Pracuje w Zambii, z narkomanami i prostytutkami. Nie "robi" katolików, ale prowadzi ludzi do Boga.- Przynależność do Kościoła jest rzeczą wtórną - mówi Brat Jacek Rakowski. Z misjonarzem z Krajenki rozmawia Łukasz Opłatek
23 czerwca w krajeńskim kościele złożył Brat wieczystą przysięgę misyjną. Odżyły wspomnienia z czasów dzieciństwa?
Tak. Dzieciństwo kojarzy mi się z radością. Miałem to szczęście, że zawsze spotykałem dobrych ludzi. W Krajence byłem ministrantem, działałem w Oazie. Od zawsze lubiłem być z ludźmi.
Stąd u Brata ta chęć życia we wspólnocie, w tym przypadku zgromadzenia Ojców Białych?
W końcu jesteśmy zwierzętami stadnymi (śmiech). Nie mam święceń, ale jestem osobą duchowną, bo należę do zakonu. [[reklama]] Przez 6 lat był Brat w seminarium Misjonarzy Świętej Rodziny, ale do święceń nie przystąpił. To nie było to zgromadzenie?
Ja czułem się tam jak ryba w wodzie, ale nie mogłem rozeznać do końca, jakie są moje motywacje przyjęcia święceń. Miałem poważne wątpliwości i zdecydowałem dać sobie czas. Nie była to decyzja łatwa dla mnie i dla mojej rodziny, ale musiałem to zrobić.
Rodzina, znajomi wspierali Pana w wyborze drogi duchowej? Czasy świetności powiedzenia, że kto ma księdza w rodzie tego bieda nie ubodzie chyba minęły...
Zawsze miałem duże wsparcie od rodziny. Czasami zbyt duże, bo czułem się nieraz popychany w pewnym kierunku.
A propos rodziny, nauczył się Brat tego samego zawodu co ojciec – elektromechanik kolejowy, ale nie poszedł w jego ślady.
Bałem się monotonii, pracy codziennie od 6 do 14. Zawsze miałem pęd do zróżnicowania, do poznawania nowych ludzi. Chciałem zrobić maturę i pójść na studia. Marzyłem o byciu nauczycielem. [[reklama]] Marzył Brat także o podróżach...
Kiedyś w kościele w Krajence, chyba zaraz po mojej komunii, odbyło się spotkanie z misjonarzem. Od tego czasu miałem takie pragnienie, żeby podróżować, bo zachwyciło mnie to spotkanie, osoba tego misjonarza. Nie pamiętam, kto to był, z jakiego zgromadzenia ani w jakim kraju pracował – pozostało tylko wrażenie inności.
W pierwszej kolejności spełnił Brat pierwsze marzenie – nauczanie. Po półrocznej przygodzie z pracą stróża trafił Brat do jednego z poznańskich gimnazjów, by uczyć religii.
Bardzo nie lubiłem pracy stróża – Pan Bóg stworzył noc po to, żeby spać (śmiech). W gimnazjum natomiast się odnalazłem. Uwielbiałem być w szkole i trudno było mi ją zostawić. Do dzisiaj odwiedzam tę szkołę, z niektórymi z uczniów utrzymuję kontakt przez Facebooka, Naszą Klasę.
A co z pomaganiem innym? Mówił Brat, że to było jedno z jego pragnień.
Pragnienie pracy misyjnej ciągle mnie prześladowało. Kiedyś trafiłem na słowa Matki Teresy z Kalkuty: „nie szukajcie biednych ludzi w dalekich krajach, bo tam ich nie ma. Oni są zaraz za Twoimi drzwiami”. Zrozumiałem, że jeżeli chcę być dobrym i pomagać ludziom, to nie muszę jechać daleko. Bo jeżeli ktoś nie pomaga w miejscu, gdzie mieszka, to nie będzie tego też robił na końcu świata. [[nowa_strona]] Praca wolontariusza w hospicjum pomogła Bratu utwierdzić się w przekonaniu, że pomaganie innym to jest Brata powołanie? Jak zdał Brat egzamin z towarzyszenia osobom cierpiącym w ich ostatniej drodze?
Chyba dobrze, bo stwierdziłem, że to jest to co chcę robić. To jest trudno ująć w słowa, ale miałem przekonanie, że to jest moja droga.
W google znalazł Brat zgromadzenie Ojców Białych – Misjonarzy Afryki. To dość nietypowa metoda realizacji powołania...
Skontaktowałem się z nimi, w liście napisałem, kim jestem i co chcę robić. Zaprosili mnie na spotkanie, potem rekolekcje, a w końcu do nich wstąpiłem. Przez rok uczyłem się angielskiego, a potem wyjechałem do Zambii. [[reklama]] I co najbardziej Brata uderzyło w kontakcie z tym nowym światem?
Nie przeżyłem szoku kulturowego, ale pamiętam pierwszy dzień. Jadąc tam znałem dobrze angielski, a po przylocie do Lusaki i spotkaniu z braćmi z Nigerii, Ghany – są to kraje anglojęzyczne – nie mogłem nic zrozumieć. Oni byli święcie przekonani, że dobrze mówią, a ja byłem przerażony. Teraz wiem, że to ich angielski jest kiepski, pełen naleciałości z języków plemiennych.
Bo słowa potrafią bardziej dzielić niż cokolwiek innego?
Do mnie np. po trzech miesiącach nikt się nie odzywał, bo zdarzało mi się do braci mówić: to było głupie. W pojęciu Afrykanów to było wywyższanie się. I nikt nie chciał mi o tym powiedzieć. Przeprosiłem i od tego czasu wymazałem to słowo ze swojego słownika.
Jak został Brat przyjęty przez Zambijczyków? Historia ewangelizacji narodów, nie tylko afrykańskich, przez Kościół jest dość ponura.
Kościół też się ewangelizacji uczył. My dziś nie mamy robić katolików, ale prowadzić ich do Boga. Różne drogi wiodą do Rzymu. Czy podczas ewangelii się siedzi czy się stoi jest pojęciem względnym. W Polsce się stoi, a w Zambii trzeba siedzieć, bo pozycja siedząca jest wyrazem szacunku. [[reklama]] Również pogrzeb w Afryce przeżywany jest inaczej niż w naszym kręgu kulturowym. Czasami płacz zastępuje śmiech.
Kiedyś, kiedy mieszkałem w Kenii zastrzelony został mój przełożony pochodzący z Ghany. Strzał prosto w serce. Dziwiłem się, gdy Afrykańczycy starali się przeciwdziałać smutkowi przez bycie bardzo głośnymi i wylewnymi. Po pogrzebie była kolacja, rozmowa i śmiechy. Dla mnie to było ciężkie do przeżycia.
Ale pod pewnymi względami jest tam łatwiej nieść dobrą nowinę, prawda? Afrykanie w większości wierzą w Boga.
Nie ma tam ateistów, ale ich wiara jest mocno podszyta strachem. Uważają, że Bóg jest despotycznym władcą, któremu trzeba oddać hołd, bo inaczej coś złego się stanie. A jeżeli już coś złego się stało to znaczy, że Pan Bóg się na nich gniewa i karze. W ich praktykach religijnych jest dużo poddańczego zabiegania o łaski.
Chce Brat powiedzieć, że należą do Kościoła ze strachu?
Przynależność do Kościoła jest rzeczą wtórną. Bardzo często każdy członek danej rodziny jest innego wyznania, a mimo to żyją razem. Bo Bóg jest jeden. [[nowa_strona]] Pracuje Brat na ulicy z narkomanami, prostytutkami, bezdomnymi. Jak mówi im Brat o Bogu?
To nie chodzi o mówienie. Głoszenie dobrej nowiny nie jest koniecznie związane z mówieniem. Bardziej chodzi o dawanie świadectwa życiem. Młodzież i dzieci widzą, jak się człowiek zachowuje i pytają, dlaczego tak robię. Ja mówię, że chcę być dobry, bo Pan Bóg jest dobry. Pan Bóg wybaczał i ja też wybaczam. Tak po ludzku staram się pokazywać, że oni nie są straceni. Jeżeli okazać im trochę sympatii, to oni potrafią się zmienić.
Przed miejscami, w których Brat pracuje, przestrzegają przewodniki. Boi się Brat czasem o swoje życie?
Nie. Nigdy się nie bałem. To jest właśnie łaska Boska. A zacząłem pracę na ulicy samodzielnie. [[reklama]] Rozumiem, że nie ewangelizuje Brat Zambijczyków na siłę. Co Brat dla nich robi? Może im Brat udzielić realnej pomocy?
Najczęściej rozmawiamy o ludziach, o sporcie, muzyce, kto się z kim pobił. Zawsze mam przy sobie apteczkę, która przydaje się prawie za każdym razem. Teraz np. w sezonie zimnym bezdomni śpią przy ogniskach, a będąc pod wpływem narkotyków nawet nie czują, że np. smaży im się ręka.
Nie nosi Brat sutanny ani habitu. To nie utrudnia Bratu pracy, dotarcia do ludzi?
Przeciwnie. Strój zakonny utrudniałby mi pracę. Ja jestem tam wyróżniony przez sam fakt, że jestem biały. Poza tym w Zambii autorytet, którym darzy się osoby duchowne, jest automatyczny do tego stopnia, że ludzie nie są w kontakcie z duchownymi sobą. A ja pracuję w takich miejscach, w których wolałbym nie przyciągać uwagi.
Miał Brat konflikty z lokalną władzą? Pewnie nie wszystkim działalność Ojców Białych jest na rękę.
Były nieporozumienia, ale ja po prostu miałem złe podejście. Uzbrojony w konstytucję, kartę praw dziecka chciałem pokazać, że mam rację, a policja źle robi. [[reklama]] Co policja robi źle?
Chcąc uprzykrzyć dzieciom życie na ulicy policjanci biją je, a w porze zimnej oblewają wodą, by marzły w nocy. Ja chciałem z tym walczyć, ale oficjalnymi kanałami nie dało się wiele zrobić. Po pół roku zmieniłem podejście. Rozmową, żartem, wspólnym piwem zaprzyjaźniłem się z policją i strażą. Oni czasami dzieci zamykają, ale gdy poproszę, to wydają mi je, wiedząc, że ja je zabieram z powrotem na ulicę.
Co Brat zmienia w Zambii?
Siebie najbardziej (śmiech). Po prostu staram się być dobry dla ludzi.
To jak zmienił się ten młody chłopak z Krajenki przez pracę w Afryce?
Kiedyś miałem przekonanie, że coś się robi tak i koniec. Teraz wiem, że są różne sposoby dochodzenia do prawdy, które nie są gorsze od moich. Można też inaczej niż my przeżywać Pana Boga. Przez to, co Brat robi, uważa się Brat za kogoś wyjątkowego?
Nie lubię takiego obrazu. Gdybym miał poczucie, że jakoś strasznie się poświęcam, to nigdy bym do Afryki nie pojechał. Ja jestem leniwym człowiekiem i idę na wygody gdzie tylko mogę. Jestem w miejscu, które mi bardzo odpowiada, ludzie darzą mnie przyjaźnią mam pracę, którą kocham i jestem szczęśliwy.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze