Gdy powstawała grupa, była typowym zespołem pod przewodnictwem księdza Grzegorza Jagodzińskiego. Powstaliśmy, żeby śpiewać w kościele. Przygotowywaliśmy się wtedy do pasterki - w troszkę innym składzie. Nie było z nami Krzyśka, nie było jeszcze Szymona. Pierwsze próby mieliśmy na plebani, później przenieśliśmy się do szkoły i w końcu trafiliśmy w gościnne progi Gminnej Biblioteki Publicznej i Ośrodka Kultury. W tej chwili rzeczywiście śpiewamy mniej, a w kościele w ogóle.
W zasadzie to jest delikatny temat, ale mówiąc szczerze życie nas do tego zmusiło. Zmienił się ksiądz proboszcz i zmieniło się podejście do pewnych spraw. Dlatego od ponad roku nie słychać nas w kościele.
Reklama

- Wszyscy wiedzą, że to mój drugi mąż - B. Łój mówi o swoim scenicznym partnerze, Krzysztofie Gazarkiewiczu
Tego nie wiemy, natomiast nie było ze strony księdza proboszcza zainteresowania naszym śpiewem i w sumie tyle w temacie.
Dochodziły nas głosy, że się nie podobamy, że gwiazdorzymy. Ksiądz ładnie gra na gitarze, może sam chciał to wszystko prowadzić, dlatego daliśmy sobie spokój. Nic na siłę. Taka była zgodna, wspólna decyzja całego zespołu. Nie jest jednak też tak, że całkowicie przestaliśmy śpiewać. Kolędujemy, występujemy w trakcie zaduszek poetyckich, ale rzeczywiście zdecydowanie bardziej weszliśmy w kabaretowe klimaty.
Reklama
Absolutnie nie. Choć cały czas podkreślamy, że jesteśmy jedynie grupą amatorów, której przewodzi maestro, czyli Andrzej Nowak. Nasz prawdziwy mistrz. Niezależnie od tego, co działo się przez ostatni ponad rok, dużo wcześniej zaczęliśmy już wchodzić w inne formy występów. Pierwszy dzień kobiet zrobiliśmy cztery lata temu, jeszcze w Bakcylu. To był czas bezkrólewia w ośrodku kultury, scenariusz pożyczyliśmy od gimnazjalnej młodzieży, trochę przerobiliśmy program, wystawiliśmy, a że bardzo się kobietom spodobało – była pełna sala – poszło to jakoś dalej. Były kolejne dni kobiet, doszły występy na dożynkach, dniu strażaka i ta proporcja coraz bardziej przechylała się w kierunku kabaretowych występów, kosztem śpiewania.

Jeżeli chodzi o muzykę i śpiew, bez niego grupa by nie istniała. Czego nie umiemy zaśpiewać, on zagra - nasza rozmówczyni mówi o Andrzeju Nowaku
Tak, ale tylko na zasadzie zabawy. Zresztą na początku wszystko szło niemal wyłącznie na bazie pozytywnego szaleństwa w głowach. Już wtedy pojawił się wątek Stefana i jego żony Ludwisi w naszych skeczach. Te sceniczne imiona zostały nam do dzisiaj. Jesteśmy z nimi zżyci i często używamy ich na co dzień.
Nie. Na początku było tak, że część osób była do śpiewania, a część do skeczów. Dopiero z czasem to się zmieniło. Stopniowo wszyscy, którzy zostali w zespole, odnaleźli się w kabaretowych występach, dzięki czemu tworzymy teraz naprawdę fajny zlepek pozytywnie zakręconych postaci. Gosia Sosnowska jeszcze dwa lata temu nie wyobrażała sobie, żeby wyjść na scenę i odgrywać postacie. Jakiś rok temu dostała pierwszą rolę, przyjęła ją, a teraz czuje się na scenie jak ryba w wodzie.
Reklama
Z kilkunastoosobowego stałego składu, który występował w początkowym okresie, w zespole nie ma Agnieszki Malety, Joanny Stawiszyńskiej, Marka i Zofii Muszyńskich oraz Magdaleny Baran. W tak zwanym międzyczasie jedni się pojawiali, inni znikali. Ostatecznie zostaliśmy my, żona Krzyśka Edyta, Lilla i Darek Leszczyńscy, Szymon Średzki, Andrzej Nowak i wspomniana Gosia.
W większości, choć od jakiegoś czasu nie tylko ja się tym zajmuję. Na początku rzeczywiście było tak, że kiedy coś przygotowywaliśmy, cała odpowiedzialność napisania scenariusza, opracowania tekstu, przydziału ról spoczywała na mnie. Kiedyś przychodzi jednak zmęczenie każdego materiału. Zrobiliśmy spotkanie i stwierdziłam, że to jest jednak trochę za dużo jak na jedną głowę. Teraz jest tak, że każdy z nas szpera w sieci i wyszukuje materiały pod dany występ, wszystko spływa do mnie, jeżeli trzeba obrabiam to i coś z tego wychodzi.
Reklama
Nawet w bardzo dużej części. Niejednokrotnie dodajemy coś od siebie, ale przede wszystkim opieramy się na tym, co znajdujemy w internecie. Nie tylko na etapie powstawania scenariusza, ale również już w trakcie samych występów. Niejednokrotnie też improwizujemy. Tym bardziej, że człowiek nie jest w stanie zapamiętać wszystkiego słowo w słowo. Zwłaszcza, że nie jest to nasze jedyne zajęcie. Mamy już trochę opracowanych skeczy, każdy trwa 15-20 minut.
Zdarzają się nerwowe chwile, ale tak już jakoś mamy, że gdy na coś się decydujemy, dopinamy wszystko do końca. Krzysiu najczęściej krzyczy na tych, którzy spóźniają się na próby albo z tego powodu, że za dużo na nich gadamy. Przygotowywanie występów wcale nie jest łatwą sprawą. Każdy ma swoje życie, obowiązki, pracę, a próby pochłaniają nam jednak sporo czasu. Tym bardziej, że żadni z nas profesjonaliści. Dlatego korzystamy ze ściąg, podpowiedzi w trakcie występów. No i coraz więcej dodajemy też wspomnianej improwizacji. Naturalnej, żeby nie powiedzieć aktorskiej.
Reklama
Trudno nam mówić za każdego, ale można powiedzieć, że to weszło nam w krew. Mój tygodniowy harmonogram jest już określony: wtorek – trening, środa – próba, czwartek – ponownie trening. Te próby mają już swoje niemal stałe miejsce w kalendarzu.
Prawie. Zwłaszcza w okresach poprzedzających występy. Dłuższa przerwa jest właściwie wyłącznie w okresie wakacji, choć i tak musimy przygotowywać się wtedy do dożynek. Tej pracy jest naprawdę sporo, mieliśmy w końcu kilka występów rocznie i zawsze to był inny skecz. Jedynym powtórzonym przez lata numerem był „Namiot”, nasz skecz z Mietkiem i Luśką. Najpierw wystawiliśmy go na Dniu Strażaka i jubileuszu naszej jednostki OSP, a później podczas Tarnówczyńskiej Nocy Kabaretowej. Powtórzyliśmy go wyłącznie na prośbę Patrycji Michalskiej. Te próby to dla nas świetna sprawa, jest przynajmniej okazja się spotkać. Niekiedy trwają półtorej godziny, czasem znacznie dłużej z czego połowa to rozmowy, żarty itd. Próby w dużej mierze uzależnione są też od Andrzeja.
Reklama
Jeżeli chodzi o muzykę i śpiew bez niego grupa by nie istniała. Osobiście jestem jego wielką fanką. Uważam, że nie ma utworu, którego Maestro nie zagra, nie zaśpiewa. Uwielbiam słuchać jego duetów z Edytką. On wynajduje repertuar, ustawia wszystko pod głosy. Czego nie umiemy zaśpiewać, on zagra. Mówimy zawsze, że on jest półkulą naszego mózgu odpowiadającą za śpiew i muzykę, a Margareta drugą, od kabaretu. I trzeba powiedzieć, że to wszystko trzyma się całości, w końcu działamy już od sześciu lat.
Zawsze spotykaliśmy się z pozytywnymi ocenami i dobrym odbiorem. Jasne, że na stu znajdzie się dziesięciu krytykantów, ale tak jest zawsze, gdy ktoś coś robi, czegoś się podejmuje, szczególnie w tej społecznej sferze. Gdy pierwszego roku występowaliśmy na dniu kobiet już wtedy była pełna sala, a rok później ze straży dowozili krzesła. Po występach kabaretowych w sklepach ludzie zwracali się już do nas scenicznymi ksywkami.
Reklama
Czasami wystarczy założyć coś śmiesznego, zrobić z siebie trochę takiego scenicznego wariata i już jest zabawnie. Choć faktem jest, że czasami trzeba dać z siebie znacznie więcej. I to właśnie staramy się robić. Najlepiej jak potrafimy.

Pomysłów na skecze zespołowi nie brakuje. Na pierwszym planie Dariusz Leszczyński i Krzysztof Gazarkiewicz
Nie przypominamy sobie takiego występu. Kiedy tylko wychodzimy na scenę już jest entuzjazm, aplauz, może dlatego, że przychodzi dużo znajomych i rodziny. Ludzie są już przyzwyczajeni, chyba wiedzą, że gdy wychodzimy na scenę będzie zabawnie.
Reklama
Nauczyliśmy się wyciszać, to najlepszy sposób na odstresowanie.
Można tak się wyciszyć, że nawet się nie słyszy, co dzieje się naokoło. Tym bardziej, że trema wciąż w nas siedzi. Powiedziałabym nawet, że coraz większa. To wynika też pewnie z tego, że staramy się podwyższać poprzeczkę. W porównaniu do pierwszych występów, obecne są dłuższe, są w nich większe role, występuje więcej osób. Repertuar staramy się tak dobierać, żeby rzeczywiście wszyscy mieli możliwość się zaprezentować, nawet jeśli jedna z dziewczyn musi zagrać męską rolę czy odwrotnie. Podział członków zespołu mamy równy – cztery babki, czterech chłopaków.
Reklama
Nie. W skecze polityczne niech bawią się inni. Są ciekawsze i śmieszniejsze rzeczy niż polityka.
Ten pierwszy dzień kobiet, pierwszy nasz, można powiedzieć, poważny kabaret przed czterema laty, miał miejsce krótko po wyborach. Wcześniej wójt Baran przyzwyczaił nas do tego, że coś się robi z okazji Dnia Kobiet, więc pojechałam do nowego wójta z propozycją, że przygotujemy coś wspólnie z młodzieżą. Na widowni był zarówno wójt jak i przewodniczący rady. Pojęcia zielonego nie mam, co wtedy do nich mówiłam, bo to była kompletna improwizacja. Ale były tam jakieś drobne prztyczki i na szczęście ani jeden, ani drugi się nie obraził. Zareagowali tak jak kobietki, śmiechem. Wolelibyśmy unikać jednak takich sytuacji, zwłaszcza że zakres tematów to jest w zasadzie studnia bez dna. Wszystko zależy wyłącznie od naszego nastawienia, zaangażowania i pomysłowości.
U nas wszystko jest demokratycznie, ale to ja decyduję (mówi ze śmiechem pani Brygida).
W tej chwili już nie muszę, ale na początku tak się zdarzało. Do tego stopnia, że ktoś mówił, że czegoś nie zrobi, nie da rady, a ja mówiłam, że tak. - Musi być ktoś, kto uderzy od czasu do czasu ręką w stół (wtrąca Krzysztof Gazarkiewicz).
Nie. Nigdy nie było w naszej grupie tak, że ambicje jakiejś osoby wyrastały ponad pozostałych. Tutaj nigdy i nikomu nie trzeba było zwracać uwagi, że trochę za wysoko trzyma głowę. Wręcz przeciwnie, jeśli trzeba było użyć „dyktatury”, to po to, żeby podciągnąć kogoś do pozostałych. Z drugiej strony trzeba powiedzieć wprost, że to nie jest tak, że na co dzień jest tylko super, bo poważne rozmowy w naszym gronie też miały miejsce przez te lata. Szczere, otwarte i myślę, że dlatego ta grupa wciąż trwa.
