Z okazji mijającego roku przypominamy Wam najlepsze teksty z ostatnich dwunastu miesięcy - tym razem w wersji otwartej!

Ich przewodnikiem przez lata był Szymon Lisowski. Policjanta i psy połączyło znacznie więcej niż tylko służba. Podczas rozróby na dożynkach, Wolf w jednej chwili powalił kilku napastników
Od kilku miesięcy w Komendzie Powiatowej Policji w Złotowie nie służą już policyjne psy. Po latach, gdy były tutaj obecne, ten rozdział historii złotowskiej policji zamknął się wraz z przejściem na emeryturę ostatniej pary pracującej w jednostce. Przynajmniej na razie, bo obecnie nic nie zapowiada, aby psy ponownie mogły pojawić się w naszej komendzie. W tym roku na policyjną emeryturę przeszli asp. Szymon Lisowski i Irena – owczarek belgijski, który służył w KPP w Złotowie przez siedem lat.
Szymon Lisowski do policji trafił w 2004 roku, w służbie był osiemnaście lat. Przez większość z nich pracował z policyjnymi psami. Staż pracy tych czworonogów był dość długi - kilka lat. Zanim asp. Lisowski został ich przewodnikiem, odbył zastępczą służbę wojskową w oddziałach prewencji w Poznaniu, później czekało go kilka miesięcy podstawowego kursu, a po tym pierwsza praca z psem, jaką wykonywał jeszcze w Komisariacie Policji w Krajence.
– Kiedy zaczynałem, w złotowskiej komendzie pracowało jeszcze kilka psów – jak mówi, obecne wytyczne określają, że czworonogi pracują w policji niemal wyłącznie w większych komendach powiatowych, miejskich czy wojewódzkich. W 2009 roku policjant przeszedł do pracy w komendzie w Złotowie, a razem z nim oczywiście pierwszy podległy mu pies – Wolf.
Z tym patrolowo-tropiącym psem asp. Lisowski pracował w latach 2007-2014.
– Najpierw przeszliśmy kilkumiesięczne szkolenie pod nadzorem instruktorów z Zakładu Kynologii Policyjnej w Sułkowicach. Są tam szkolone wszystkie policyjne psy, jednostka podlega pod Centrum Szkolenia Policji w Legionowie – wyjaśnia.
– Oprócz tego, że psy uczą się tropić, węszyć, pracować z przewodnikiem, poznają też zagadnienia z zakresu obrony, posłuszeństwa i ataku. Te kilka miesięcy jest też po to, żeby między przewodnikiem a psem nawiązała się więź – podkreśla.

Irena tuż przed przejściem na emeryturę
Zanim Wolf trafił do policji, pierwsze szkolenia przechodził jeszcze w innym miejscu.
– Nie mogli tam z nim sobie jednak poradzić, bo był agresywny. Wrócił do hodowcy, dlatego gdy go brałem, miał już dwa lata – emerytowany policjant wyjaśnia, że zazwyczaj do policji trafiają czworonogi mające rok, do półtora, teoretycznie w podstawowy sposób już ułożone, żeby nie bały się huków, wystrzałów, posiadające przynajmniej wstępne posłuszeństwo.
Aż tak był charakterny?
– O Boże! – wspomina były policjant, obecna na naszym spotkaniu jego rodzina też się uśmiecha. – Do męża się nie podeszło, gdy Wolf stał obok – opisuje małżonka pana Szymona.
– Nie było możliwości, żeby ktoś się do mnie zbliżył – przyznaje.
W pojedynczych sytuacjach zabierał psa do domu.
– Są przepisy, które na to zezwalają – wyjaśnia. Przebywał tam jednak wyłącznie na terenie posesji. To spory teren zielonej działki w Buntowie w gminie Złotów.
– Do wnętrza domu go nie brałem. Nie ryzykowałem – oczywiście w trosce o najbliższych.
– Jak był przywiązany do tej jabłonki, ludzie nie wiedzieli, czy jabłonka z nim nie poleci, jak tylko zobaczył, że wchodzi ktoś z zewnątrz – wspomina. Wolf był owczarkiem niemieckim, znacznie mocniejszym od Ireny.
Jak zachowywał się względem przewodnika?
– Agresywny nie był, ale pamiętam, że na szkoleniu raz mnie złapał. Zła była wtedy podpowiedź instruktora. Pies nie chciał oddać nagrody za wykonane zadanie. Instruktor wyjaśniał, że jak nie chce tego zrobić, należy złapać go za obrożę, podciągnąć do góry, zastosować w ten sposób lekkie podduszanie, wtedy pies puści, gdy zacznie mu brakować tlenu. A on mi się wywinął i złapał mnie za rękę. Także jedną pamiątkę po nim mam – uśmiecha się Szymon Lisowski.
– Wolf to była bestia – do dzisiaj doskonale pamięta pierwszy dzień, kiedy w 2007 roku trafił z nim na szkolenie.
– Od razu zrobił ogromne wrażanie. Początkowo nie wiedziałem, jak do niego podejść. Nasypałem karmy do miski, wszedłem do kojca, ale szczerze mówiąc, w tyle głowy miałem świadomość, że nie wiem, czy przeżyję. Nie wiem, czy dzisiaj ponownie bym się zdecydował. Człowiek był wtedy jednak młodszy, miał w sobie chyba więcej odwagi – twierdzi nasz rozmówca.
– To był typowo bojowy pies, do patrolu na ulicy, do walki, ale też do wyszukiwania ludzkich zapachów, pracy po włamaniach, gdy ktoś uciekał, po ścieżce trzeba było znaleźć ludzki zapach – opisuje charakter jego pracy.
Nigdy nie bał się o Wolfa.
– Raczej o tych, względem których interweniował. To był taki pies, że jeśli działa mu się krzywda, to jeszcze bardziej się nakręcał. Kiedy byłem z nim jeszcze na szkole, gdy był znudzony pozorantem, w ogóle na niego nie reagował. Musiał go uderzyć, żeby go zdenerwować, sprowokować, dopiero wtedy bardziej atakował. Potrzebował wyzwań, szukał pretekstu, apatyczny pozorant go nie interesował. To było bardzo waleczne serce. Zapewne dlatego, zanim do nas trafił, został zwrócony z pierwszego miejsca szkolenia do hodowcy. Nie mogli z nim sobie poradzić
Zanim Wolf trafił pod opiekę Szymona Lisowskiego, ten przez dwa tygodnie przechodził szkolenie z innym psem.
– Musiał być zwrócony. Nie przeszedł testu samodzielności. Przywiązany do drzewa, bez obecności przewodnika, był atakowany przez pozoranta. W takiej sytuacji pies musi wykazać się bezwzględną agresją i nieustępliwością. Ten nie wykazał takich cech, raz atakował, raz się wycofywał. Nie miał pewnych zachowań – wyjaśnia, że czasami psy nie są odpowiednie do takiej służby również ze zdrowotnych względów.

– Gdy brałem do szkolenia tego pierwszego psa, którego miałem tylko przez dwa tygodnie, Wolfa już wtedy widziałem. Hodowca pokazał nam go na końcu, mówił: pokażę wam, co on robi, tylko się schowajcie. Wystawił pozoranta. Patrzeliśmy i komentowaliśmy: co za czub z tego psa – wspomina pan Szymon.
Gdy po dwóch tygodniach przyszło mu ponownie wybierać psa do szkolenia, od razu pomyślał o Wolfie.
– Skoro ten pierwszy nie był zdecydowany w teście samodzielności, wiedziałem, że Wolf się nie wycofa, że ma niesamowity charakter. Zadzwoniłem do hodowcy i zapytałem, czy można jeszcze go wybrać. Zapytał mnie tylko, czy aby na pewno. Powiedziałem, że tak.
Gdy Szymona Lisowskiego pytamy o momenty służby, które najbardziej utkwiły mu w pamięci, mówi głównie o tych związanych z tym wyjątkowym owczarkiem niemieckim.
– Był niesamowicie obronnym psem. Z nim można było pójść wszędzie – przyznaje, że niemal cały czas pies musiał być na smyczy, trzeba było zachowywać czujność.
– Znałem go, wiedziałem, czułem, co robi, jaki ma zasięg. Smycz zazwyczaj była skrócona, żeby był pod kontrolą – policjant nie kryje, że z tym czworonogiem czuł się dużo bezpieczniej.
– Robił takie wrażenie, nawet na tłumie, że za każdym razem wychodziło się bez szwanku – policjantowi przypominają się jedne z dożynek w Tarnówce.
– Było około drugiej w nocy, a tam zazwyczaj kończyło się na akcjach, mordobiciach. Już wcześniej coś się działo, dlatego zatrzymaliśmy kilku gości, mieliśmy ich w policyjnym busie. Byliśmy tam sami z kolegą, mieliśmy Wolfa. W aucie legitymowaliśmy z kolegą zatrzymanych – opowiada.
– Nagle ruszyło na nas ich kilku kolegów. Podeszli do samochodu z butelkami w rękach, otoczyli radiowóz. Stwierdzili, że ich odbiją – nawet takie rzeczy dzieją się na dożynkach w naszym powiecie, w małej Tarnówce.

– Był tam tylko nasz patrol, środek nocy, za nami był już tylko las. Powiedziałem do kolegi, żeby spróbował dostać się do szoferki, aby wezwać pomoc przez radio, a ja dojdę do tyłu, otworzę klatkę i wyciągnę psa – Szymon Lisowski wspomina, że akcja Wolfa była ekspresowa.
– Nie chciałbym wdawać się w szczegóły, ale za chwilę kilku z nich mieliśmy jak śledzie poukładanych na trawniku – opowiada z uśmiechem. Choć wtedy do śmiechu wcale im nie było.
– Część napastników oddaliła się do lasu, ale gdy usłyszeli odgłos syren zbliżających się kolejnych radiowozów, całkowicie uciekli – pan Szymon nie ma wątpliwości, że gdyby nie pies, sytuacja mogłaby się różnie potoczyć, a we dwóch z kolegą na walkę wręcz z kilkoma napastnikami nie mieli szans.
– Wolf nie był wielki, miał ponad 40 kg, gabarytami był przeciętnym owczarkiem, ale miał to coś. Większości podczas interwencji wystarczyło na niego spojrzeć, to już pomagało. A jak był już agresywny, to zawsze na stówę – opisuje.
Żona Szymona Lisowskiego przyznaje, że choć sama bała się Wolfa, wiedząc, że ten jest w pracy z mężem, była o niego spokojniejsza.
– Wiedziałam, że nikomu nie pozwoli nawet zbliżyć się do męża. Drugiego policjanta z patrolu też by bronił – ocenia.
– Kiedy patrolowałem z nim miasto i wystarczyło, że ktoś szedł w moim kierunku, a do tego jeszcze coś mówił, on już reagował. A nie daj Boże, gdy ta osoba gestykulowała. Od razu wiedziałem, że muszę go kontrolować – przyznaje były funkcjonariusz.
Zgadza się z tym, że smycz jest swoistą więzią między człowiekiem a zwierzęciem.
– Mówi się, że zwierzę czuje przez nią, jakie odczuwa się emocje, czy jest się w dobrym nastroju, czy odwrotnie. Chyba coś w tym jest.
Wolf niemal zawsze był na smyczy, pod kontrolą.
– Chyba że ktoś nie wykonywał poleceń, robił coś wbrew prawu, uciekał. Wtedy był spuszczany. To był już problem tej osoby – Szymon Lisowski przyznaje, że pies zawsze z łatwością doganiał i powalał uciekinierów. W jego pamięci jest też inna sytuacja.
– O tyle szczególna, że gość skarżył się jeszcze po niej na komendę, że został pogryziony. Faktycznie trochę ucierpiał, ale w sumie Wolf uratował mu życie – opisuje. Nocą, wraz z kolegą z patrolu zauważyli, że na ich widok dwóch mężczyzn zeskakuje z rowerów. Jeden z nich poddał się badaniu na zawartość alkoholu, drugi zaczął uciekać.
– Młody, dosyć wysportowany – działo się to w okolicach przepompowni ścieków. Mężczyzna uciekał w kierunku Blękwitu.
– To było w marcu, była zimna noc. W pewnym momencie brodził w oddalonych szuwarach. Kolega wezwał kolejny patrol, ja nawoływałem, żeby wyszedł. Nie reagował. Było ciemno, nic nie było widać. Pojechałem po psa – podkreśla, że metodyka tropienia jest taka, że pies pracuje w takim momencie bez kagańca, aby nos był jak najniżej przy ziemi.
– Najpierw był na długiej lince, usłyszałem, że facet gdzieś człapał. Później była cisza. Zawołałem: Wolf wracamy – zaciągnął linkę, po chwili dostrzegł, że coś zainteresowało psa.
– Myślałem, że ma jakąś zdechłą sarnę, było widać jakby grzbiet. Okazało się, że wyciągnął gościa spod wody za kurtkę, wydostał go z tych szuwar. Chłopak był wychłodzony, zziębnięty, nie mógł uciekać, nie miał siły, przypuszczam, że gdy pies był blisko, pewnie zanurkował, żeby schować się pod wodą. Wolf go jednak wydostał. Zanim go odciągnąłem, gość się podniósł, był dość blisko, pies chapnął go jeszcze w udo – policjant przyznaje, że w komendzie mężczyzna był tak wyziębiony, że trudno było z nim rozmawiać, trudno było go rozgrzać.
– Gdy skierował skargę z powodu ugryzienia, nawet w Komendzie Wojewódzkiej mieli zagwozdkę, jak rozstrzygnąć sprawę. Niby był bez kagańca, ale inaczej się nie dało, poza tym uratował tego człowieka – Szymon Lisowski przyznaje, że Wolf był niezwykłym psem.

Odszedł szybko. Choroba doskwierała mu zaledwie kilka tygodni.
– Zaczęło się od stawów. Na początku wakacji widziałem, że zaczęły mu doskwierać. Pod koniec sierpnia z i do radiowozu musiałem go przenosić na rękach, tak bardzo podupadł. Weterynarz stwierdził, że działo się coś z sercem. Tydzień przed skonaniem spuchł, dostawał zastrzyki, tabletki, ale nie pomogły. Ostatni miesiąc w ogóle nie pracował. Ostatecznie dopadła go infekcja, która rozłożyła go w kilka dni – wspomina.
W policyjnym życiu pana Szymona pojawiła się Irena. Zupełnie inny pies, już nie patrolowo-tropiący, a wyszkolony do szukania narkotyków. Ani jej, ani wcześniej Wolfowi imion nie nadawał pan Szymon. Irenę odziedziczył w spadku po innym policjancie, który przeszedł na emeryturę. Zanim zaczęli pracę, ponownie trafili do szkoły, gdyż nasz rozmówca nie miał kwalifikacji na pracę przewodnika z tak specjalistycznie wyszkolonym czworonogiem.
– Jeśli chodzi o samo posłuszeństwo, nie ma różnicy, ale elementy szkolenia pod szukanie narkotyków były już inne – wyjaśnia. – Irena jest nauczona wyszukiwać kilka grup narkotyków: marihuanę, amfetaminę, haszysz, kokainę i heroinę – precyzuje.
Od razu poczuł inny charakter psa.
– Wolf wariat, że aż ręce bolały, a tutaj pies w zupełnie drugą stronę. Wręcz bojaźliwy. Irena boi się prawie wszystkiego, jest delikatna. Ani szarpnąć za smycz, ani krzyknąć, trzeba było umiejętnie z nią postępować, żeby nie było problemu z jej emocjami, bo to od razu rzutowałoby na pracę – wyjaśnia.
– Ale to naprawdę znakomicie wyszkolony pies – służbę w złotowskiej policji 9-letnia suczka pełniła przez siedem lat. W tym czasie wielokrotnie doprowadzała mundurowych do ukrytych narkotyków. Nie tylko na terenie naszego powiatu.

– Gdy z psem wejdę do pomieszczenia, obojętnie czy mieszkania, czy hali, zazwyczaj wystarczy minuta, góra dwie, żeby zorientować się, gdzie mogą być narkotyki. Patrzę na psa, puszczam go luzem, on idzie w jedną stronę, po tym z powrotem, podnosi nos, wyczuwa jakąś chmurę zapachu, to jest ten kluczowy moment. Jeśli pies sam nie znajdzie substancji, dalej policjanci wiedzą już, gdzie szukać. Jeśli narkotyk jest bardziej schowany, czasami pies biega dłuższą chwilę, bywa zdezorientowany, coś czuje, ale nie do końca wie, w której części może coś się znajdować. Przeszkadzać mogą zwykłe przeciągi. Wystarczy jednak, że widać to pierwsze wyczucie i można zacząć dokładniej szukać, czasami zajmuje to więcej czasu, jeśli na danej nieruchomości trzeba przeczesać kilka budynków, jak dom, garaże czy obiekty gospodarcze. Ale niekiedy narkotyki udaje się znaleźć dosłownie w minutę – opisuje były funkcjonariusz. Przyznaje, że najlepiej, gdy pies od razu, w pierwszej kolejności, jest angażowany do pracy. Gorzej, gdy najpierw w danym miejscu długo pracują policjanci.
– Rękawiczki, dotykanie, zostawianie zapachów. Psu trudniej wtedy szukać – wskazuje.
Ilość narkotyków nie ma znaczenia, nie działa to tak, że im mniej ich w miejscu poszukiwań, tym trudniej o efekty.
– Te psy są tak szkolone, że wyczują nawet najmniejszą ilość. Bywa nawet, że większy kłopot jest wtedy, gdy jest duża ilość narkotyków, bo nadmiar zapachów może oszałamiać psa, dezorientować – wyjaśnia Szymon Lisowski.
Czy szkolenia do pracy z psami przygotowują na każdą sytuację?
– Nie można przygotować się na wszystko, czym jest praca w policji. To duża improwizacja, niezależnie od tego, czy jest się w patrolu, czy szuka się narkotyków. Trzeba zaadaptować się do sytuacji i na bieżąco analizować. Nikt nie przygotuje do wszystkiego, co dzieje się w tej pracy, zwłaszcza na interwencjach. Liczy się też intuicja – odpowiada nasz rozmówca.
– Przede wszystkim policjant musi chcieć spełniać swoją rolę, bo jak do tej formacji trafi z przypadku, to nie wyjdzie. Szczególnie przy pracy z psami. Trzeba być stanowczym, pokazywać, kto rządzi, nie można ustępować w żadnym momencie, szczególnie przy silnie charakternych psach, jakim był choćby Wolf. Ulec takiemu psu jest równoznaczne z przegraną, wtedy nawet przewodnik będzie gryziony – pan Szymon mówi o cechach, jakie jego zdaniem są niezbędne w tej pracy.
Lęk względem psa?
– Zdarzało się, że go czułem, czasami widziałem, że coś mu się nie podobało, chodził najeżony, było widać, że ma już włączoną agresję, ale nigdy się na mnie nie rzucił, nie zaatakował. Pewnie niejednokrotnie chciał, to się intuicyjnie wyczuwało, skóra niejednokrotnie mi się zjeżyła, bo nigdy nie wiadomo, co odpali takiemu zwierzęciu. Zwłaszcza gdy warknął czy złowrogo zamruczał. Zawsze starałem się jednak wszystko mieć pod kontrolą i nigdy do niczego nie doszło. Poza tą sytuacją podczas szkolenia. Wolf co najwyżej przewrócił oczami i poszedł w drugą stronę.
Bo to nie tylko wspólna służba człowieka i psa, ale też bezsprzecznie głębsza relacja. Nie bez powodu po przejściu na emeryturę Irena trafiła do pana Szymona.
– Gdyby była w pełni zdrowa, być może jeszcze służyłaby w policji, ale badania pokazały, że ma już zwyrodnienia na kręgosłupie i stawach. Poza tym widziałem, że kondycyjnie też jest już słabsza. Na większych przeszukaniach pracowała tylko do dziesięciu minut i ewidentnie się męczyła. Musiałem ją wyprowadzać, żeby odsapnęła, taka praca była coraz bardziej szarpana. To zrozumiałe, gdyż takie szukanie narkotyków to dla psa bardzo intensywne zajęcie. Pies się męczy, cały czas intensywnie oddycha, wciąga przez nos, filtruje. Gdyby człowiek miał tak łapać powietrze przez kilka minut, zaraz miałby zjazd. Pies też to odczuwa – pan Szymon przyznaje, że odczuwa względem swojej czworonogiej partnerki z policyjnej służby ogromną empatię.
– Jeśli między psem i przewodnikiem nie ma więzi, z takiej współpracy nic nie wyjdzie – nie ma w tym względzie cienia wątpliwości. Bliscy pana Szymona potwierdzają, że Irena jest do niego bardzo przywiązana.
– Jest wpatrzona w niego jak w obraz – przyznaje mama byłego policjanta.
– Czegoś takiego jeszcze nie widziałam – mówi, że obojętnie czy są w domu, czy na podwórku, pies niemal w ogóle go nie opuszcza.
– Cały czas jest blisko Szymona – potwierdza małżonka.
– Nawet jak koszę trawę, ciągle za mną chodzi – uśmiecha się pan Szymon.
– Dlatego planowałem, żeby tak to zrobić, żebyśmy z Ireną razem mogli przejść na emeryturę i żeby na ten czas trafiła pod moją opiekę. Tym bardziej, że w naszej komendzie nie byłoby komu z nią pracować i na dalszą służbę byłaby przekazana do Poznania – choć zaznacza, że nawet będąc na emeryturze, już pod jego dachem, pies wciąż jest własnością policji, a co kilka miesięcy jego stan kontrolowany jest przez komendę wojewódzką.
– Ja po prostu wziąłem ją pod opiekę, odpowiadam za jej dobrostan, ale nie jestem jej właścicielem. To policyjna emerytka pod moją opieką – wyjaśnia. Dodajmy, że służbowe zwierzęta, przechodząc w stan spoczynku, mają zapewnione dożywotnie utrzymanie i opiekę weterynaryjną, finansowaną przez państwo.
Jak po latach służby Szymon Lisowski ocenia siebie jako psiego, policyjnego przewodnika?
– 6 na 10 – odpowiada po bardzo krótkim namyśle.
– Ale dość moce 6 – dodaje.
Dlaczego nie więcej?
– Chyba nie zrobiłem wszystkiego, czego można było dokonać w pracy z psami. Miałem jeszcze sporo pomysłów, jak dopracować pewne rzeczy, ale inna sprawa, że nie było też ku temu idealnych warunków. Aby było to możliwe, musiałbym chyba wykazać więcej swojej inicjatywy i przeznaczyć więcej pieniędzy ze swojej kieszeni jeśli chodzi o szkolenie psa, choćby na akcesoria, które nie znajdują się w standardowym wyposażeniu policji – wyjaśnia.
– Najtrudniejszą przeszkodą w osiągnięciu tego celu był jednak brak czasu spowodowany tym, iż większość służby zajmowały mi obowiązki realizowane w komórce zespołu wykroczeń, zwyczajnie za dużo było tej typowo biurowej pracy – dodaje.
– Inna sprawa, że w policji jest problem z dostępem do narkotyków, przy użyciu których można byłoby pracować w ramach takiego szkolenia. Ponoć trochę się to zmieniło w ostatnich miesiącach, podobno więcej zabezpieczonych materiałów można wykorzystywać w szkoleniowych celach, ale jest z tym jednak sporo formalnych zabiegów – precyzuje, że oni najczęściej mogli korzystać z imitacji środków – nasączonych zapachem materiałów czy syntetycznych substancji.
Dzisiaj zresztą nie muszą zawracać sobie tym głowy. Teraz zarówno Irena jak i jej przewodnik mogą odpoczywać na emeryturze.
Piotr Steffen
fot. P. Steffen, KPP Złotów, arch. Sz. Lisowski

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!