Nazwisko Komasa to uznana marka w artystycznym świecie – od teatru poprzez telewizję i kino do muzyki. Gina bywa postrzegana jako głowa czy też dyrektor zarządzająca uzdolnionej rodziny. A w wielki świat wyruszyła z Jastrowia. Od czasu do czasu wraca do rodzinnego miasta, ma tu przecież najbliższą rodzinę i groby rodziców. Ostatnio przyjechała, żeby jako jurorka wziąć udział w XX. Powiatowym Festiwalu Dziecięcych Talentów Artystycznych im. Cecylii Igiel. Znalazła też chwilę, aby porozmawiać z nami i opowiedzieć czytelnikom „Aktualności” o sobie i swojej rodzinie.
Przegląd zaczął się rano i trwa do popołudnia. Gina Komasa z uwagą śledzi wszystkie występy dzieci i młodzieży, dzieli się spostrzeżeniami z pozostałą dwójką jurorów i skrzętnie notuje oceny poszczególnych wykonawców. Umawiamy się, że porozmawiamy w trakcie przerwy obiadowej. Żeby nie tracić czasu dołączam do trójki jurorów już w trakcie drogi na stołówkę, na którą z sali OKJ musieliśmy się przemieścić do Specjalnego Ośrodka Szkolno–Wychowawczego.
Tu chodziłam do szkoły, a to też był budynek szkolny
– Gina wskazuje najpierw na żółty budynek na styku ul. Wojska Polskiego i Konopnickiej, a potem stojący dalej po lewej stronie obiekt z czerwonej cegły, gdzie biuro ma obecnie m.in. notariusz. Moja trema przed rozmową z osobowością z „wielkiego świata” szybko znika. Rozmówczyni okazuje się przemiłą osobą. Wszelkie lody przełamuje, gdy sięga po chochlę i nalewa na stołówce całemu naszemu towarzystwu pomidorówki, niczym podczas rodzinnego obiadu. Przy stole okazuje się też, że chodziła do szkoły razem ze starszą siostrą pana Adama z OKJ. Mają więc co wspominać. Prawdziwa opowieść zaczyna się jednak, gdy znajdujemy się wreszcie sam na sam, w zaciszu gabinetu...

[[pay]]
Gina Komasa, z domu Łopacińska, wspomina, że choć urodziła się i przez pierwsze lata życia mieszkała w Świerczynie koło Drawska Pomorskiego, to jednak za rodzinne miasto uważa Jastrowie. Przeprowadziła się tutaj gdy miała 9 lat. Szybko zaaklimatyzowała się na ul. Mickiewicza i dołączyła do zabaw z licznym gronem rówieśników.
Tworzyliśmy ogromną pakę 20–30 osób. Było takie szczególne miejsce spotkań, taki nasz klub na wolnym powietrzu pod numerem 19, gdzie siadaliśmy na żerdziach, którymi ten pusty plac był ogrodzony. Nazywaliśmy to miejsce „pustakmi”. Tam wieczorami śpiewaliśmy, graliśmy w „klasy”, albo słynne „kiczki”, czy „wojnę”. To była taka świetna paka dzieci m.in. od Kacprzaków, Wiewiórskich, Trykszów, Kujawów, że często, mimo nawoływań rodziców trudno nam było się rozstawać i siedzieliśmy tam do późnej nocy
Reklama
– wspomina dzieciństwo. Od dziecka ciągnęło ją do muzyki, a trafiła na czasy, kiedy w okolicy był istny wysyp amatorskich zespołów. To była muzyczna era Beatlesów i Rolling Stonesów.
Działo się wtedy w okolicy, czyli Wałczu, Złotowie niewyobrażalnie dużo. Dzisiaj liczne media, nie zawsze wartościowe, zabierają młodzieży w tym niepowtarzalnym dla nich okresie czas, a my mieliśmy tego czasu strasznie dużo i każdy, kto miał jakieś zainteresowania mógł się im bardziej poświęcić
– młoda Gina zafascynowana była muzyką, nie tylko amatorsko śpiewała w jastrowskim Domu Kultury, ale też chętnie chodziła na koncerty, których także w okolicy nie brakowało. Moja rozmówczyni zadziwia mnie wiadomością, że onegdaj w Złotowie i w Jastrowiu grali m.in. Czesław Niemen, Ada Rusowicz, Czerwono–Czarni, Skaldowie! Choć przyszło jej dorastać w świecie oddzielonym od reszty świata żelazną kurtyną, to jednak wspomina, iż młodzież była doskonale zorientowana, co się aktualnie gra na tzw. zakazanym Zachodzie.
Nie mieliśmy internetu a wiedzieliśmy, jakie piosenki są na czele listy przebojów New Musical Express (najważniejsza wówczas w świecie lista przebojów), bo każdy starał się nasłuchiwać tych audycji w Radiu Luksemburg, mocno zagłuszanym przez komunistyczne władze. Miałam zeszyt, w którym co tydzień spisywałam kolejność utworów na liście NME. Nie tylko ja. Wiele osób to robiło. A prywaciarze tłoczyli takie plastikowe płytki, np. z jednym przebojem Beatlesów i my to kupowaliśmy chyba po 5 zł, żeby potem puszczać na adapterach. Na bieżąco wiedzieliśmy, jakie hity królują w Wielkiej Brytanii, która wyznaczała wówczas muzyczne trendy w świecie
– podkreśla zaradność Polaków.
Fascynacja brytyjską muzyką pociągała za sobą potrzebę nauczenia się języka angielskiego. Gina Łopacińska w szkole po raz pierwszy zetknęła się z nim w Liceum Pedagogicznym w Złotowie. Wspomina, że 5–letnia szkoła, która mieściła się w obecnym budynku Zespołu Szkół Ekonomicznych, miała wtedy dużą renomę i należała do najlepszych w okolicy.
Byłam zafascynowana językiem angielskim. To, że mogłam się go uczyć w liceum było wyjątkowe. W tamtych czasach trudno było o lektorów języka angielskiego, bo poza rosyjskim w szkołach uczono niemieckiego lub francuskiego
Reklama
– wyjaśnia.
Dalszym krokiem miała więc być anglistyka na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, ale konkurencja była zbyt duża i w pierwszym podejściu nie udało się dostać na wymarzony kierunek.
Tam właściwie zdawała młodzież, która była z rodzicami na placówkach za granicą, co już nas z prowincji eliminowało, było poza naszym zasięgiem. Wobec tego przez jeden rok uczyłam w szkole podstawowej w Machlinach koło Wałcza i dalej przygotowywałam się, żeby zdawać na studia. W międzyczasie koledzy z Jastrowia, którzy już studiowali, namawiali mnie, żebym dołączyła do nich do Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Przekonywali mnie, że koniecznie muszę zdawać na ich uczelnię, bo zakładają tam zespół i przyda się wokalistka. Wśród znajomych z Jastrowia był tam m.in. Jan Błyszczak „Mufka”, który do dzisiaj jest guru piosenki literackiej i turystycznej w Polsce. Kompletnie mnie jednak nie interesowały ekonomiczne kierunki studiów. Okazało się, że najmniej z ekonomią wspólnego ma towaroznawstwo. Przez pięć lat uczyłam się więc chemii, matematyki, fizyki, handlu zagranicznego i przede wszystkim miałam bardzo dużo zajęć z mojego ukochanego języka angielskiego. Od początku na studiach oczywiście śpiewałam, występowałam w kabaretach, a już na drugim roku pojawił się zespół quasi gospelowy DA DOM przy duszpasterstwie Ojców Dominikanów
Reklama
– opowiada swoją historię. Gina była w gronie prekursorów gatunku gospel w latach 70. w Polsce. Paradoksalnie amerykańskiej muzyki uczyła się na początku z rosyjskich książek z nutami, bo tylko takie były wówczas dostępne w księgarniach. Z czasem zespół zmienił nazwę na Spirituals & Gospel Singers i zaczął pojawiać się na najważniejszych wówczas jazzowych konkursach i imprezach w Polsce, gdzie zdobył wiele nagród m.in. prestiżową Złotą Tarkę w 1978 roku ,czy II miejsce na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1984 roku. Zespół nagrał dla radia wiele utworów i programów telewizyjnych oraz wydał dwie płyty. Od lat 80. Gina Komasa związała się zawodowo z branżą muzyczną.
Jako że rozmawiamy 26 maja, w Dzień Matki, nie sposób nie zapytać jastrowianki o dzieci. Ma ich czworo i wszystkie kroczą drogą artystyczną. Są do tego predestynowane, bo oprócz umuzykalnionej mamy mają ojca znanego aktora i reżysera. W Poznaniu Gina Łopacińska poznała bowiem Wiesława Komasę. Pierwszy z tego związku na świat przyszedł Jasiek. Mama dość szybko zauważyła, że chłopak ma dobry słuch, więc posłała go do przedszkola muzycznego w Poznaniu, a po przeprowadzce do Warszawy kontynuował naukę w szkole muzycznej, do której trafiło później także jego rodzeństwo.
Jasiek od początku zdradzał też zdolności plastyczne. Rysował komiksy. Okazało się, że nie wyczuliśmy go, bo w gruncie rzeczy nie chodziło o plastykę. On już wtedy robił storyboard filmowy, czyli rysował tzw. klatki filmowe. Nigdy za bardzo nam swoich planów zawodowych nie zdradzał, były dosyć rozległe. Po maturze poszedł na filozofię, a po roku poinformował nas, że zdaje na reżyserię. Byliśmy zaskoczeni, bo w życiu nie miał nigdy w ręku kamery, ale okazało się, że to nie był dla niego problem. Sam więc wybrał tę drogę, nie był do niczego zmuszany, choć pewnie łatwiej mu było podjąć taką decyzję, bo świat filmu i teatru nie był dla niego nieznany, dorastał w takim otoczeniu
– opowiada dumna matka.
Mimo młodego wieku Jan zasłynął już jako reżyser filmów, z których największy rozgłos zyskały „Sala samobójców” oraz „Miasto 44”. Następne wiekiem są bliźnięta: Maria i Szymon. Oboje postawili na muzykę. Maria jako Mary Komasa tworzy muzykę alternatywną, nagrała już dwie płyty, zaś Szymon to śpiewak operowy, który swojego fachu uczył się m.in. w londyńskim Guildhall oraz słynnej w całym świecie nowojorskiej szkole muzycznej Juilliard School. Z kolei najmłodsza w rodzinie Zofia skończyła scenografię na ASP i dalej kształci się na kierunku reżyseria performance’u w renomowanej czeskiej uczelni DAMU.
Jestem dumna z moich dzieci. Jak teraz patrzę na ich osiągnięcia, to dziwię się samej sobie, jak myśmy temu wszystkiemu podołali – i choć dzieci już dorosły, to Gina Komasa wciąż ogarnia w rodzinie wiele spraw. Stąd zresztą bywa określana mianem „dyrektora klanu Komasów”.
Reklama
Oni są świetni w swoich zawodach, ale w życiowych sprawach bywają nieprzytomni. Gdzie jest urząd? Jak to załatwić? Od tego jest matka. Mój mąż nie ma pojęcia, jakie są podatki i jak rozliczać rachunki, no i dzieci mają podobnie. Robię to za nich. No, może Jasiek trochę się usamodzielnił bardziej, bo ma już żonę, dzieci
– opowiada. Oprócz tego Gina służy chętnie swoim dzieciom radami. Często angażuje się w ich projekty jako konsultant muzyczny, choć podkreśla, że są to silne osobowości i narzucić niczego sobie nie pozwolą. Rodzeństwo pomaga też sobie nawzajem. Jan reżyserował np. Mary teledysk „Lost me”, w którym wystąpiła Anja Rubik.
Jestem z nich dumna. Dzisiaj od nich wszystkich dostałam życzenia
– podsumowuje uśmiechnięta Gina.
Rozmowa wciąga i chciałbym, żeby Gina opowiadała dalej, ale niestety wzywają obowiązki. Czas przesłuchać kolejną grupę młodych artystów – kto wie, może któryś z nich zajdzie tak daleko i przeżyje tak ciekawe życie jak oceniająca ich dzisiaj jurorka.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
W budynku gdzie obecnie znajduje się biblioteka mieścił się Dom Kultury, na parterze po lewej był tzw Klub który nadzorowała jej mama sprzedając jednocześnie w tzw punkcie RSW ,,Ruch"", tam się często spotykaliśmy (jej siostra też, pozostałe ich rodzeństwo było w tych czasach bardzo młode). Dawne czasy, miło powspominać.
Gdy Ty Gino ,uczyłaś się w Liceum Pedagogicznym ja w Technikum Ekonomicznym.Mieszkałyśmy w w jednym internacie.To ja regulowałam Tobie brwi pensetą.
W budynku gdzie obecnie znajduje się biblioteka mieścił się Dom Kultury, na parterze po lewej był tzw Klub który nadzorowała jej mama sprzedając jednocześnie w tzw punkcie RSW ,,Ruch"", tam się często spotykaliśmy (jej siostra też, pozostałe ich rodzeństwo było w tych czasach bardzo młode). Dawne czasy, miło powspominać.
Gdy Ty Gino ,uczyłaś się w Liceum Pedagogicznym ja w Technikum Ekonomicznym.Mieszkałyśmy w w jednym internacie.To ja regulowałam Tobie brwi pensetą.