Reklama

Zakrzewo mnie uratowało - mówi honorowy obywatel gminy M. Mikołajczyk

28/01/2018 18:00
W Zakrzewie ukrywa się przed światem, ale jak to robić będąc honorowym obywatelem? - Trochę w życiu nabroiłem, ale czuję się tu kochany – mówi

Jesteś kimś w Zakrzewie. Wiesz o tym?

Co to znaczy kimś? Wyróżnia mnie mój zawód, więc jest mi łatwiej, bo konkurencja jest niewielka. Nie wiem, jak mam się czuć z tytułem honorowego obywatela. Takie tytuły przyznaje się na podsumowanie, a ja jestem w środku pracy. Nie wiem, jak to ugryźć. Czy będę mógł taniej tutaj kupić działkę?
Żartuję, oczywiście ten tytuł mnie nie zmienił. Nie wymagam od siebie ani mniej, ani więcej, nie staram się lepiej ubierać i mówić okrągłymi zdaniami. Raczej jestem kwadratowy i mówię wykrzyknikami.

Zastanawiałeś się, czy przyjąć to wyróżnienie?

Początkowo myślałem, że to jakiś żart, podstępna intryga, śmiałem się z tego po prostu. Zapytałem, czy możemy te uroczystości jakoś przesunąć w czasie, tak za parę lat, usłyszałem: Mikołaj, my ciebie nie pytamy, my informujemy. Gdy zrozumiałem, że to prawda, pomyślałem, że teraz muszę spoważnieć i wziąć odpowiedzialność za te wszystkie lata spędzone w Domu Polskim w Zakrzewie z Grupą Spektaklową GS. Za to wszystko, do czego się przyczyniłem i doprowadziłem. Taniec to nie jest tylko frywolna zabawa, to poważna sprawa. Tańczymy w Zakrzewie nie tylko dla zabicia czasu, dla przyjemności. Tańczymy, bo nie mamy już wyjścia…

Reklama

Przyznanie Ci tytułu honorowego obywatela odbiło się szerokim echem i wciąż jest komentowane.

Domyślam się, że dla wielu ta decyzja była zaskoczeniem. Tak na marginesie, co mówią?

Jedni chwalą, inni krytykują. Może ktoś inny powinien być pierwszym honorowym obywatelem...

Mamy podobne przemyślenia. Wiadomo, że krytyczne uwagi najlepiej oddają stan realny, pozwalają sensowniej na siebie spojrzeć, w końcu dzięki krytycznym komentarzom szybciej wyciągamy wnioski i uczymy się najwięcej. ….a może moja kontrowersyjność przyciąga ludzi?

Cofnijmy się o kilka lat. Przed przyjazdem do Zakrzewa broniłeś się rękami i nogami. Dlaczego?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 91% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem. Zaloguj się i subskrybuj treści portalu [[pay]]

Wcześniej nie często uczestniczyłem w życiu małych społeczności, rzadko pracowałem na wsiach, raczej bywałem gościnnie, prowadziłem warsztaty taneczne. Tutaj w Zakrzewie sytuacja się skomplikowała, miałem oczarować grupę seniorów tym wszystkim co do tej pory stanowiło o moim istnieniu w teatrze. Miałem tańczyć i zachęcić do poszukiwania, awangardowego eksperymentowania, by nasze spotkania nie były tylko miłym spędzaniem czasu, ale stały się świętem, misterium. Udało się, zaraziliśmy też innych.

Reklama

Tak mówisz po kilku latach i sukcesach. A na początku nie pomyślałeś: ja, tancerz światowego formatu, solista najlepszych teatrów, uznany choreograf mam uczyć tańczyć gdzieś na głębokiej prowincji?

Nigdy nie byłem tancerzem światowego formatu, raczej po prostu dobrym tancerzem, który ciężką pracą i odrobiną talentu przemierzył kawał drogi w swoim zawodzie. Odkąd sięgam pamięcią, zjawiałem się w teatrze, aby się w nim czegoś nauczyć, nigdy nie zadowalałem się odcinaniem kuponów od umiejętności, które już przyswoiłem. Odchodziłem z teatru w momencie wyczerpania się możliwości nauki. Zawsze zaczynałem od początku, jakbym odkrywał nowe życia w już istniejącym. Tak było z Wrocławskim Teatrem Pantomimy, Polskim Teatrem Tańca - Balecie Poznańskim, Teatrem Wielkim w Poznaniu, Badisches Staatstheater w Karlsruhe, Friedrichstadtpalast w Berlinie, Operze na Zamku w Szczecinie czy w końcu moim autorskim teatrze tańca Teatrze DNA-taniec zakodowany genetycznie w Szczecinie. Byłem i jestem do dzisiaj wierny swojemu Mistrzowi Henrykowi Tomaszewskim, który zaraził mnie ideą ciągłej nauki, nieustannym niezadowoleniem i wręcz obsesyjnym poszukiwaniem, może siebie?

Starość to Twój fetysz? Tancerzy dogania ona szybciej.

Tak, to jest moja obsesja, kolejna. Taki bieżący problem nierozwiązany albo wręcz nierozwiązywalny. Moja przygoda z zawodem tancerza scenicznego zakończyła się 12 lat temu wypadkiem. Mogłem co prawda popracować jeszcze jako etatowy tancerz kilka lat, ale i tak nie zmieniłoby to nic w nastawieniu psychicznym tej poniewierki życiowej, w jaką wpadają 40-letni tancerze baletowi. Kończą zawód jako ludzie wyczerpani i schorowani, zupełnie jak wyczynowi sportowcy, nie jest to do pozazdroszczenia. Zawód tancerza trwa krótko, za to bardzo intensywnie, często po nim pozostają piękne wspomnienia, ale i uciążliwe, nieuleczalne kontuzje. Mnie choroba dopadła kilka lat przed „sceniczną śmiercią” i to ona zadecydowała o moim przedłużeniu teatralnego tworzenia. Wypadek zrodził we mnie bunt, ale i chęć przetrwania. Stworzyłem siebie jako nowego artystę i nowego człowieka. To choroba stała się moim znakiem rozpoznawczym, a niemożność tańczenia stała się moją siłą.

Reklama

Wtedy pojawiła się propozycja pracy w Zakrzewie?

Najpierw realizowałem się jako artysta krytyczny, tworząc monodramy taneczne, prezentowane w galeriach, teatrach i festiwalach awangardowych, dawałem wyraz swojej niezgodzie i walce z zastaną sytuacją, to bunt i złość stworzyły mnie na nowo. Nagość i ostre, wręcz prowokacyjne środki wyrazu stały się dla mnie codziennością wypowiedzi artystycznej. Przez negację poszukiwałem nowego Mikołajczyka. To gdzieś w tamtych czasach z plakatów teatralnych zniknął Paweł Mikołajczyk, a pojawił się... Mikołaj Mikołajczyk. Zerwałem z dotychczasowym życiem. W swoim żalu i zacietrzewieniu nie miałem hamulców, nie respektowałem granic, wręcz testowałem ludzką wytrzymałość. Dopiero Zakrzewo mnie uratowało. „Wielkopolska Rewolucje”, Agata Siwiak, Agata Grenda i Henryk Szopiński są moimi nowymi rodzicami artystycznymi, to za ich sprawą trafiłem tutaj. Tu mogłem wyraz buntu przeobrażać w piękno i miłość, bo przecież wszystkie moje spektakle są o miłości i jej braku, o przemijaniu i tęsknocie. Spotkałem tutaj wspaniałych ludzi i podatny grunt na twórczą pracę, która zamieniła się w przyjemność dawania i dzielenia się z drugim człowiekiem tym co najważniejsze.

Choć po pierwszym spotkaniu seniorzy chcieli uciekać...

Zatańczyłem dla nich mój taniec umierających na AIDS ze spektaklu „Lubiewo”, w którym go wykonywałem. Wzruszający, prowokujący, bezczelny. Byli w szoku, ale nie uciekli, choć myśleli pewnie o tym. Grzecznie podziękowali lichymi brawami i powiedzieli, że przyjdą jutro na próbę, jednak asekuracyjnie poszli za kościół się naradzić, co począć z kimś tak niespecjalnie chyba strawnym. Zostali, a potem usłyszałem, że ktoś kto tak tańczy nie może nas skrzywdzić. I tak, nie krzywdząc się, tańczymy od przeszło 5 lat.

Reklama

Patrząc na seniorów zastanawiasz się nad przemijaniem, nad losem?