Mamy kolegę Darka Leszczyńskiego, który kawałami sypie jak z rękawa i zawsze rozluźnia sytuacje. Zespół składa się z różnych osobowości. Mamy tutaj nauczycieli, elektryka, pracownika biurowego, pracowników fizycznych, każdy jest naprawdę inny, a mimo to, po różnych zawirowaniach, naprawdę dopasowaliśmy się, nawet zazębiliśmy.
Jesteśmy bardzo zżytą grupą, ale moglibyśmy przyjąć kogoś, kto chciałby z nami występować. Inna sprawa, że ta osoba musiałaby do nas się dopasować. Prawda jest też taka, że ten ośmioosobowy skład idealnie nam pasuje. Występowaliśmy nie tylko w Tarnówce, ale też w Mierzynie u ks. Grzegorza i Dretyniu, gdzie już czterokrotnie wyjeżdżaliśmy do parafii, w której posługę pełni nasz były proboszcz, ksiądz Jerzy Ruszkowski. Gdy wybieramy się dalej, wynajmujemy busa i jedziemy razem, nie trzeba pakować się w dwa auta.
Każdy ma tutaj swoje zadania. Np. Darek i Lilla Leszczyńscy są mistrzami jeśli chodzi o przygotowanie scenografii. Zbudowanie czegoś, postawienie stelaży, montaż świateł nie stanowią dla Darka trudności, Lilla ma złote ręce do wyczarowywania rekwizytów. Są w tym względzie nieocenieni.

- U nas wszystko jest demokratycznie, ale to ja decyduję - przyznaje Brygida Łój
Nie wiemy. Tak jakoś to wyszło, że ciągniemy tę Luśkę i tego Stefana. Może po prostu dlatego, że jesteśmy bardziej zakręceni. Wszyscy wiedzą, że to mój drugi mąż. Trzeba jednak pamiętać, że ani my na tle Astrum, ani sam zespół nie jesteśmy czymś wyjątkowym. Jest dużo innych grup w Tarnówce, które również robią kawał dobrej roboty. Zresztą, skoro mamy już okazję, musimy się przyznać: póki co zawieszamy działalność.
Kilka miesięcy, przynajmniej pół roku.
Nasz Maestro studiuje, a na ten semestr ma tak obszerny plan zajęć, że nie jesteśmy w stanie ustalić terminów na próby.
Kabarety na razie będziemy sobie robić w domu (śmiech). W tym czasie na pewno będziemy się spotykać, przy okazji przygotujemy może część nowego materiału. Jesteśmy razem od sześciu lat, nawet prywatnie potrzebujemy już chyba swojego towarzystwa. I niezbędny jest tam też nasz Andrzejek.
Tak to powinno wyjść, ale na razie nie chcemy składać deklaracji. Póki co postanowiliśmy jedynie to, że do lata zawieszamy działalność. Co będzie później - zobaczymy.
Absolutnie nie. Inni robią swoje rzeczy i bardzo dobrze, że powstają takie inicjatywy, dzięki którym ludzie mogą się wybawić i wspólnie pośmiać.
Patrzymy na to inaczej – trzeba mieć sporo odwagi, żeby założyć bokserki, wziąć kawałek ręcznika i wybiec przed tłum ludzi, szczególnie wtedy, kiedy zajmuje się jakieś stanowisko. Bo aplauz wprawdzie był, dziewczyny były zachwycone, zarówno teraz, jak i na zeszłorocznym pokazie mody, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto wyleje łyżkę dziegciu, a nawet pomyje. Dlatego tym ważniejsze, że ludzie chcą coś zrobić, bawią publiczność. Myślę, że dla tych panów taki występ, nawet tylko raz do roku, to większy stres niż dla nas. A nie wierzę, że nie musieli się przygotowywać. Układ taneczny i to jeszcze z rekinem w tle… Godziny prób i litry potu.
Nie wiem, czy tej wody wystarczy…
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze