Reklama

Rozmowy niekontrolowane

20/12/2015 18:30
Kto zamawiał budzenie, a kto czekał na połączenie trzy dni? I dlaczego klient siedział w budce telefonicznej na fotelu wyjętym z auta? Pokazujemy zawód, którego już nie ma - telefonistki

„Poczekaj”. „Łączę”. „Warszawa?” Dwanaście kobiet mówi naraz, jedna przez drugą. - Jak one się słyszą? Jak dają radę? Gdzie tę Warszawę widzą? - Danusia właśnie skończyła liceum dla pracujących i przyszła zobaczyć miejsce pracy. Świat, który wisi na krzyżujących się liniach telefonicznych. - Weszłam na salę i wszystkie buzie na mnie. Nie wiedziałam, czy jestem biała, czy czerwona. Wydusiłam „dzień dobry”, a one się odwróciły i dalej: „Jest Pan drugi w kolejce”. „Rozłącz się”.

Pochód I-majowy, około 1987 roku. W pierwszym rzędzie D. Hankowicz z synem, Teresa Sobieszczańska, Jolanta Płonka, G. Kaufka i G. Kisielewicz

Reklama

Budynek Telekomunikacji Polskiej przy Marii Skłodowskiej-Curie jest niepozorny. Z zewnątrz. Ale wszystkie wejścia ma zakodowane. Pracownice rozszyfrowują je, wkładają fartuszki i kapcie, zakładają słuchawki i siadają przed centralą. - Małgosia Klikowska przyjmowała rozmowy i dała mi dodatkową słuchawkę, żebym posłuchała. Po 15 minutach już [[pay]] mnie ucho bolało. Jezu, jak ona może to robić cały dzień? Na dzisiaj to mi wystarczy. Mogę już iść? - Danuta Hankowicz uśmiecha się do siebie z 1976 roku. Nie mogła jednak zrobić przykrości babci, która przyjaźniła się z ówczesną kontrolną międzymiastowej w Złotowie Łucją Ślipek. - Pani Łucja kochała kwiaty i przychodziła do nas po piękne gladiole – była telefonistka pokazuje poszarzały jesienią ogród. Mieczyki już w nim nie rosną. - Na drugim końcu międzymiastowej siedziała Gita Palicka. Była bardzo konkretna i poukładana. Przy niej się uspokoiłam. „Nie martw się, to tylko na początku tak wygląda. My też tak miałyśmy. Dasz radę” zapewniała – pani Danuta z rozrzewnieniem wspomina pierwszy dzień pracy w popularnej „tepsie”. Miała łączyć ludzi przez chwilę, a robiła to siedemnaście lat.

Reklama

Pracownice międzymiastowej były dla siebie jak rodzina. Tu podczas dorocznej wizyty św. Mikołaja

Rozładowywanie choinki

Centrala składa się z kluczy i lampek. Czerwona oznacza połączenie oczekujące. - Wkładam sznur do centrali, otwieram klucz i mówię: międzymiastowa 8, słucham – do rozmowy włącza się Lucyna Szałek. Niedoszła pracownica Spółdzielni Kółek Rolniczych w Złotowie trafiła do Telekomunikacji Polskiej przypadkiem. - Byłam świeżo upieczoną maturzystką. Zamawiając rozmowę usłyszałam moją koleżankę. Powiedziałam jej, że szukam zajęcia. „Słuchaj, akurat u nas jest wolne miejsce. To fajna, luźna praca” - pani Lucyna szybko odnalazła się w tym rozgardiaszu i babińcu. Na międzymiastowej pracowały same kobiety. - Ogarnąć ten zespół to była sztuka. Chylę czoła przed nieżyjącą już panią Krystyną Jaszczyk i przed Anicetą Lewandowską.

Reklama

Rozmowy zamówić można było trzy: zwykłą, pilną lub błyskawiczną. Pilna, oznaczona literą „D”, musiała być zrealizowana w ciągu kwadransa, błyskawiczna („E”) w pół godziny, a zwykła... Cóż. Zamówienie zapisywało się na cedułce i przekazywało koleżankom, które łączyły ze wskazaną osobą lub instytucją. - Miałyśmy zegary, na których sprawdzałyśmy czas. Aha, o tej to było przyjęte, więc jeszcze trochę może poleżeć. Mogę jeszcze coś połączyć – pani Danuta zdradza kulisy pracy. - Czasem ktoś zamawiał rozmowę do Krajenki i miał pretensje, że szybciej by dojechał niż ja go połączę. A to sobie jedź...

Większość telefonistek łączyła ludzi w pobliżu, ale na dwóch stanowiskach odbywała się walka Północ - Południe. Przez Koszalin rozmowy wychodziły na Polskę północną, przez Poznań na południową. - To były ciężkie stanowiska, na których odbywała się ostra współpraca z telefonistkami z tych miast – twierdzi Lucyna Szałek. Energiczna jak dawniej stara się wytłumaczyć, jakie znaczenie w tej pracy miała „sympatia głosu”.

Reklama

- Ogromne. Zwłaszcza na jakość pracy. Jak któraś z nas sobie nagrabiła, to telefonistka z Piły czy Poznania ją zapamiętała i blokowała łącze... A chodziło przecież o to, by jak najszybciej rozładować tę palącą się na czerwono choinkę.

Dlatego telefonistki pracowały na trzy zmiany. Najgorzej miała ta z nocki, bo nie spała wcale.

- Przychodziła w ciągu dnia i podmieniała nas, byśmy miały pół godziny przerwy. Potem przychodziła na 21 i pracowała do 7. Po takiej nocce miała 2,5 dnia wolnego – D. Hankowicz wspomina, że na międzymiastowej były też dyżury wspomagające w godzinach szczytu – między 18:00 a 22:00.

Reklama

Panie Danuta i Lucyna nadal mają dobre relacje. Podobno taka właśnie była tepsa - przyjacielska

Halo, pora wstać

Najtrudniej rozmawiało się rano. Zwłaszcza z zakładami pracy. - Taki Metalplast zamawiał kilkanaście rozmów na raz i wszystkie były pilne i błyskawiczne. Bo kontrakt, bo transport stoi gdzieś po drodze – pani Lucyna nadal może sypać numerami jak z rękawa. Telefonistki w małym palcu miały większość lokalnych numerów. A czego nie zapamiętały, zapisywały ręcznie w książce. Za wyszukanie danych rozmówcy „tepsa” pobierała dodatkową opłatę. - Na początku mojej pracy trzeba było wyliczyć, jak długo ktoś rozmawiał i podawać cenę. To samo dotyczyło telegrafu, który obsługiwałyśmy w niedzielę – cen niestety panie nie mogą sobie przypomnieć.

Reklama

Do zadań telefonistek należało także budzenie. Klientów, którzy jako pierwszy danego dnia chcieli usłyszeć głos z międzymiastowej, było sporo. - Bywało tak, że na 5 rano sześć osób chciało być budzonych. Uprzedzałam, że mam kilka zamówień na tę godzinę, to czy będzie problemem, jeśli zadzwonię trzy minuty wcześniej – Lucyna Szałek walczy w kosmykiem, który ciągle opada jej na oczy. No i bez mrugnięcia przyznaje, że rodzina i znajomi mieli u niej fory. - Jak koleżanka była dwudziesta w kolejce do połączenia, to od razu była pierwsza. Co tu dużo mówić...

Prawdziwą sztuką było jednak zdobycie rozmowy zagranicznej. Na takie połączenie czekało się po kilka dni. - Przeważnie łączone były one w nocy. Zamawiałyśmy to w Poznaniu, z którym miałyśmy jedno łącze. No i się prosiło tamtą telefonistkę: „Słuchaj, pomóż. Jak będziesz czegoś potrzebować...” - pani Danuta przekonuje, że jej i koleżankom zależało na klientach. - A potem dostało się rozmowę, obudziło człowieka o 5:00, a rozmowa została przerwana. I wszystko od nowa. Ile trzeba się było namęczyć, żeby Warszawę ponownie złapać… – dodaje L. Szałek.

Reklama

Pierwszy komputer to doskonała okazja do pamiątkowego zdjęcia. Od lewej Aniceta Lewandowska, Gienia Kaufka, Danuta Hankowicz, Ania Blichowska, Grażyna Kisielewicz (siedzi) i Stasia Bławat (śp.)

Kwiaty dla głosu

Chyba nie zdradzamy tajemnicy, podając dane osobowe telefonistek? Panie zapewniają, że już nie, ale kiedyś poznać imiona pań z międzymiastowej w Złotowie było niemożliwością. Pani Lucyna była numer 8, pani Danuta 22. Pozostałe koleżanki miały swoje liczby. - Gdy zamawiałam rozmowę np. w Słupsku, to podawałam numer - 8. Tak samo się zgłaszałam. Numer zapamiętywał klient i gdy był niezadowolony, to dzwonił ze skargą. „Pani x była nieprzyjemna”. Nie byłyśmy anonimowe, a to zobowiązywało do rzetelnej pracy – L. Szałek wspomina 11 lat spędzone w telekomunikacji, z tego połowę w centrali.

Reklama

Danuta i Lucyna ożywiają się, gdy pytam o adoratorów. Pewnie niejeden klient uczepił się ich głosów.

- Kiedyś przyszedł klient z kwiatami. Kontrolna powiedziała mu, że nie może wejść. A on prosił, bo musi zobaczyć tę panią, która mu tak pomogła – za chwilę panie opowiedzą o tym, jak wcielały się w rolę psychoterapeutek. - Pamiętam, że chciałam zobaczyć, co to był za facet, ale nie poszedł w stronę Złotowianki i bloków na Piasta, lecz w drugą – pani Danuta pamięta, że przyniósł wtedy goździki. Był 7 marca.

Reklama

- A mi dane było odebrać kwiaty. Przyniósł je mężczyzna, z którym przegadałam w nocy chyba z godzinę. Miał problemy osobiste, był zrozpaczony i musiał się wyżalić. Uratowałam go w trudnej sytuacji, więc przyszedł później podziękować – wydaje się, że pani Lucyna przebiła koleżankę. Nie tak prędko. - Przez Lipkę dzwonili do nas wojacy – zaczyna pani Danuta. - Tamtejsza telefonistka miała ich dość, więc prosiła: „weź z nim pogadaj”. No i tym żołnierzom z jednostki w Debrznie mój głos się podobał i przyjeżdżali pod Złotowiankę. Mówiłam im, żeby czekali po pracy, opisywałam siebie (oczywiście zmyślałam), a oni się na to nabierali. Potem wychodziłyśmy po 14:00 w kilka i oceniałyśmy: patrz, siedzi, ma tę czekoladę. Ale nie, za mały, a ten za rudy, za gruby i się nie podchodziło – kobiety śmieją się z młodzieńczych żartów. Ale też i klienci mieli fantazję. - Jeden wyjął siedzenie z samochodu, wstawił do budki telefonicznej koło policji, bo musiał ze mną rozmawiać. Co ja go wyrzuciłam, to on z powrotem. W końcu go zablokowałam, to przeniósł się do innej budki... - Danuta Hankowicz przyznaje, że zdarzali się panowie, którzy prosili o to, by łączyła ich pani z konkretnym numerem.

Jaki ze mnie szpieg?

Centrala telefoniczna to miejsce pod specjalnym nadzorem. W stanie wojennym chroniona była bardziej niż dotąd. - Przyszłam do pracy po nocce, a w międzymiastowej byli już wojskowi. Nie mogłyśmy łączyć niczego. Jedynie w gabinecie dyrektora stała wojskowa centralka z klapkami, z której łączyło się tylko pogotowie, szpital i milicję. Wojskowi pili z nami kawę, a w eterze przez jakiś czas była cisza– pani Danuta sięga po zdjęcia. Smutnych panów na nich nie ma, ale są koleżanki z pracy. Przy centrali, w białych kołnierzykach, ze słuchawkami przy ustach. A tu przy pierwszym komputerze. Pracownice nie kryją dumy z maszyny.

Reklama

To drugie zdjęcie wykonano sporo po tym, jak komuniści zrewolucjonizowali centralę międzymiastową w Złotowie. Kazali paniom mówić: „rozmowy kontrolowane”.

- Odchylałam klucz i słyszałam dwie osoby rozmawiające, ale o czym była dyskusja, to była tajemnica służbowa – mówi L. Szałek. - Gdyby był w tym jakiś cel, to pewnie byłyby powołane osoby, które specjalizują się w takich działaniach, a żadna z nas w służbach specjalnych nie pracowała – była telefonistka śmieje się szczerze.

- Czasami mówiłyśmy „rozmowa kontrolowana”, ale wszystko co usłyszałyśmy zachowywałyśmy dla siebie. To było pro forma, bo nikt na nikogo nie donosił – zapewnia D. Hankowicz.

Telefonistki w miejscu pracy Danuta Hankowicz, Jola Łatko, Kazia Żbikiewicz i Teresa Baran

Otwarte linie

Na początku lat 90-tych telekomunikacja otworzyła najbliższe linie. Klienci sami wybierali numery do Lipki czy Krajenki. A potem TP udostępniła ludziom jeszcze Piłę.

- Nadal przyjmowałyśmy rozmowy, ale dawało się odczuć, że jest ich coraz mniej. Pozostały nam budzenia, nocki i zagranica – pani Danuta łączyła ludzi do 1993 roku. Pracownice przenoszono do innych zajęć – ona trafiła do działu badań. Potem przeszła do biura obsługi klienta, jeździła też w teren i namawiała ludzi do zakładania telefonów. Pani Lucyna pracę w „tepsie” zakończyła w 1994 roku.

Pani Danuta przeniosła się do Piły i tam dotrwała do emerytury. Przeszła na nią w 2012 roku. Odchodząc nie była już telefonistką. Takiego zawodu już nie było.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    titi - niezalogowany 2015-12-20 19:52:17

    Pozdrowienia dla Pań telefonistek, moja mama ,,międzymiastowa 13,,przepracowała na tym stanowisku 38 lat, świątek , piątek, i na zmiany.Jako dziecko parę razy byłem w pomieszczeniach starej centrali , jeszcze na starej poczcie , pamiętam ręczną łącznicę, telefonistki w fartuszkach z podszewki i białe kołnierzyki, dla mnie to było magiczne pomieszczenie, światełka i gniazda łącznicy, ebonitowe czarno/białe tarcze numeryczne w blatach i czarodziejskie słuchawki nagłowne. Wspominam i żal minionego dzieciństwa.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Kika - niezalogowany 2021-03-07 22:59:10

    To była magia

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama