Jarosław Leszczełowski pracuje nad monografią Jastrowia. Nadchodząca książka odkrywa wiele nieznanych faktów z przeszłości miasta

Wieś Jastrowie powstała w 1560 r. na wschodnim brzegu rzeczki Młynówki, którą nazywano wówczas Ptuszą, za sprawą starosty Stanisława Górki. Ponieważ Pomorzanie uważali ten teren za swój (dawne dziedzictwo pomorskiego rodu von Wangerów), wznieśli swoją osadę po zachodniej stronie Ptuszy. Doszło wtedy do konfrontacji pomorsko–polskiej, z której zwycięsko wyszedł Stanisław Górka. Ludzie starosty zdołali podporządkować polskiemu królowi również wieś na zachodnim brzegu rzeki. Taka kolejność wydarzeń wynika z dość fragmentarycznych dokumentów znajdujących się w zespole Archiwum Książąt Pomorskich (Archiwum Państwowe w Szczecinie). W tym najstarszym okresie istnienia miejscowości jest jednak jeszcze wiele zagadek do rozwiązania.
Co jednak pewne, to 5 maja 1602 r., przywilej lokacyjny dla miasta Jastrowie wystawił w Złotowie Piotr Potulicki, ówczesny starosta ujsko–pilski i wojewoda kaliski. W marcu 1603 r. to nadanie praw miejskich potwierdził król Zygmunt III Waza.
Od tego momentu zadanie, które miasto postawiło przed Jarosławem Leszczełowskim, wydaje się być zdecydowanie łatwiejsze ze względu na ilość materiałów źródłowych, które odnaleźć można w archiwach. J. Leszczełowski to pochodzący ze Złocieńca pasjonat historii ziemi wałeckiej, drawskiej i złotowskiej. Jest autorem 39 książek na temat historii regionalnej, a w drodze są kolejne publikacje. Na co dzień jest szefem informatyki i telekomunikacji dużej firmy w Gdańsku, a badaniem przeszłości regionu zajmuje się po godzinach.
Zaczęło się od jego rodzinnego Złocieńca, któremu – w odczuciu J. Leszczełowskiego – brakowało porządnej historycznej publikacji. Mężczyzna zaczął od wpisów dotyczących miasta na forach historycznych, gdzie jego posty cieszyły się znacznym zainteresowaniem. Na tej fali opublikował cykl artykułów dotyczący lokalnej historii i własnym nakładem wydał kilka książek. Jego pracę dostrzegły w końcu samorządy, które zaczęły zlecać opracowanie publikacji na temat historii miast i wsi: Złocieniec, Drawsko Pomorskie, Mirosławiec, Wałcz i wiele innych, do których teraz dołączyło Jastrowie.
Władze gminy spotkały się z nim przy okazji opracowywania przez niego przewodnika po Wale Pomorskim.
– Pan burmistrz i pani wiceburmistrz byli bardzo zainteresowani obszernym przedstawieniem historii miasta – wspomina. J. Leszczełowski przyjął zlecenie i tak rozpoczął pisanie monografii miasta, do której materiałów poszukuje.
– Znajdą się tam precyzyjne przypisy i odniesienia do źródeł, ponieważ musi mieć wartość nie tylko popularną, ale przede wszystkim badawczą – tłumaczy.
– Jednocześnie dążę do tego, żeby książka była lekkostrawna, żeby ludzie chcieli to czytać. Udawało mi się to przy okazji innych wydań.
– Znam to rzemiosło, bo pracuję z archiwaliami, badam źródła i biegle mówię po niemiecku, ponieważ studiowałem informatykę w Monachium – mówi. Pan Jarosław potrafi nawet czytać kurrente, czyli gotyckie pismo niemieckie.
– Większość dokumentów jastrowskich, i to z czasów Rzeczypospolitej, jest pisana w języku niemieckim, sporadycznie coś się znajdzie po polsku. Znalazłem nawet dokument po hebrajsku.
Jak się okazuje, dotarł do wielu źródeł, z których można odkryć nowe szczegóły dotyczące historii miasta. Jak tłumaczy autor, są to nie tylko stare dokumenty, ale również relacje i wspomnienia naocznych świadków (bardzo przydatne podczas badań nad okresem powojennym), materiały ikonograficzne (rysunki czy pocztówki z przełomu wieków) oraz źródła materialne.
– Badanie tych ostatnich jest najatrakcyjniejsze, gdyż wiąże się z wyprawami w teren. Stanowią je nagrobki, zapomniane napisy na ścianach kościołów, stare ślady młynów czy osad. Przy okazji zwiedza się okolice i uzyskuje wiele informacji.
Pod każdym z tych względów Jastrowie ma szczęście posiadać bogactwo materiałów. W niektórych miastach ciężko jest odszukać rozproszone dokumenty i zapisy, tu jednak olbrzymia ich ilość znajduje się praktycznie w jednym miejscu.
– Jeszcze kiedy w 1896 r. profesor Franz Schulz pisał niemiecką monografię miasta, to w zasadzie księgi miejskie, księgi protokołów, rejestry podatku czopowego, księgi sądowe czy piękne, pergaminowe przywileje starościńskie i królewskie znajdowały się w miejskim ratuszu. W 1939 r. Niemcy przenieśli je do archiwum w Szczecinie – tłumaczy. Gdyby nie ten ruch, w wyniku wojny prawdopodobnie wiele z tych dokumentów dzisiaj by nie istniało.
– Wszystko wskazuje na to, że około 90% tych materiałów dalej się tam znajduje.
Dzięki temu dzisiaj wiele zapisanych spraw i wydarzeń z XVII i XVIII wieku może ujrzeć światło dzienne. Zapiski z kolejnych stuleci są niestety nieco bardziej rozproszone i ciężej do nich dotrzeć. Praca przy tłumaczeniu i odcyfrowaniu starych dokumentów pisanych kurrentą jest bardzo żmudna i wielogodzinna.
– W archiwum najpierw muszę te księgi wyszukać, później wiele godzin spędzić na fotografowaniu każdej strony, aż w końcu zacząć przeglądać same zdjęcia, żeby stwierdzić, czy są w nich jakieś wartościowe informacje. Czasami nad jedną stroną, zapisaną XVII–wiecznym niemieckim, do tego kurrentą przez skrybę, który miał brzydki charakter pisma, potrafię siedzieć nawet godzinę – śmieje się. To jednak się opłaca, ponieważ karty ksiąg skrywają bardzo ciekawe historie.

Odczytywanie takich pism to dla pana Jarosława codzienność
Jak chociażby tę o Hansie Kujacie, którą zna każdy, kto choć trochę interesuję się dziejami miasta. Hans był niesławnym podpalaczem i mordercą, który w końcu został schwytany i trafił do Jastrowia na tortury. Do swych win się jednak nie przyznał, a po zwolnieniu z aresztu kazano mu uroczyście ślubować, że nie będzie mścić się na mieście i mieszkańcach za swoje cierpienia.
– Jak łatwo się domyślić, zaraz po wyjściu na wolność zaczął się mścić, podpalając domy i strasząc miasto, że jeśli nie wypłacą mu wysokiego odszkodowania, to puści wszystko z dymem – opowiada J. Leszczełowski. A w 1605 r., kiedy architektura miejska składała się głównie z domów z drewna i gliny, krytych strzechą, zagrożenie wydawało się ogromne.
– Miasto się z nim dogadało i wypłaciło pieniądze. Ta historia jest bardzo znana, a nie każdy wie, że w tym czasie podobnym procederem parała się również pewna kobieta – mówi. Szantażystka wysyłała listy do miast i właścicieli ziemskich, w których groziła podpaleniem i żądała okupu. Swoją niecną działalność prowadziła nie tylko w okolicach Jastrowia, ale również Piły czy Tarnowa, za co trzy sądy skazały ją na śmierć. To jej jednak nie przeszkadzało w dalszym podpalaniu. Jej działań obawiano się tak bardzo, że starosta, pomimo wyroków, zaproponował jej pisemną ugodę. Arogancka białogłowa na swoje nieszczęście propozycję odrzuciła i jeszcze w 1605 r. została schwytana w Jastrowiu. 31 maja 1605 r. jastrowski sędzia Martin Proche skazał ją na śmierć przez wbicie na smołowany pal! Podniosły się jednak liczne głosy, żeby oszczędzić kobiecie tak strasznej śmierci i zamiast tego ściąć jej głowę mieczem. Tak też ostatecznie uczyniono, a ściętą głowę zatknięto na palu wbitym w ziemię na jastrowieckim Galgenbergu. Co ciekawe, przed sądem nie udało się udowodnić współdziałania małżonka podpalaczki, która nawet na torturach nie złożyła obciążających go zeznań. Mąż musiał być obecny podczas tortur swojej połowicy i jej egzekucji, a ponadto został skazany na trzy dni pręgierza za „złe zwymyślanie” sądu.
Jak podkreśla J. Leszczełowski, Jastrowie do XVIII wieku ma bardzo bogatą historię pożarów, a to jest tylko jedna z nich.
Na przełomie XVII i XVIII wieku Jastrowie przodowało również w niechlubnej statystyce procesów i zabijania kobiet oskarżanych o czary. Zgodnie ze źródłami, do których dotarł pan Jarosław, społeczność protestancka miasta była bardzo „skuteczna” w ich wyszukiwaniu. Jak pisze w swoich dokumentach Franz Schultz, w wielu sprawach interweniowali ujsko–pilscy starostowie, którzy byli zwykle światłymi ludźmi i kary śmierci kobietom zamieniali na biczowanie oraz wygnanie.
– Najsłynniejsza historia z 1726 r. tak się właśnie skończyła – opowiada. To wtedy sędzia miejski Krzysztof Betcke skazał Annę Doerr i jej córkę Katarzynę na śmierć. Betcke miał być zresztą dosyć podłym osobnikiem, który został wyrzucony ze swojego stanowiska kilka lat później. Co ciekawe, w 1910 r. autorka broszury „Die Hexe von Jastrow” zrobiła z niego dzielnego bohatera, który uratował te kobiety przed śmiercią, co w jaskrawy sposób nie odpowiada prawdzie.
Jak dodaje J. Leszczełowski w drugim dziesięcioleciu siedemnastego wieku kobieta podejrzana o czary i wzięta na tortury wskazała kilka innych niewiast, które skończyły spalone na stosach.
– Historyk Friedrich Schmitt potwierdza, że na całej ziemi wałeckiej to tu spłonęło najwięcej kobiet fałszywie oskarżonych o czary.
To tylko kilka ciekawych opowieści, które znalazły się na kartach historii Jastrowia i które w swojej monografii opisze pan Jarosław. Ta tytułu jeszcze nie ma, jednak ostatnią kropkę autor musi postawić do wiosny.
– Pisanie idzie w miarę sprawnie, a zadanie ułatwili inni historycy, m.in. wspomniany wcześniej Franz Schultz, który przetłumaczył wiele dokumentów pisanych kurrentą na drukowany gotyk – przyznaje.
Kiedy tekst będzie gotowy, całość oczywiście musi przejść korektę i skład, zanim trafi do drukarni.
– Jeśli wszystko pójdzie sprawnie, latem będzie można już ją czytać – kończy z optymizmem.
Hubert Nowak

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ta i DRAULI
Książkę może napisać o ul. Gdańskiej i poznańskiej o Konopce nie wspomne
To wszystko można było przeczytać kilka lat temu w Aktualnościach Lokalnych. Powoła się na źródło?
No i nic się nie zmieniło. Dalej jest tak samo z tą różnicą, że podpalaniem zajmowała się milicja.
Ta i DRAULI
Książkę może napisać o ul. Gdańskiej i poznańskiej o Konopce nie wspomne
To wszystko można było przeczytać kilka lat temu w Aktualnościach Lokalnych. Powoła się na źródło?