokształcania są zdecydowanie inne.

Reklama

Kobiety rodzące przed laty były bardziej harde?

Musiały takie być. Obecnie panie są bardziej wygodne, wiedzą też, że mogą się postawić. Takie mamy czasy, że ludzie są bardziej roszczeniowi. Można zagrozić mediami, prawnikiem, sądem. Z drugiej strony współcześnie jest inny dostęp do informacji, mamy są bardziej wyedukowane, zakładają organizacje, wspierają się, dzięki mediom, również społecznościowym szybciej się komunikują. Często słuchanie tych koleżeńskich czy internetowych porad jest oczywiście zgubne, kobiety zapominają się, że w pierwszej kolejności należy słuchać fachowców. „Po co ci rodzić, głupia jesteś? Cięcie ci zrobią i sprawa załatwiona” – takie porady to niestety codzienność wśród mam. Statystyki potwierdzają te niedobre praktyki, połowa porodów to dzisiaj cięcia cesarskie, często wymuszane. Zauważyłam, że szpital w Pile zaczął z tym ostatnio walczyć. Nawet panie, które za pierwszym razem miały cesarskie cięcie, próbują tam przekonać do naturalnego porodu. Kiedyś było to na porządku dziennym. Kobieta po takim cięciu jest w pełni zdrowa, blizna jest przecież zagojona, nic się z nią nie dzieje, jeśli warunki na to pozwalają, powinna przynajmniej próbować naturalnie urodzić. Gdy mam dzisiaj takie bardzo krnąbrne pacjentki, czasami mówię do nich: powinnaś rodzić w tamtych czasach, dopiero doceniłabyś, jak dzisiaj to wygląda.

Dzisiaj można rodzić w towarzystwie najbliższych. Małżonkowie często wspierają kobiety przy porodach?

To kolejne udogodnienie, kiedyś nie do pomyślenia. Ale bardzo dobrze, że tak jest. Cieszy też, że małżeństwa czy pary coraz częściej z tego korzystają. Panowie chyba bardziej niż kiedyś są też opiekuńczy po porodzie. To również wskazane, bo nie oszukujmy się, kobieta po porodzie to taka wybuchowa bomba. Coś jej się powie, wystarczy drobiazg i od razu ryczy. Przy porodzie nawet dla samych położnych obecność mężczyzny rodzącej jest dobra. Kobiecie, która jest w bólach trudniej zachować obiektywizm sytuacji, wydaje jej się, że ktoś czyni jej krzywdę. Obecność panów, którzy na trzeźwo obiektywniej interpretują całą sytuację, uspokaja je. Na porodówce panowie potrafią być przekaźnikiem między żoną czy partnerką a położną. Żartuję zawsze, że jesteście takim kablem.

Reklama

Dopóki te „przewody” się nie urwą.

(Śmiech) Zdarza się, że panowie faktycznie potrafią odjechać. Ostatnio pytam młodej mamy, której mąż nie był przy pierwszym porodzie, a przy drugim tak, jak tam? „No padł” – oznajmiła. Kiedyś żal było mi jednego pana, bo nie dość, że zemdlał, to jeszcze w tym stresie się zmoczył. Było nam go szkoda, że znalazł się w tak niezręcznej sytuacji.

Mówi się: cud narodzin. Po latach pracy poród nadal przeżywa się jak cud?

Przede wszystkim po to zostaje się położną, żeby uczestniczyć w tym akcie, choć są dziewczęta, które zostają położnymi, ale przy porodzie nigdy nie uczestniczą. Ja zawsze bardzo przeżywałam porody. Jasne, że najbardziej te początkowe, a na pierwszym się popłakałam. Panowie też bardzo często płaczą. Te wychodzące na świat buźki powinno się fotografować, to są niepowtarzalne obrazki.

Reklama

Ojcowie często uwieczniają porody na zdjęciach czy nagraniach wideo?

W złotowskim szpitalu pozwala się to robić jedynie w taki sposób, żeby nie było widać tej intymnej sfery kobiecego ciała. To nie przypadek, bo kiedyś zdarzyła się sytuacja, że zdjęcia krocza pewnej pani krążyły po Złotowie. Mąż wpadł na genialny pomysł i pokazywał je swoim kolegom. Stąd nie pozwala się na takie fotografie, musimy bronić intymności kobiet.

Jak duże znaczenie ma w tym zawodzie intuicja?

Bardzo duże. Dzięki niej udało mi się uratować życie dziecka. Byłam przed urlopem, ale w myślach cały czas siedziała mi jedna z pacjentek. Miała rodzić za dwa tygodnie. Cały czas chodziło mi po głowie, żeby przed urlopem pojechać jeszcze i sprawdzić tętno płodu. Nie dawało mi to spokoju. Na miejscu okazało się, że wyczuwałam pojedyncze uderzenia, dziecko umierało w brzuchu. Dziewczyna trafiła do szpitala, natychmiast wykonano cięcie cesarskie i tym sposobem uratowaliśmy chłopca. Proszę mi wierzyć, że położne mają doskonałą intuicję. Czasami to jest tak, że tylko patrzymy na kobiety i mówimy: o, chyba będzie pani rodzić. Takie rzeczy widać czasami już po twarzy. Żeby to zobaczyć trzeba jednak lat pracy i oczywiście doświadczenia.

Tutaj uratowała Pani dziecko, a czy zdarzało się, że ratowała Pani kobiety?

Tak. I nie chodzi wyłącznie o stany fizyczne, ale również psychiczne, zwłaszcza po porodzie. U niektórych dziewcząt już wcześniej widać, że będą przechodzić depresję, a nawet psychozę. W pierwszych dniach po porodzie większość z pań przechodzi tę chwiejność hormonalną, trochę sobie popłaczą, ale po krótkim czasie dają sobie radę i z tego wychodzą. Są jednak takie, które wpadają w ciężką depresję i w skrajnych przypadkach kończy się to leczeniem psychiatrycznym. Miałam kiedyś pacjentkę, która po pierwszym porodzie trafiła na oddział psychiatryczny, a po drugim porodzie nie mogła poradzić sobie z faktem, że to wszystko ponownie się dzieje, że znowu musi przez wszystko przejść. Innym razem jedna z pań, czując, że dzieje się z nią coś złego na szczęście sama przyznała, że ma problem. Nie mogła znaleźć zrozumienia w małżonku, matce i zapytała mnie wprost, co ma zrobić, bo w nocy nachodzą ją myśli, żeby zabić dziecko. To była bardzo mądra kobieta, która wiedziała, że trzeba szukać pomocy i ją znalazła. Jeszcze tego samego dnia zorganizowałam dla niej pomoc.

Rozumiem, że te słowa o zabiciu nie oznaczały faktycznego zamiaru a oddawały jedynie jakiś stan bezradności?

Nie. Powiedziała wprost: „pani Ewo ratuj, bo to zrobię”. Nie jest pan w stanie wyobrazić sobie sytuacji, gdy przez trzydzieści czy czterdzieści nocy dziecko płacze, nie może pan spać, a ten płacz dziecka jest jak gwóźdź, który działa na system nerwowy. W porę zareagowałyśmy, dziewczyna z tego wyszła. Ta sytuacja pokazała, jak ważne jest to, że jako położne środowiskowe mamy kontakt z pacjentkami. Gdybym nie miała z nią do czynienia przez kilka miesięcy, gdybyśmy nie miały takiej relacji, nie wiadomo, jakby się to potoczyło.

Wszystkie kobiety, z którymi ma Pani to czynienia to odpowiedzialne matki?

Zdecydowana większość tak. Również te młode. Moja najmłodsza pacjentka miała piętnaście lat i dawała radę. To jest taki mechanizm, że zwłaszcza te młode mamy najzwyczajniej w świecie chcą udowodnić, że sobie poradzą. I tak jest, z reguły są później bardzo dobrymi matkami. Radzą sobie znacznie lepiej niż kobiety, które w okolicach czterdziestki rodzą pierwsze dziecko. Te właśnie, niby dojrzałe już kobiety z chwilą porodu niejednokrotnie traciły grunt pod nogami. Nie radziły sobie z tym, jak bardzo po porodzie zmieniało się ich życie. Położne środowiskowe są potrzebne tym kobietom.

Kiedyś nadejdzie jednak czas emerytury…

Może nigdy nie odejdę (śmiech). Jeśli nogi będą dalej nosiły, dlaczego mam odpuszczać? Wiadomo, że z czasem będę ograniczać ilość obowiązków, ale całkowicie z pracy szybko chyba nie zrezygnuję.

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama