Reklama

Prezydent „Pilot”. Wywiad z motocyklistą - Robertem Łobodzińskim

02/11/2015 18:30
Od dziesięciu lat rządzi klubem motocyklowym Burning Few w Krajence. W jego garażu trudno zliczyć jednośladowe sprzęty. Poprawiał fabrykę Harleya, czapkę nosi, bo nie lubi przeciągów, a ze skóry potrafi wyczarować cuda. Rozmowa z Robertem „Pilotem” Łobodzińskim

Można zaryzykować stwierdzenie, że motocykliści dzielą się na dwie grupy: na tych, którzy życie swoje i często swoich rodzin podporządkowują sprzętom i na tych, dla których jednoślad to raczej sprawa okazjonalna - weekendowa. Ty z pewnością należysz do tej pierwszej grupy. Kiedy wzięło Cię tak na całego?

Trudno powiedzieć. Dawne czasy. Motocykle były u mnie od zawsze. WSK-ki, Komary - na tym się jeździło. Pierwszy poważny zakup nastąpił, gdy miałem 16 lat. Znalazłem w naszym mieście i nabyłem motocykl K55. To radziecka konstrukcja z lat 50-tych, nie za duża, bardzo prosta w budowie. Sprzęt był bez silnika, stał po osie w błocie, nie kosztował dużo. Do życia wrócił w moim dawnym domu rodzinnym, znanym wielu z motocyklowego i nie tylko środowiska jako „Betlejemka” przy Toruńskiej 3 w Krajence. Rok później, w ostatni dzień wakacji 1995 roku, kupiłem Junaka, którego mam u siebie do dzisiaj.

Twój garaż wypełniają motocykle. Zrobiła się z tego niezła kolekcja. Co w niej jest?

Jest Junak, którego chcę przerobić na model B-20, czyli pickup (śmiech), z tym że zamiast paki będzie kanapa i będzie tym można np. pojechać do ślubu. Do tego WSK-a, WFM-a, SHL-ka, MZ-ta, komar - ogólnie mówiąc [[pay]] wszystko, co ma już trochę lat na karku. Nigdy nie miałem motocykla japońskiego. Mam natomiast dwa Harley’e Davidson’y. Jeden - Sportster z początku lat 90-tych, którego używam na co dzień i którego sam przerabiałem, bo trzeba było nieco poprawić fabrykę i drugi z 1942 roku, który powoli wraca do życia. Jego odbudowa to temat na osobą rozmowę.

Reklama

Co to znaczy „trzeba było nieco poprawić fabrykę”? Czym Amerykanie z Milwaukee Cię rozczarowali?

Jeżdżę dużo, właściwie przez cały rok. Zima, śnieg, lód, deszcz, upał, burza - to nie ma znaczenia. Motocykl musi być zrobiony tak, że wiem, że mnie nie zawiedzie, a nawet jeśli mu się to zdarzy, będę go w stanie sam naprawić na poboczu drogi. W przypadku mojego Sporta problemem była elektryka. W latach 90-tych Harley robił tak, że do wszystkich modeli w danym roczniku dawał jedną wiązkę elektryczną. Efekt jest taki, że masz całą masę „ślepych przewodów”. Sporo godzin spędziłem, żeby wyciąć to, co niepotrzebne. Brałem w rękę przewód i jak po nitce do kłębka sprawdzałem, dokąd on biegnie. Jeśli kończył się zaślepką – cóż, nie było dla niego miejsca. Do tego inne lampy, kierownica, siedzenie, malowanie - tak by to był mój motocykl. Właściwie wszystko robiłem przy nim samodzielnie, ucząc się bardzo wiele. Bo jeśli pojawiał się jakiś problem, trzeba było pomyśleć, jak go rozwiązać, a później pomysł wcielić w życie.

No właśnie, ale Twoja praca zawodowa nie łączy się z motocyklami. Nie chciałeś połączyć pasji z zarabianiem na życie?

Gdyby wziąć pod uwagę to, w jakim kierunku się kształciłem, powinienem się dziś zajmować ochroną środowiska (śmiech). Życie jakoś tak się potoczyło, że związałem się dość mocno z branżą meblarską. Przez wiele lat pracowałem w krajeńskim Christianapolu, zaczynając jako tapicer, a kończąc na kierowniku produkcji, czyli drugiej po szefie osobie, mając nawet własne biuro. Choć tamten zakład upadł, dziś dalej pracuję w tym fachu, ale to nie do końca jest tak, że to co robię nie ma związku z motocyklami. Moim hobby jest też kuśnierstwo, które już bardzo mocno się z nimi łączy.

Reklama

To raczej wymierający zawód.

Na pewno rzadki. U mnie zgłębienie jego tajników wzięło się z potrzeby. Kiedyś na pchlim targu wygrzebałem skórzane spodnie motocyklowe. Niestety szybko okazało się, że nie były w najlepszym stanie. Po prostu się rozpadły. Nie wyrzuciłem ich jednak to kosza. Porozcinałem nici, odrysowałem szablony. Przydały się do wycinania w nowej skórze. W kurniku teściów znalazłem starą maszynę do szycia, która po odpowiednim przerobieniu nadawała się do szycia skóry. Te spodnie mam do dzisiaj. Podobnie było z pozostałymi częściami ubioru, m.in. naszymi klubowymi kamizelkami, a później siedzeniami, sakwami, obszyciami. Wiesz, w przypadku starych motocykli nie ma już czegoś takiego, że idziesz do sklepu i mówisz, że poprosisz o nowe - zapasowe siedzenie. Trzeba było stworzyć ze skóry coś, z czym inni sobie nie dawali rady. „Pilot” siedział i rzeźbił tak długo aż się udało. Nie da się tego też zrobić na nowych maszynach. Te, które mam, mają nawet po 110 lat, obsługiwane są ręcznie - nie przez komputer. W małym warsztacie pod moim mieszkaniem potrafię spędzać nawet 3-4 godziny dziennie i pracować. Myślę nad tym, żeby wyjść spoza strefy hobby i zacząć działać jako firma, bo mam sporo pomysłów na to, co ze skóry można zrobić, sporo osób też mnie o to pyta, bo ludzie szukają oryginalnych rzeczy, zrobionych specjalnie dla nich. Pierwsze „prototypy” już powstają, można je wyszukać na zdjęciach w internecie.

Użyłeś swojego pseudonimu - „Pilot”. Większość osób tak się też do Ciebie zwraca. Skąd to się wzięło?

Wbrew pozorom nie z tego, że służbę wojskową odbywałem w Dęblinie, który znany jest z lotniczych tradycji. Kiedy jeszcze jako dzieciak jeździłem tymi Komarkami, udało mi się kupić starą skórzaną czapkę - pilotkę. Często w niej wtedy chodziłem. „Pilot” - padło po raz pierwszy z ust Malika, kolegi, który też zbiera stare motocykle, na jego strychu w czasie szukania jakichś gratów.

Reklama

Pilotkę zamieniłeś później na czapkę. To też Twój znak rozpoznawczy, element wizerunku, z którym się nie rozstajesz?

No nie do końca (śmiech). Ja po prostu nie lubię przeciągów, które z racji wykonywanej pracy są nieuniknione (śmiech). A mówiąc już tak zupełnie poważnie to straciłem trochę włosów, które wcześniej stanowiły tę warstwę ochronną dla mojej głowy.

Wszyscy, no może nie wszyscy - ludzie prezydenta

Porozmawiajmy o klubie, bo przed tygodniem minęło piętnaście lat od momentu, gdy powstał. Od ilu lat jesteś jego prezydentem?

Od dziesięciu. To był moment, gdy rządy poprzedniego prezesa oceniane były przez wielu z nas jako idące w złą stronę. Było ryzyko, że to wszystko się rozpadnie. Przyznaję, głośno mówiłem, co mi się nie podoba. Może dlatego zostałem wybrany na nowego prezydenta. To jednak nie jest dane na jakąś kadencję. Odwołany mogę być w każdej chwili, jeśli  tak na comiesięcznym zebraniu zdecydują klubowicze.

Reklama

Macie kodeks postępowania, nie można przyłączyć się do Was „od tak”, dla wielu to niezrozumiałe. Skąd takie zasady?

To bezpośrednie czerpanie z historii pierwszych klubów motocyklowych, które na początku XX wieku zaczęły powstawać w USA. My się tego trzymamy, bo to dobry kodeks. W naszych szeregach nie znajdziesz np. ludzi ze służb mundurowych takich jak policja czy służba więzienna. Aby przynależeć do klubu, dostać jego barwy trzeba się postarać. Próba trwa od roku do trzech lat. W czasie jej trwania oceniane jest Twoje zaangażowanie, przydatność dla pozostałych. Jeden nie może zawieść drugiego, bo jesteśmy zżyci ze sobą całymi rodzinami, często nawet więzami silniejszymi niż te rodzinne. Nie może być tak, że kolega dzwoni do Ciebie o 22:00 z informacją, że stoi w trasie, bo padł mu motocykl i prosi o pomoc, a Ty mówisz: Stary, ja już jestem w piżamie i idę spać. Sorry. Takie zachowanie automatycznie oznacza wypad. Musisz też umieć zrobić coś przy swoim motocyklu, chociaż podstawowe rzeczy. Jeśli przez trzy lata się nie sprawdzisz, nie masz co pukać do nas po raz drugi. Podobnie jeśli przyjdziesz i powiesz: Sprzedałem motocykl, bo żona kazała. Motocykl musi być dla ciebie ważny, musi znaczyć coś więcej niż tylko kupa metalu, do której są jakieś papiery.

Jesteście groźni? Albo chociaż tak postrzegani? Wiesz - skóry, motocykle, tatuaże, barwy, kodeks…

Wizerunek też m.in. precyzują zasady, ale my groźni nie jesteśmy. W tym klubie są normalni ludzie - to nie gang motocyklowy, który napada na bezbronne staruszki albo demoluje miasta (śmiech). Naszym zadaniem jest propagowanie motocyklizmu, bezpiecznej jazdy, dbanie o stare maszyny. Fakt, bywa, że upominamy innych motocyklistów, którzy z jakichś powodów nie chcą czerpać z klubowej tradycji i zasad i np. podrabiają jakieś barwy klubowe. Zgodnie z kodeksem na terenie, na którym funkcjonuje jeden klub, kiedy zawiązuje się nowy nie powinien swoją barwą w żaden sposób do niego nawiązywać, by właśnie osoby, które nie siedzą w tym tak mocno, się nie myliły. To w Polsce niestety dość częsta reguła. My poprzestajemy na upomnieniu słownym. Tak też robi większość działających podobnie do naszego klubów. Wówczas okazuje się, że ten ktoś nawet nie miał takiej wiedzy, nie miał świadomości, że robi coś nie tak.

Reklama

[[/pay]] 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama