„Poczekaj”. „Łączę”. „Warszawa?” Dwanaście kobiet mówi naraz, jedna przez drugą. - Jak one się słyszą? Jak dają radę? Gdzie tę Warszawę widzą? - Danusia właśnie skończyła liceum dla pracujących i przyszła zobaczyć miejsce pracy. Świat, który wisi na krzyżujących się liniach telefonicznych. - Weszłam na salę i wszystkie buzie na mnie. Nie wiedziałam, czy jestem biała, czy czerwona. Wydusiłam „dzień dobry”, a one się odwróciły i dalej: „Jest Pan drugi w kolejce”. „Rozłącz się”.

Pochód I-majowy, około 1987 roku. W pierwszym rzędzie D. Hankowicz z synem, Teresa Sobieszczańska, Jolanta Płonka, G. Kaufka i G. Kisielewicz
Budynek Telekomunikacji Polskiej przy Marii Skłodowskiej-Curie jest niepozorny. Z zewnątrz. Ale wszystkie wejścia ma zakodowane. Pracownice rozszyfrowują je, wkładają fartuszki i kapcie, zakładają słuchawki i siadają przed centralą. - Małgosia Klikowska przyjmowała rozmowy i dała mi dodatkową słuchawkę, żebym posłuchała. Po 15 minutach już [[pay]] mnie ucho bolało. Jezu, jak ona może to robić cały dzień? Na dzisiaj to mi wystarczy. Mogę już iść? - Danuta Hankowicz uśmiecha się do siebie z 1976 roku. Nie mogła jednak zrobić przykrości babci, która przyjaźniła się z ówczesną kontrolną międzymiastowej w Złotowie Łucją Ślipek. - Pani Łucja kochała kwiaty i przychodziła do nas po piękne gladiole – była telefonistka pokazuje poszarzały jesienią ogród. Mieczyki już w nim nie rosną. - Na drugim końcu międzymiastowej siedziała Gita Palicka. Była bardzo konkretna i poukładana. Przy niej się uspokoiłam. „Nie martw się, to tylko na początku tak wygląda. My też tak miałyśmy. Dasz radę” zapewniała – pani Danuta z rozrzewnieniem wspomina pierwszy dzień pracy w popularnej „tepsie”. Miała łączyć ludzi przez chwilę, a robiła to siedemnaście lat.

Pracownice międzymiastowej były dla siebie jak rodzina. Tu podczas dorocznej wizyty św. Mikołaja
Centrala składa się z kluczy i lampek. Czerwona oznacza połączenie oczekujące. - Wkładam sznur do centrali, otwieram klucz i mówię: międzymiastowa 8, słucham – do rozmowy włącza się Lucyna Szałek. Niedoszła pracownica Spółdzielni Kółek Rolniczych w Złotowie trafiła do Telekomunikacji Polskiej przypadkiem. - Byłam świeżo upieczoną maturzystką. Zamawiając rozmowę usłyszałam moją koleżankę. Powiedziałam jej, że szukam zajęcia. „Słuchaj, akurat u nas jest wolne miejsce. To fajna, luźna praca” - pani Lucyna szybko odnalazła się w tym rozgardiaszu i babińcu. Na międzymiastowej pracowały same kobiety. - Ogarnąć ten zespół to była sztuka. Chylę czoła przed nieżyjącą już panią Krystyną Jaszczyk i przed Anicetą Lewandowską.
Rozmowy zamówić można było trzy: zwykłą, pilną lub błyskawiczną. Pilna, oznaczona literą „D”, musiała być zrealizowana w ciągu kwadransa, błyskawiczna („E”) w pół godziny, a zwykła... Cóż. Zamówienie zapisywało się na cedułce i przekazywało koleżankom, które łączyły ze wskazaną osobą lub instytucją. - Miałyśmy zegary, na których sprawdzałyśmy czas. Aha, o tej to było przyjęte, więc jeszcze trochę może poleżeć. Mogę jeszcze coś połączyć – pani Danuta zdradza kulisy pracy. - Czasem ktoś zamawiał rozmowę do Krajenki i miał pretensje, że szybciej by dojechał niż ja go połączę. A to sobie jedź...
Większość telefonistek łączyła ludzi w pobliżu, ale na dwóch stanowiskach odbywała się walka Północ - Południe. Przez Koszalin rozmowy wychodziły na Polskę północną, przez Poznań na południową. - To były ciężkie stanowiska, na których odbywała się ostra współpraca z telefonistkami z tych miast – twierdzi Lucyna Szałek. Energiczna jak dawniej stara się wytłumaczyć, jakie znaczenie w tej pracy miała „sympatia głosu”.
- Ogromne. Zwłaszcza na jakość pracy. Jak któraś z nas sobie nagrabiła, to telefonistka z Piły czy Poznania ją zapamiętała i blokowała łącze... A chodziło przecież o to, by jak najszybciej rozładować tę palącą się na czerwono choinkę.
Dlatego telefonistki pracowały na trzy zmiany. Najgorzej miała ta z nocki, bo nie spała wcale.
- Przychodziła w ciągu dnia i podmieniała nas, byśmy miały pół godziny przerwy. Potem przychodziła na 21 i pracowała do 7. Po takiej nocce miała 2,5 dnia wolnego – D. Hankowicz wspomina, że na międzymiastowej były też dyżury wspomagające w godzinach szczytu – między 18:00 a 22:00.

Panie Danuta i Lucyna nadal mają dobre relacje. Podobno taka właśnie była tepsa - przyjacielska
Najtrudniej rozmawiało się rano. Zwłaszcza z zakładami pracy. - Taki Metalplast zamawiał kilkanaście rozmów na raz i wszystkie były pilne i błyskawiczne. Bo kontrakt, bo transport stoi gdzieś po drodze – pani Lucyna nadal może sypać numerami jak z rękawa. Telefonistki w małym palcu miały większość lokalnych numerów. A czego nie zapamiętały, zapisywały ręcznie w książce. Za wyszukanie danych rozmówcy „tepsa” pobierała dodatkową opłatę. - Na początku mojej pracy trzeba było wyliczyć, jak długo ktoś rozmawiał i podawać cenę. To samo dotyczyło telegrafu, który obsługiwałyśmy w niedzielę – cen niestety panie nie mogą sobie przypomnieć.
Do zadań telefonistek należało także budzenie. Klientów, którzy jako pierwszy danego dnia chcieli usłyszeć głos z międzymiastowej, było sporo. - Bywało tak, że na 5 rano sześć osób chciało być budzonych. Uprzedzałam, że mam kilka zamówień na tę godzinę, to czy będzie problemem, jeśli zadzwonię trzy minuty wcześniej – Lucyna Szałek walczy w kosmykiem, który ciągle opada jej na oczy. No i bez mrugnięcia przyznaje, że rodzina i znajomi mieli u niej fory. - Jak koleżanka była dwudziesta w kolejce do połączenia, to od razu była pierwsza. Co tu dużo mówić...
Prawdziwą sztuką było jednak zdobycie rozmowy zagranicznej. Na takie połączenie czekało się po kilka dni. - Przeważnie łączone były one w nocy. Zamawiałyśmy to w Poznaniu, z którym miałyśmy jedno łącze. No i się prosiło tamtą telefonistkę: „Słuchaj, pomóż. Jak będziesz czegoś potrzebować...” - pani Danuta przekonuje, że jej i koleżankom zależało na klientach. - A potem dostało się rozmowę, obudziło człowieka o 5:00, a rozmowa została przerwana. I wszystko od nowa. Ile trzeba się było namęczyć, żeby Warszawę ponownie złapać… – dodaje L. Szałek.

Pierwszy komputer to doskonała okazja do pamiątkowego zdjęcia. Od lewej Aniceta Lewandowska, Gienia Kaufka, Danuta Hankowicz, Ania Blichowska, Grażyna Kisielewicz (siedzi) i Stasia Bławat (śp.)
Chyba nie zdradzamy tajemnicy, podając dane osobowe telefonistek? Panie zapewniają, że już nie, ale kiedyś poznać imiona pań z międzymiastowej w Złotowie było niemożliwością. Pani Lucyna była numer 8, pani Danuta 22. Pozostałe koleżanki miały swoje liczby. - Gdy zamawiałam rozmowę np. w Słupsku, to podawałam numer - 8. Tak samo się zgłaszałam. Numer zapamiętywał klient i gdy był niezadowolony, to dzwonił ze skargą. „Pani x była nieprzyjemna”. Nie byłyśmy anonimowe, a to zobowiązywało do rzetelnej pracy – L. Szałek wspomina 11 lat spędzone w telekomunikacji, z tego połowę w centrali.
Danuta i Lucyna ożywiają się, gdy pytam o adoratorów. Pewnie niejeden klient uczepił się ich głosów.
- Kiedyś przyszedł klient z kwiatami. Kontrolna powiedziała mu, że nie może wejść. A on prosił, bo musi zobaczyć tę panią, która mu tak pomogła – za chwilę panie opowiedzą o tym, jak wcielały się w rolę psychoterapeutek. - Pamiętam, że chciałam zobaczyć, co to był za facet, ale nie poszedł w stronę Złotowianki i bloków na Piasta, lecz w drugą – pani Danuta pamięta, że przyniósł wtedy goździki. Był 7 marca.
- A mi dane było odebrać kwiaty. Przyniósł je mężczyzna, z którym przegadałam w nocy chyba z godzinę. Miał problemy osobiste, był zrozpaczony i musiał się wyżalić. Uratowałam go w trudnej sytuacji, więc przyszedł później podziękować – wydaje się, że pani Lucyna przebiła koleżankę. Nie tak prędko. - Przez Lipkę dzwonili do nas wojacy – zaczyna pani Danuta. - Tamtejsza telefonistka miała ich dość, więc prosiła: „weź z nim pogadaj”. No i tym żołnierzom z jednostki w Debrznie mój głos się podobał i przyjeżdżali pod Złotowiankę. Mówiłam im, żeby czekali po pracy, opisywałam siebie (oczywiście zmyślałam), a oni się na to nabierali. Potem wychodziłyśmy po 14:00 w kilka i oceniałyśmy: patrz, siedzi, ma tę czekoladę. Ale nie, za mały, a ten za rudy, za gruby i się nie podchodziło – kobiety śmieją się z młodzieńczych żartów. Ale też i klienci mieli fantazję. - Jeden wyjął siedzenie z samochodu, wstawił do budki telefonicznej koło policji, bo musiał ze mną rozmawiać. Co ja go wyrzuciłam, to on z powrotem. W końcu go zablokowałam, to przeniósł się do innej budki... - Danuta Hankowicz przyznaje, że zdarzali się panowie, którzy prosili o to, by łączyła ich pani z konkretnym numerem.
Centrala telefoniczna to miejsce pod specjalnym nadzorem. W stanie wojennym chroniona była bardziej niż dotąd. - Przyszłam do pracy po nocce, a w międzymiastowej byli już wojskowi. Nie mogłyśmy łączyć niczego. Jedynie w gabinecie dyrektora stała wojskowa centralka z klapkami, z której łączyło się tylko pogotowie, szpital i milicję. Wojskowi pili z nami kawę, a w eterze przez jakiś czas była cisza– pani Danuta sięga po zdjęcia. Smutnych panów na nich nie ma, ale są koleżanki z pracy. Przy centrali, w białych kołnierzykach, ze słuchawkami przy ustach. A tu przy pierwszym komputerze. Pracownice nie kryją dumy z maszyny.
To drugie zdjęcie wykonano sporo po tym, jak komuniści zrewolucjonizowali centralę międzymiastową w Złotowie. Kazali paniom mówić: „rozmowy kontrolowane”.
- Odchylałam klucz i słyszałam dwie osoby rozmawiające, ale o czym była dyskusja, to była tajemnica służbowa – mówi L. Szałek. - Gdyby był w tym jakiś cel, to pewnie byłyby powołane osoby, które specjalizują się w takich działaniach, a żadna z nas w służbach specjalnych nie pracowała – była telefonistka śmieje się szczerze.
- Czasami mówiłyśmy „rozmowa kontrolowana”, ale wszystko co usłyszałyśmy zachowywałyśmy dla siebie. To było pro forma, bo nikt na nikogo nie donosił – zapewnia D. Hankowicz.

Telefonistki w miejscu pracy Danuta Hankowicz, Jola Łatko, Kazia Żbikiewicz i Teresa Baran
Na początku lat 90-tych telekomunikacja otworzyła najbliższe linie. Klienci sami wybierali numery do Lipki czy Krajenki. A potem TP udostępniła ludziom jeszcze Piłę.
- Nadal przyjmowałyśmy rozmowy, ale dawało się odczuć, że jest ich coraz mniej. Pozostały nam budzenia, nocki i zagranica – pani Danuta łączyła ludzi do 1993 roku. Pracownice przenoszono do innych zajęć – ona trafiła do działu badań. Potem przeszła do biura obsługi klienta, jeździła też w teren i namawiała ludzi do zakładania telefonów. Pani Lucyna pracę w „tepsie” zakończyła w 1994 roku.
Pani Danuta przeniosła się do Piły i tam dotrwała do emerytury. Przeszła na nią w 2012 roku. Odchodząc nie była już telefonistką. Takiego zawodu już nie było.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pozdrowienia dla Pań telefonistek, moja mama ,,międzymiastowa 13,,przepracowała na tym stanowisku 38 lat, świątek , piątek, i na zmiany.Jako dziecko parę razy byłem w pomieszczeniach starej centrali , jeszcze na starej poczcie , pamiętam ręczną łącznicę, telefonistki w fartuszkach z podszewki i białe kołnierzyki, dla mnie to było magiczne pomieszczenie, światełka i gniazda łącznicy, ebonitowe czarno/białe tarcze numeryczne w blatach i czarodziejskie słuchawki nagłowne. Wspominam i żal minionego dzieciństwa.
To była magia
Pozdrowienia dla Pań telefonistek, moja mama ,,międzymiastowa 13,,przepracowała na tym stanowisku 38 lat, świątek , piątek, i na zmiany.Jako dziecko parę razy byłem w pomieszczeniach starej centrali , jeszcze na starej poczcie , pamiętam ręczną łącznicę, telefonistki w fartuszkach z podszewki i białe kołnierzyki, dla mnie to było magiczne pomieszczenie, światełka i gniazda łącznicy, ebonitowe czarno/białe tarcze numeryczne w blatach i czarodziejskie słuchawki nagłowne. Wspominam i żal minionego dzieciństwa.
To była magia