Tak, przemijanie towarzyszy mi cały czas. Boli mnie, że z roku na rok Oni się starzeją, jakby szybciej niż ja. Coraz więcej naszych/moich Dziadków ma problemy z kolanami, kręgosłupem, zapanowała wręcz „moda” na psucie się wzroku, jest wkurwiający mnie rak w kameleonowych wręcz wersjach, udar, zawał i zapalenie tarczycy, jest i Alzhaimer, Parkinson, demencja i różne odmiany depresji. One wszystkie odbierają im wigor i chęć walki. Jednak na scenie rozkwitają i jaśnieją, wyskakują z tych swoich starczych skorup jak młode i pełne wigoru sarenki, by zaraz po spektaklu wracać do swojego cierpienia, którym się już nie dzielą. Jestem świadkiem cudu.
Wiesz, kiedyś zapytałem ich, dlaczego przychodzą na te nasze próby odświętnie ubrani, tak uroczyście jak do kościoła. W odpowiedzi usłyszałem, że jutra może już nie być... Dziadki nauczyły mnie szukać tego co ważne, to „tu i teraz” jest ważne, najważniejsze, tak nazywał się nasz pierwszy spektakl „Teraz jest Czas”, a potem już było z górki.

Taniec to tylko pretekst. Członkowie Grupy Spektaklowej GS Zakrzewo, z którymi stworzyłeś kilka nagradzanych projektów nigdy nie będą tancerzami. W pracy z nimi chodzi o coś więcej, prawda?

Oni są tancerzami! Stworzyliśmy autorski teatr tańca – Grupa Spektaklowa GS Zakrzewo, koniec i basta! W skład naszego zespołu oprócz Dziadków wchodzą profesjonalni artyści: aktorzy, plastycy, performerzy, muzycy, tancerze, awangardowi twórcy filmowi, scenarzyści i teatrolodzy oraz zakrzewska młodzież. Przepraszam, że nie wymieniam ich z nazwiska, boję się, że mogę kogoś pominąć, a wiesz jak to jest z artystami, nie wybaczyliby mi. Oni wszyscy chętnie do nas wracają, zawsze pytają o Dziadków, niektórzy wymienili się telefonami, są przyjaciółmi na facebooku, piszą do siebie i dzwonią. Nie uczymy się tylko kroków i tekstów piosenek na pamięć, przebywamy ze sobą i dajemy sobie siebie nawzajem. Zrodziła się przyjaźń, głęboka więź między nami wszystkimi, naprawdę siebie obchodzimy. To jest miłość, której na próżno poszukiwałem w teatrze. Mamy licznych naśladowców, wszędzie w Polsce narodziły się jak grzyby po deszczu warsztaty i projekty senioralne i nikt nie powtórzył naszego spotkania, naszego sukcesu. W Zakrzewie jest po prostu inaczej. Miałem szczęście.

Reklama

Nie przesadzasz?

Pracuję z seniorami w innych miejscach, zawsze jest wspaniale, uwielbiam poznawać ludzi i spotykać się z nimi, cieszyć się i cierpieć, jednak to nie jest ta gleba, na której wszystko kiełkuje bez słów. Kiedyś poprosiłem Dziadków, aby przynieśli zdjęcia swoich bliskich, którzy już od nich odeszli, a którzy są do dzisiaj dla nich ważni i nie dają im wewnętrznego spokoju, i żeby rozmawiali z tymi zdjęciami, używali słów wykrzykników, słów haseł, słów, które cechują tych ludzi. Włączyłem muzykę Waldemara Kazaneckiego z filmu „Noce i dnie” Jerzego Antczaka – Walc Barbary, rzucałem białe lilie, a oni rozmawiali z fotografiami, patrząc nam wszystkim w twarz. Powiedz mi, gdzie ja znajdę w teatrze tak odważnych artystów?

Zakrzewo nie przyjęło Cię z otwartymi ramionami, prawda?

Rodziny i znajomi naszych Dziadków się wręcz buntowały. Oni wszyscy nawoływali Dziadków do powrotu do obowiązków domowych – żniw, wkładania weków, gotowania obiadów, pielenia ogrodów itd. A myśmy spotykali się po dwie godziny dziennie, dając upust własnym buntom i potrzebom. Mnie dostawało się od ich rodzin, robili mi wręcz z tego powodu wyrzuty, ksiądz oskarżał mnie o odciąganie moich już Dziadków od obowiązków kościelnych. Byliśmy na językach we wsi aż do premiery. Potem wszystko się zmieniło, była radość, wzruszenie, podziw. Staliśmy się miejscowymi bohaterami, aż do dzisiaj, kiedy już wszystkim spowszednieliśmy, wrośliśmy w klimat, a oczekiwania względem nas wzrosły. Miejscowi nam kibicują, z niecierpliwością czekają na kolejne nasze przedstawienia, niektórzy z nich oglądają nas nawet po kilka razy. Zakrzewiacy zawsze trzymają za nas kciuki kiedy wyjeżdżamy na tzw. gościnne występy do Warszawy, Piły, Poznania, Białegostoku, Konina, Kutna, Sępólna Krajeńskiego ze spektaklami: „Teraz jest czas”, „Projekt Noce i dnie”, „Projekt Jezioro łabędzie”, „Projekt DEKALOG czyli folwarczne imaginarium”, „Projekt Ognisty Ptak”, „Projekt łomatko”, „Projekt BOLERO” czyli projekt uchodźczy.

Reklama

Ludzie w sklepie już Ci nie złorzeczą?

Przeciwnie. Po pierwszym spektaklu ustawiła się kolejka ludzi, którzy chcieli do nas dołączyć. Nie zgodziłem się, Dziadki się nie zgodzili, postanowiliśmy, że dalej pójdziemy w składzie podstawowym. Myśmy się poznali w intymnych sytuacjach, bardzo osobistych, przeżyliśmy wspaniałe chwile, czasami bez słów, bywało ciężko. Płacz często nam towarzyszył mimo zawsze pozytywnej i radosnej atmosfery. Mieliśmy pod górę, ale nie poddaliśmy się, walczyliśmy z własnymi przyzwyczajeniami i reakcją otoczenia, niektórzy nawet się z nas śmiali. Sukces jednak otwiera oczy i ułatwia dokonywanie ocen.

Wasze sztuki nie są łatwe i przyjemne, a jednak ściągają tłumy. Tak w Zakrzewie jak i np. w Warszawie.

Wypracowaliśmy swój niepowtarzalny prosty i komunikatywny język sceniczny, jego znakiem rozpoznawczym jest naturalność i prawda, nie opowiadamy historii o czymś dalekim i odległym. To my jesteśmy bohaterami naszych przedstawień, to nasze przeżycia tworzą sceniczną przestrzeń. Jesteśmy pewni siebie ponieważ nie wcielamy się w skórę kogoś innego. Mówimy w pierwszej osobie i, co najważniejsze, zawsze zapraszamy do współpracy artystów, którzy potrafią otworzyć się przed nami tak jak my to robimy za każdym razem przed samymi sobą. Czasami onieśmielamy.

Reklama

Co czujesz, myśląc o Zakrzewie?

Że to mój drugi dom. W Warszawie mam mieszkanie, pracuję tam gdzie na daną chwilę mnie wołają: w Krakowie, Toruniu, Białymstoku, Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu, itd., w Zakrzewie po prostu JESTEM. Tu czuję się kochany, tutaj mój czas się zatrzymał i nie muszę nikomu nic już udowadniać. Robimy te nasze spektakle dla rodzin, przyjaciół, znajomych, potem jedziemy do stolicy, gdzie ogląda nas „wyrafinowana” teatralna publiczność, a reakcje zawsze bywają podobne. Znaleźliśmy swój język, ludzie nas rozumieją, niczego nie musimy udawać i nic nie musimy dopowiadać. Mamy swój sukces!

Zastanawiam się, kiedy to wyróżnienie zacznie Ci ciążyć. Nie możesz bez końca pracować w Zakrzewie, jako artysta potrzebujesz szerszych horyzontów, wolności.

Może ja tutaj w Zakrzewie jestem po prostu ze strachu przed światem, przed sobą samym. Trochę w życiu nabroiłem i teraz szukam spokoju. Tutaj czuję się bezpiecznie, a szersze horyzonty i wolność już poznałem, czasami się tego wstydzę, chcę naprawić błąd… Szukam.
Dlatego planujemy w tym roku dwa spektakle: „Projekt jubileuszowy, czyli jutra może już nie być” i „Projekt Dziadek do orzechów”. Mamy życzenia, które koniecznie trzeba zrealizować – „… jest mało czasu, a pić się chce…” będziemy robić prezenty i pisać listy do św. Mikołaja.

Reklama

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Helis - niezalogowany 2018-01-28 21:05:54

    Bardzo ciekawy artyku. Szkoda tylko, że dotrze do raczej bardzo małego grona czytelników, którzy płacą za subskrypcję.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama