Reklama

W przedsionku życia i śmierci, czyli realia pracy w OIOM-ie

27/04/2018 17:00
Jest zawodowym pesymistą, ale wierzy w cuda i uczciwość śmierci. A najbardziej cieszy się, gdy „założy ładną blokadę”. O pracy w oddziale intensywnej terapii i anestezjologii opowiada Andrzej Krekora

Widział Pan cuda? Gdzie ich szukać jeśli nie tu?

Coś z pogranicza tak. Zdarza się, że na medyczny rozum ktoś nie powinien przeżyć, a to robi. I odwrotnie, niestety. Mądrość czerpana z podręczników czy szkoleń nie jest absolutna. Gdy byłem młody i ambitny szczeniak, to myślałem, że jak przeliczę leki do miligramów na kg masy ciała na minutę, to nie ma siły, żeby to nie działało. A tak nie jest.
Ktoś powiedział, że doświadczenie przychodzi z wiekiem. Istotne, by nie było to wieko od trumny.

Brzmi dość pesymistycznie.

Bo też my, anestezjolodzy, jesteśmy zawodowymi pesymistami. Najpierw staramy się wyszukać wszelkie możliwe zagrożenia, a potem szukamy rozwiązań i sposobów na ich zminimalizowanie.

Reklama

OIOM to granica? Przedsionek życia i śmierci?

OIOM to nie jest umieralnia, choć część z leżących tu pacjentów umrze – to jest potwierdzone brutalną statystyką.
Przedsionek? Rzeczywiście można tak to ująć. Człowiek przywieziony do nas jest na granicy: albo – albo. Gdy matka natura nie daje sobie rady z przywróceniem człowieka do stanu homeostazy, to próbujemy to zrobić my na intensywnej terapii. Choć najlepiej byłoby zgarnąć takiego człowieka zanim on z tej równowagi wypadnie. Po poważnych operacjach nie od razu wybudzamy pacjenta. Czekamy, aż odpocznie (pooddycha za niego respirator), zostaje ogrzany, a nerki i układ pokarmowy zaczną działać prawidłowo. To jest mądra strategia. Niestety miejsc w oddziałach intensywnej terapii jest wiecznie za mało. Ostatnio mamy pełne obłożenie cały czas.

Pomówmy o Pańskich początkach. Jak podjął Pan decyzję o zostaniu lekarzem?

Chciałem być chemikiem, a plany zmieniłem w trzeciej klasie szkoły średniej, gdy podczas wycieczki koleżanka mamy z pracy spadła z wysokości 3 metrów i złamała nogę. Na 50 osób ja, najmłodszy, byłem jedyny, który wiedział, co robić. Ustabilizowałem ją tak, że bardzo mnie za to w szpitalu pochwalili. Zaczęło się więc od uczucia, że zrobiłem coś dobrego.

Reklama

Młodzi ludzie uciekali przed wojskiem, a Pan wybrał studia na Wojskowej Akademii Technicznej.

W latach 80-tych status lekarza wojskowego był wysoki. Poza tym miałem tam zapewniony wikt i opierunek, więc nie byłem obciążeniem dla rodziców. Byłem jednak w wojsku i obowiązywał mnie rozkaz, więc, pamiętam jak dziś, z 12 na 13 grudnia 1981 roku mój pluton stał na warcie! Byłem skołowany i przerażony, ale wytrwałem. Odbyłem staż w szpitalu wojskowym w Szczecinie i dostałem przydział do jednostki liniowej w Budowie pod Złocieńcem. Niemcy zbudowali tam ośrodek przygotowań do olimpiady 1936 roku. Było nas tam 3 lekarzy na pułk liczący ok. 2000 żołnierzy.

Na poligonach zdarzały się wypadki?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 87% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Owszem, na strzelaniu nocą jedna z załóg przygrzała w sąsiedni pojazd, którego celowniczy odniósł poważny uraz głowy. Kiedyś też żołnierz, biegnąc na zmianę warty i trzymając rękę na kaburze, oddał kilka niezamierzonych strzałów, dwa trafiły w kolegę.

Reklama

Przeszedł Pan szkolenie bojowe, a przecież broń i leczenie w potocznym rozumieniu się kłócą.

Trzeba wiedzieć, jakich szkód może ta kula w organizmie narobić. Taka wiedza wyrabia odpowiedzialność.

Dlaczego na specjalizację wybrał Pan anestezjologię?

Chciałem być pediatrą, bo dzieci przy tej całej swojej bezbronności doskonale się leczą - jeśli postawi się trafną diagnozę. O pediatrii myślałem do piątego roku, aż do sytuacji na stażu. Na izbę przywieziono człowieka w ciężkim stanie. Zlecieli się specjaliści, był rwetes, hałas, ale jeden człowiek zachowywał nadludzki spokój. Zaimponował mi tym. Okazał się anestezjologiem.

Anestezjologia sama w sobie nie jest tak widowiskowa jak choćby chirurgia, która może robić wrażenie na młodym lekarzu, prawda?

W podręczniku anestezjologii znalazłem zdanie, które wziąłem za własne: najbardziej w pracy lekarza cenię sobie to, że uwalniam od bólu. Bo czego boi się pacjent, idąc do szpitala? Bólu. Zawsze interesowało mnie, jak to zrobić, żeby pacjent zabieg przeżył i obudził się w dobrej formie. To mnie rajcowało.
Kierownikiem zespołu operacyjnego zawsze jest chirurg, ja nie muszę być najważniejszy. I tak sukces polegający na bezpiecznym przeprowadzeniu przez zabieg operacyjny jest wspólny. To porażka jest sierotą.

Reklama

Umiejętności doskonalił Pan w szpitalu wojskowym w Wałczu.

W 1993 roku ze szpitala wojskowego w Wałczu odeszło 2 z 4 anestezjologów. W pomorskim okręgu wojskowym było dwóch szczeniaków, którzy zaczęli kurs z anestezjologii. Tak trafiłem do Wałcza. Tam nauczyłem się uczciwej pracy anestezjologicznej. Do tej pory pracuje tam dwóch moich mistrzów – Janusz Napiórkowski i Jan Romaniuk. Obaj przekazali mi ogrom wiedzy, wyganiali mnie też na wszelkie możliwe kursy. Dzięki nim w 1998 roku zdałem egzamin drugiego stopnia i stałem się samodzielnym anestezjologiem.

Nie jest łatwo wejść w oddział, na który trafiają najcięższe przypadki. Weźmy reanimację– człowiek umiera i żyje na zmianę, jak na huśtawce…

To trudne, zwłaszcza że cały czas mówiłem sobie: Boże, jaki ja jestem głupi, tylu rzeczy nie wiem. Jednocześnie nie było chyba ze mną tak źle, skoro po dwóch tygodniach pracy ordynator zostawił mnie samego na dyżurze. Uważam, że najszybciej człowiek uczy się pod presją. Wtedy nie było dla mnie barier, mogłem wszystko.

Reklama

W anestezji spora część pracy jest planowa, nagłe przypadki są rzadkością.

Zwykle oglądamy pacjentów wcześniej i planujemy zabiegi. Im mniej wariactwa i pośpiechu, tym dla wszystkich lepiej. Gdy wchodzę na blok operacyjny, to nie podnoszę głosu. Na sali powinno być cicho, a w praktyce jest rejwach, więc z punktu widzenia człowieka, który tam wjeżdża na stół, można na głowę dostać. Więc przynajmniej ja jestem cicho.
Choć zdarzają się sytuacje nagłe - sam ze dwa razy w życiu operowałem wyrostek robaczkowy.

To w poszukiwaniu adrenaliny wyjechał Pan na misję pokojową ONZ w Libanie?

To były czasy, gdy już źle się działo w wojskowej służbie zdrowia. Od 1999 roku dowódcy naciskali, byśmy przechodzili do cywila. Kiedy w 2002 roku zadzwonił do mnie człowiek zajmujący się werbunkiem, potraktowałem to jak wyzwanie. To był mój pierwszy raz za granicą, opłacany byłem w dewizach, przy czym rodzina miała moją pensję oficerską w kraju, więc było to dobre rozwiązanie.
Obsadę szpitala polowego w Naqourze stanowiło 47 Polaków. Obsługiwaliśmy medycznie pracowników bazy oraz miejscową ludność (leczyliśmy ich i dawaliśmy im leki za darmo, a służba zdrowia w Libanie jest płatna). Pełniliśmy też dyżury medyczne lotnicze. Trzy razy siedziałem w helikopterze, ale nie poleciałem, nie było takiej potrzeby. W ciągu rocznego pobytu operować mieliśmy okazję ledwie kilka razy, aż się kłóciliśmy, kto ma znieczulać...

Reklama

Czego Pan się tam nauczył?

Pracować w małej grupie ludzi i nie stwarzać konfliktów, a z tęsknoty za krajem ludzie czasami od zmysłów odchodzili... Poza tym zwiedziłem Liban, przepiękny kraj. To tam w dolinie Bekaa znajdować miał się, zdaniem miejscowych, biblijny raj.
Przyjaźnie stamtąd zostały mi na całe życie – piszemy do siebie, dzwonimy, czasami zwołujemy się na kielicha. Jednocześnie tam potwierdziło się, że jestem niezłym lekarzem.

Po powrocie z rocznej misji przeszedł Pan do „cywila”?

Okazało się, że mój etat w Wałczu został zlikwidowany, a ja chciałem popracować w wojsku do emerytury (brakowało mi 5 lat). Zatrudniłem się w wojskowej klinice w Bydgoszczy - 600 miejsc, 1200 pielęgniarek i kilkuset lekarzy. Dwa miesiące uczyłem się, gdzie co jest i jak mają na imię pielęgniarki z OIOM-u. Dużo się działo, uczyłem się neurochirurgii i szerokiej urologii, więcej było dziecięcej chirurgii. A na wyposażeniu mieliśmy cudeńka.

Reklama

À propos. Czasami słychać zarzuty, że lekarze tak są zapatrzeni w swoje techniczne zabawki, że nie dają pacjentom odejść, nawet gdy nie ma podstaw do dalszego leczenia.

Z technicznego punktu widzenia rzeczywiście można je podłączyć każdemu, tylko czasami trzeba się puknąć w rozum. Po co 97-latkowi wymieniać np. zastawkę aortalną? Weźmy pacjenta po 80-tce z rozsianym procesem nowotworowym - nikt rozsądny nie podłączy go do respiratora.

Jest Pan wierzący? Pytam o to, bo zastanawiam się, jak Bóg zapatruje się na sztuczne podtrzymywanie życia, co przecież Pan robi na OIOM- ie.

Wierzę, ale nie sądzę, byśmy w naszej pracy kłócili się z wyrokami boskimi. Nie możemy jednak polegać wyłącznie na boskiej opatrzności.

Jak rodzi się decyzja o niepodłączeniu do aparatury i zgoda na odejście pacjenta?

To są dylematy. Trzeba mieć przekonanie, że działania lecznicze są nieuzasadnione. Posługujemy się procedurą terapii daremnej. Mówimy o rozpoznaniu nieuleczalnej i postępującej choroby i wykazanym braku sensu stosowania zaawansowanych metod terapii – toczenia krwi czy podłączenia do respiratora. To wszystko, spisane na formularzach, podpisuje dwóch specjalistów anestezjologii i intensywnej terapii. A także, co ważne, przedstawiciel rodziny.

Reklama

Za zgodą bliskich pozwalacie człowiekowi umrzeć...

Zapewniamy mu komfort umierania. Jeżeli cierpi, stosujemy takie leki, by nie wiedział, że go boli, że jest chory i umiera. Tyle możemy zrobić. Nie są to w gruncie rzeczy częste przypadki, to nie jest nasz chleb powszedni.

To nie jest tak, że rodzina prosi o kontynuowanie terapii za wszelką cenę?

Nie spotkałem się nigdy z napastliwością rodzin. Przeciwnie, czasami potrafią mnie one zaskoczyć. Kiedyś pan, widząc, ile robimy, zapytał: panie doktorze, to nie ociera się o terapię uporczywą?
Staramy się każdemu członkowi rodziny w cztery oczy mówić wszystko o stanie bliskiej mu osoby. Bywa też, że rodzina przychodzi, posiedzi, pogłaszcze pacjenta i wychodzi, nie oczekuje informacji.

Reklama

Ludzie zdają sobie sprawę, że na intensywną terapię trafia się w ciężkim stanie i może zdarzyć się najgorsze?

Tak jest z definicji. Śmiertelność w OIOM-ach sięga 50%. Na naszym przed dwoma laty było to 35%. To nie wynika z tego, że my nie chcemy czy nie umiemy tych ludzi leczyć. To wynika z tego, że są oni tak chorzy, że mimo terapii nie mogą wyzdrowieć. Żeby być uczciwym – my nie wiemy wszystkiego, nie mamy patentu na mądrość, jesteśmy omylni. Zawsze jednak robimy wszystko co możemy, by potem nie pluć sobie przy goleniu w lustro.

Oswoił Pan śmierć?

Śmierć jest bardzo uczciwa, każdego spotka, o nikim nie zapomni. Wiem, że i po mnie przyjdzie, ale nie spędza mi to snu z powiek. Nie jestem nieśmiertelny, a zdrowy to byłem 15 lat temu, kiedy mogłem „przebiegać” na oddziale 72 godziny. Dziś już mnie to męczy.

Reklama

Jak wyjść z takiego oddziału jak intensywna terapia i po prostu być mężem i ojcem? Gotować obiad, kosić trawę, chodzić na spacery?

Gdyby zapytał pan moją żonę, to pewnie by powiedziała, że moją pierwszą miłością jest intensywna terapia i anestezjologia, a ona i dzieci dopiero drugą… I wszyscy to jakoś akceptują. Czasami rozmawiamy z Ewą (jest położną) na tematy zawodowe, bo nie sposób nie zabrać tej pracy do domu, ale dla komfortu psychicznego mam swoje odskocznie, staram się nie zwariować. Żona czasami spojrzy na mnie i powie: wiesz co, ty idź się połóż...

Anestezjologów, podobnie jak lekarzy innych specjalności, wciąż jest na rynku za mało. Dlatego pracujecie po kilkadziesiąt godzin z rzędu?

W medycynie zawsze było tak, że pensje zasadnicze były niewielkie, a żyło się z dyżurów. Dziś młodzi ludzie nie chcą zaorać się na śmierć, wolą pracować mniej, ale za lepsze pieniądze. W naszym oddziale wszyscy lekarze pracują ponad normę etatową, wyrabiamy się w ostrych zakrętach, a i tak jest nas za mało.

Co gorsza, młodych lekarzy w złotowskim szpitalu jest niewielu.

Na naszym oddziale średnia wieku sięga sześćdziesiątki. Dyrekcja ogłasza konkursy, ale niewiele osób jest zainteresowanych pracą na prowincji.

Tyle że, paradoksalnie, płace tu są stosunkowo atrakcyjne. Poza tym jeden z miejscowych lekarzy mówił mi, że w Złotowie miał szansę wykonywać zabiegi, do których w dużych ośrodkach tak szybko by go nie dopuszczono.

Być może coś w tym jest. Robiłem porządki w papierach i zauważyłem, że w 2004 roku w Wałczu moja pensja zasadnicza wynosiła 2050 zł. Dwa lata później w Złotowie na „dzień dobry” dostałem niecałe 4000 zł. Zarabiam tyle, że stać mnie na przyzwoite życie, spłacanie kredytów za auto i chałupę, odłożenie grosza na czarną godzinę i raz w roku wakacje nad Morzem Śródziemnym. Czegoś mi jeszcze potrzeba? Nie zatrudnię się w dużym mieście, bo jestem prowincjuszem.

Obawiam się o jakość usług świadczonych przez lekarzy i pielęgniarki pracujących w kilku miejscach naraz. To ryzyko także dla was, bo pacjenci są coraz bardziej świadomi swoich praw, a ilość pozwów przeciwko szpitalom i lekarzom rośnie.

I będzie ich coraz więcej, bo powstają wyspecjalizowane kancelarie prawnicze, które się nimi zajmują. To przychodzi z Zachodu. Dziś w Ameryce np. na każdą procedurę podpisuje się masę oświadczeń i zgód. A że w medycynie zdarzają się powikłania, np. pooperacyjne lub błędy? Zdarzają się, bo nie znam nikogo, kto by się nie mylił. Z drugiej strony nie znam lekarza, który chciałby człowieka skrzywdzić. Uważam, że normalna rozmowa lekarza z rodziną mogłaby sprawić, że tych oskarżeń byłoby mniej.

Zastanawiam się, czy nabyty w wojsku dryl przekłada Pan na pracę w szpitalu w Złotowie.

(długi śmiech) Nie, nasze pielęgniarki są bardzo poukładane, sumienne i pracowite. Te nasze złote dziewczyny są niesłychanie uczciwe. Byłem i jestem zdania, że dobra ,mądra pielęgniarka jest warta więcej niż kiepski lekarz. Gdy przyszedłem tutaj 12 lat temu, w odpowiedzi na konkurs na ordynatora, szukałem nowych wyzwań i się nie zawiodłem.

Po blisko trzydziestu latach w zawodzie uważa Pan, że anestezjologia była dobrym wyborem?

Owszem, bo jeszcze mi się chce zrobić coś dobrego. Chce mi się pojechać i zobaczyć, jak robią to samo gdzieś indziej. Do tej pory jestem szczęśliwy, gdy uda mi się wykonać ładną blokadę albo gdy mi się pacjent ładnie wybudzi.

Często jest Pan ostatnią osobą, którą widzi on przed zaśnięciem na stole operacyjnym i pierwszą po przebudzeniu. Jak reaguje?

To zależy od nastroju. Jeśli kobietka wjeżdża płacząca, to często taka też się budzi. Choć nie zawsze. Czasem wystarczy zagadać, uśmiechnąć się i pokazać szczerą gębę, by ją uspokoić. Kiedyś pani po 80., która trochę zdrowia mnie kosztowała, bo przyszła z problemami kardiologicznymi i była mało stabilna w czasie zabiegu, budzi się, otwiera oczy i mówi: anioły! No powikłało nam kobietę, myślę. A ona przyciąga do siebie mnie i pielęgniarkę i dodaje: moje anioły! Jak dobrze, że ja żyję.

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Pacjentka - niezalogowany 2018-05-26 06:23:55

    Świetny człowiek w swoim fachu. Odpowiednia osoba na tym stanowisku. Długo z nim rozmawiałam, byłam bardzo zestresowana, a on jak nikt inny, podniósł mnie na duchu, poprzez żarty, fajnie się z nim rozmawiało, mało takich w złotowskim szpitalu...

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Marcin - niezalogowany 2018-05-06 00:04:20

    Dupa nie anestezjolog panaceum dla wszystkich - mechaniczna wentylacja a póżniej co?? Szpitalne zapalenie płuc?? Śmierć!! Nie polecam uciekajcie do dużych miast!!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Magda g - niezalogowany 2018-04-28 21:08:55

    Wspaniały człowiek , wspaniały lekarz !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama