Reklama

Rozmowa z żywiołową siostrą Piotrą stąpającą twardo przez życie nie tylko o pracy w hospicjum

13/06/2018 18:00
- Raz miałam taką sytuację, że dziecko tonęło. W ogóle nie patrzyłam, że jestem w habicie - po prostu wskoczyłam, żeby je uratować. Nie miałam już czasu na rozbieranie, to były setne sekundy. Umiem bardzo dobrze pływać, w końcu jestem urodzona nad morzem. Najlepsze było to, że ze mną szli znajomi i też się nie zorientowali, o co chodzi. Nagle ja wychodzę z wody i dzieciaka wynoszę – mówi siostra Piotra, szefowa złotowskiego Hospicjum im. św. Elżbiety

Kiedy Siostra odkryła w sobie powołanie?

Właściwie dopiero jako nastolatka. Był czas matury, zastanawiania się nad swoim życiem - wtedy odkryłam w sobie powołanie. Tak naprawdę zawsze uważałam, że moim powołaniem jest mieć rodzinę, gromadkę dzieci, fajnego chłopaka - takie miałam marzenie, jak każda dziewczyna. I gdy przyszło powołanie, poczułam, że jedna rodzina to za mało. Tej miłości mam tyle do rozdawania, że chciałabym służyć innym.

Jak na Siostry powołanie zareagowała rodzina?

To był trudny czas, bo nie wiedziałam o tym, że mój tata jest chory na nowotwór. Cała rodzina wiedziała, a że ja byłam najmłodsza (mimo że już miałam 19 lat) to pewnych rzeczy mi oszczędzali. Powiedziałam rodzicom na Gwiazdkę. Wiedziałam, że jeśli wstąpię do klasztoru to będzie moja ostatnia Gwiazdka z rodziną. Taki sobie wybrałam podniosły moment: Boże Narodzenie, wszyscy przy stole, powiedziałam rodzicom i... z Bożego Narodzenia zrobiła się stypa. Był smutek i żal: co ja sobie wymyśliłam itd. Tata zmarł 3 miesiące po Gwiazdce, więc to była naprawdę dla niego i dla mnie w domu ostatnia wigilia. Rodzina pogodziła się z moją decyzją, chociaż zdziwienie było spore, bo nikt się nie spodziewał - po prostu mnie było wszędzie pełno.

Reklama

Co trzeba przejść, aby zostać zakonnicą?

Gdy się wstępuje do klasztoru jest rok formacji i takiego rozpoznania, czy się nadaję, czy nie, czy przełożeni widzą we mnie materiał na zakonnicę i sądzą, że poradzę sobie w życiu zakonnym. Normalnie są zajęcia: teologia, etyka, wszystko, co przyda się w życiu, a też pomoże w jakiś sposób rozpoznać przełożonym, czy się dziewczyna nadaje do klasztoru. Później (przynajmniej w moim zgromadzeniu tak jest) pytają cię o wolę. Czy chcesz? Nie, że jesteś przymuszona. Nie musisz. Jest wolna wola i w każdym momencie każda z nas może zmienić zdanie, możesz powiedzieć: „Dziękuję, to nie moja bajka. Wracam do domu”.


Pozostało jeszcze 86% tekstu
Zaloguj się i zostań stałym Czytelnikiem

[[pay]]

Reklama

Później się idzie do nowicjatu. To już bardziej ścisły czas, kiedy zastanawiasz się nad złożeniem ślubów. Składamy śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Ten rok jest bardzo wymagający. Potem składa się śluby na kolejny rok, bo znowu może się zdarzyć, że człowiek nie wytrzyma. Można się rozmyślić - ten rok jest formą takiej rezerwy. Jak z młodzieżą pracowałam to mówiłam, że to był taki czas narzeczeństwa. Chodzisz, zastanawiasz się, ale nie jesteś jeszcze zobowiązana ślubami, więc możesz w każdej chwili wrócić do domu, iść do pracy i prowadzić życie jak dotychczas. Później są śluby na dwa lata i ostateczne śluby po wszystkim. Od momentu wstąpienia do klasztoru do końca mija 7 lat. Po tych siedmiu latach składa się śluby wieczyste, czyli tzw. ostateczne.
Ja po wieczystych ślubach już jestem 16 lat, a w zgromadzeniu, od momentu wstąpienia, w tym roku w sierpniu będę już 23 lata. Dlatego mówię, że jestem więcej w zgromadzeniu niż byłam w domu, bo jako dziewiętnastolatka poszłam do zakonu.

Skąd chęć zajmowania się chorymi osobami?

Jest tyle zgromadzeń, że jest w czym, że tak powiem, przebierać. Jestem Elżbietanką, bo Elżbietanki zajmują się chorymi. To jest nasze pierwsze zadanie: opieka nad chorymi i to szczególnie chorymi opuszczonymi. Chciałam być Elżbietanką, bo chciałam być przy chorych. Oczywiście przełożeni decydują nie tak jak ja chcę, tylko jak oni mnie widzą. No i widzieli, że się nadaję do pracy z młodzieżą, że jestem wygadana. Powiedzieli więc, że mam być katechetką. Chciałam być przy chorych, ale trudno... Gdybym nie wstąpiła do zakonu to na pewno byłabym pielęgniarką, bo to uwielbiałam. Tak się jednak potoczyło, jak się potoczyło i praktycznie przez 18 lat uczyłam. Byłam z młodzieżą, z dziećmi, z przedszkolakami, a 5 lat temu dali mnie wreszcie do chorych. Jak widać, cierpliwość się opłaca. Dostałam z nawiązką, bo mam chorych w hospicjum, a tu jest całkiem inaczej.

Reklama

No właśnie, jak wygląda normalny dzień w hospicjum?

Codziennie rano mamy Mszę Świętą. Oczywiście uczestniczą w niej ci pacjenci, którzy chcą. Dajemy im wolność wyboru. Później jest śniadanie, toaleta poranna, potem pacjenci idą na rehabilitację, na kawę (kawę i ciasto uwielbiają). Grają w karty, rozwiązują krzyżówki. Następnie jest obiad, po obiedzie znowu jakieś ćwiczenia. Po tych wszystkich zajęciach są już tak wyczerpani, że np. jak młodzież przychodzi do nas z występami to staramy się to organizować właśnie do południa, bo oni są wtedy jeszcze wypoczęci. Później opadają z sił i sami proszą o to, żeby już iść do łóżka. Położą się, odpoczną, prześpią chociaż godzinę - dwie i znowu wracają do formy. I jest podwieczorek. Modlitwa jest o 15. Modlą się za tych, którzy są w tym momencie bardzo chorzy i cierpiący. Nawet umierający modlą się za siebie nawzajem. Po modlitwie wracają do swoich pokoi. Wtedy odwiedzają ich rodziny, tak do 18. Później jest kolacja, toaleta wieczorna i znowu drzemka i sen. Jakiś tam serial. Tak wygląda nasz dzień.

Co uważa Siostra za najtrudniejsze w tej pracy?

Najgorzej jest jak odchodzą dzieci, bo mamy też na oddziale dzieci. Walczę o nie, bo ich stan zdrowia pogarsza się czasami z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Wtedy latam po szpitalach, jadę do Bydgoszczy, do Poznania, do naszego szpitala w Złotowie. Już mi dwa razy dzieciątko uratował nasz szpital. To jest ciągła walka o to, żeby przeżyły, żeby je uratować. Jak dzieci odchodzą to najwięcej mnie to kosztuje, tak trudno się z tym pogodzić. Wiem, że ono cierpi i że to cierpienie wraz ze śmiercią się skończy, ale człowiek się z nimi związuje. I z dorosłymi też, bo niektórzy są u nas długo, więc człowiek też ich traktuje jak członków rodziny. Do dzieci jednak przywiązujemy się szczególnie, bo te dzieci nie mają rodzin. Często rodzice je porzucili, więc ja i mój personel jesteśmy dla nich najbliższą rodziną. Zawsze mówię, że jestem matką wielodzietną, bo te dzieci są moje. To jest moja cała gromadka. W tej chwili mam trzynaścioro. Pamiętasz? Mówiłam na początku, że chciałam mieć dzieci gromadkę. No to mam. Mówisz i masz, po prostu. Wszystko Pan Bóg załatwił.

Reklama

Jakie wydarzenia utkwiły w Siostry pamięci najbardziej?

Są różne sytuacje. Miałam takiego chłopaka, osiemnastoletniego. Jechał na rowerze i tak niefortunnie auto na niego wpadło, że nie tyle że go przejechało, ale całego połamało. Wszystko miał złamane, każdą kość - po prostu był nie do odratowania. Szybko helikopterem go przewieźli do szpitala w Bydgoszczy. Jak do nas trafił miał 5% przeżycia – tak nam powiedziano. Jak go przekładaliśmy z noszy na łóżko to chyba pierwszy raz płakałam: co my zrobimy? On za tydzień - dwa umrze, bo miał wszystko połamane. Przyszedł z rurką tracheostomijną, oddychał przez nią. Był cały w gorsecie, pozszywany tak po prostu. Tymczasem poprzez naszą opiekę, poprzez to co się udało z nim zrobić ten chłopak po 3 miesiącach wyszedł o własnych siłach z hospicjum. No i to jest ta radość. Jego mama do dziś do nas dzwoni, jesteśmy w ciągłym kontakcie. To było niesamowite, że się udało, któryś raz z kolei.
Robimy wszystko, żeby się udało i udaje się. Nawet osobom z nowotworami przedłużamy życie. Tak ich podszykujemy, podleczymy, że na 3 - 4 lata wracają do domu, o własnych siłach chodzą nawet po Złotowie. Mam takich pacjentów, którzy zaczepiają mnie na ulicy. Mówią: „Siostro! To ja”. Patrzę i nie poznaję, bo jak masz ich na łóżku i patrzysz na nich, gdy cierpią, to wyglądają inaczej. No a później, jak się ich wypuszcza do domu i gdzieś cię na mieście zaczepiają: „od fryzjera wyszłam i sobie zrobiłam trwałą” to serce się raduje i człowiek widzi sens tej pracy. To jest niesamowite. To jest dla mnie radość. Jestem ogólnie radosnego usposobienia, więc uważam, że ze wszystkiego można zawsze coś dobrego wyłuskać.

Zaadoptowała Siostra dziecko, prawda? Jak do tego doszło?

To nie jest adopcja tylko przyjęcie w rodzinę zastępczą. Porobiłam wymagane kursy, żeby mieć te dzieci „w rodzinie”. Gdy szłam do lekarza zaraz na wstępie pytali: „kto jest opiekunem prawnym?”. Więc wystąpiłam do sądu o stosowne papiery, żeby być opiekunem prawnym i jednocześnie też rodzicem zastępczym. Żeby mieć większe możliwości i jeszcze więcej tym dzieciom zapewnić bezpieczeństwa. Mam też dzieci, które mają rodziców, ale są to osoby tak nieudolne wychowawczo, że mimo iż nie jestem ich opiekunem prawnym, to ja za nie i tak odpowiadam, bo trzeba tym rodzicom pomóc. Ci rodzice sobie nie radzą z tym, że dziecko jest tak poważnie chore.

Reklama

Skąd pomysł na „Pola Nadziei”?

50 lat temu powstało pierwsze hospicjum w Anglii i oni tę ideę hospicyjną wypromowali. Na terenie Polski „Pola Nadziei” zaczęło hospicjum w Krakowie. Tam gdzie są hospicja sadzi się żonkile - to są te „Pola Nadziei”. U nas na wiosnę żonkile przyozdabiają kolejne miejsca w Złotowie. Główna idea „Pól Nadziei” jest taka: sadzimy cebulki w październiku, z nadzieją, że na wiosnę zakwitną. Tak samo chorzy, którzy często też uczestniczą w tym sadzeniu, żyją nadzieją, że po tej chorobie, po tym cierpieniu i bólu na wiosnę „zakwitną” na nowo. Stąd „Pola Nadziei” - przejście ze stanu takiego, powiedziałabym, śpiącego, tej cebulki, w stan pięknego rozkwitu - po prostu zdrowie wróci. Przede wszystkim chodzi o to, żeby zwrócić uwagę ludzi na fakt, że hospicja są potrzebne. Muszą być miejsca, w których zajmą się profesjonalnie chorym, gdy nie może tego uczynić rodzina.

Miała Siostra chwile zwątpienia w swym życiu?

Tak. Nasze życie składa się ze wzlotów i upadków, raz człowiek się cieszy, czasami też, że tak powiem, wątpi, ale teraz czuję już stabilizację. Jestem już w takim okresie, że stoję na twardym gruncie. Wiem, czego chcę od życia. Największe wątpliwości rodziły się przed złożeniem ślubów wieczystych. To jest tak samo jak w narzeczeństwie: chodzimy z chłopakiem, jest dobrze, ale czasem nas wkurzy, czasem obrazimy się na siebie, jest foch. Ale to jest normalne. W małżeństwie też trzeba dużo kompromisu. I też przychodzi taki moment zwątpienia: czy to jest na pewno ten? I tak samo ja sobie myślałam: czy to jest na pewno moja droga życia? 7 lat dałam jakoś radę w tym klasztorze i podobają mi się te realia, chociaż czasami różnie było, nie zawsze kolorowo i też czasami człowiek sobie popłakał. Mówiłam wtedy sobie: może powinnam wrócić do domu? Może to nie jest dla mnie? Myślę, że bardzo potrzebna jest wierność. I to w każdym: czy to w zakonie, czy w małżeństwie, czy w narzeczeństwie. Bez tego ani rusz.

Reklama

Teraz z innej beczki. Czy szata zakonna przeszkadza Siostrze podczas upalnych dni?

Nie. Bardziej mnie chroni niż by mi przeszkadzała. Jak jeździmy, bo mam często jakieś takie służbowe wyjazdy do Rzymu, nie tylko pielgrzymki, to wszyscy w bluzkach na ramiączkach, krótkie spodenki i tak się prażą na tym słońcu. Przez to, że ja mam zasłonięte całe ciało praktycznie chroni mnie to przed słońcem i ciepłem. Materiał jest taki delikatny, tzw. tropik, bardzo przewiewny - tak jak w Sudanie chodzą wszędzie w tych powłóczystych szatach. My się dziwimy, że ci mężczyźni na głowach mają turbany - 7 metrów materiału nawijają na głowy, a to ma ich chronić właśnie przed ciepłem. Habit chroni w ten właśnie sposób. Może welon trochę gorzej, ale jeśli chodzi o habit to zasłonięte ciało nie nagrzewa się.

A są sytuacje, kiedy może Siostra chodzić bez habitu?

Tylko szpital. Jeśli leżę w szpitalu, a czasami mam jakieś tam operacje, to wtedy normalnie piżamka i nikt nie wie, że jestem siostrą. Wtedy się człowiek dowiaduje rozmaitych rzeczy. Później, jak wychodzę ze szpitala, przywożą mi rzeczy, ubieram się jak siostra i wtedy szok: „Przy siostrze tak mówiliśmy!”.

Reklama

Czy podczas pływania na basenie albo na plaży może mieć na sobie Siostra strój kąpielowy?

Nie. W naszym zgromadzeniu nie chodzimy na basen. Oczywiście na przykład z powodów zdrowotnych, jeśli lekarz napisze, że wskazane jest pływanie, to dostaje się pozwolenie i można iść sobie popływać. Tak rekreacyjnie jednak nie.

Pochodzę z Jastarni, więc plażę mam jakby wpisaną w życiorys. Na wakacje nie jadę nigdzie indziej tylko zawsze nad morze, do mamy. Zawsze na plaży jestem w habicie. To na pewno robi wrażenie, bo też wchodzę do wody. Nie całkiem, oczywiście, tyle żeby się zamoczyć. Raz miałam taką sytuację, że rodzice gdzieś się tam zapatrzyli i dziecko tonęło. To ja w ogóle już nie patrzyłam, że jestem w habicie - po prostu wskoczyłam, żeby uratować to dziecko. Nie miałam już czasu na rozbieranie, to były setne sekundy. Tylu ludzi dookoła i nikt nie widział, że dziecko tonie. A jemu po prostu łopatka odpływała coraz dalej i dalej i ten mały brnął. Tymczasem rodzice: gazety, plażing i w ogóle... Umiem bardzo dobrze pływać, w końcu jestem urodzona nad morzem. Najlepsze było to, że ze mną szli znajomi i też się nie zorientowali, o co chodzi. Nagle ja wychodzę z wody i dzieciaka wynoszę. Mam różne takie historyjki. Wszędzie widzę wszystko - taki żywioł jestem.

Reklama

Gdyby Siostra mogła coś zmienić w swoim życiu - co by to było?

Nic. Myślę, że nic bym nie zmieniała. Jest mi dobrze tak jak jest. Nie wyobrażam sobie, gdybym miała zostawić hospicjum, moich chorych. To by mnie bardzo dużo kosztowało. Tak może się zdarzyć, zdaję sobie z tego sprawę, że przełożeni mnie przeniosą. Tak jak mnie wyrwali od młodzieży, z którą byłam związana i super się w tym czułam. Gdy powiedzieli: pójdziesz do chorych, będziesz się nimi zajmować nie było mi łatwo, ale przecież zawsze chciałam to robić. Chciałam być przy chorych. No więc takie moje marzenie po iluś latach w końcu doszło do skutku. Trzeba zawsze wierzyć do końca, nie rezygnować z marzeń. Tak, nie zmieniałabym nic.

Rozmawiała Patrycja Zadawa
Patrycja jest uczennicą I klasy I LO w Złotowie, uczestniczką warsztatów dziennikarskich tam prowadzonych [[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    hej - niezalogowany 2018-06-14 10:35:10

    wielki człowiek to jest wyzwanie życzę dużo zdrowia siostrze i jej podopiecznym

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    :-) - niezalogowany 2018-06-13 22:41:29

    Co ty wiesz o prowadzeniu tego typu działalności. Siostra daje radę a i podejście do chorych ma szczególnie do tych najmlodszych.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Botwinka - niezalogowany 2018-06-13 20:59:30

    No tak praca w ogrodzie jest ciężka

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama