Reklama

Nosiłem trupy do krematorium

04/12/2016 19:00
Stanisław Wrzeszcz przeżył gehennę obozów koncentracyjnych. Trafił do nich jako wróg III Rzeszy. Zanim cudownym zrządzeniem losu odzyskał wolność, widział hitlerowskie piekło

W 1939 roku piętnastoletni Stanisław Wrzeszcz uciekał z rodzinnego Zakrzewa.

To było 29 czerwca. Pamiętam jak dzisiaj

– mówi 92–latek, jeden z najstarszych mieszkańców gminy Tarnówka. Z bieżącą pamięcią miewa problemy, ale historia…

To jak amen w pacierzu.

Z Zakrzewa przez granicę uciekali do Polski, do Łobżenicy. On i dwóch kolegów: Bronisław Łuka i Edmund Horst. Ten drugi był bratem Józefa, straconego przez hitlerowców, którego tragiczną śmierć upamiętnia obelisk stojący przy zakrzewskim kościele.

Reklama

Postrzelili Bronka

Wszystko miało potoczyć się inaczej. Ojciec Stanisława, który pracował w cegielni pod Berlinem, załatwił synowi praktyki w warsztacie samochodowym w Złotowie.

Wszystko było dogadane. Chciałem się uczyć za mechanika. To miało pójść przez arbeitsamt, biuro pracy, ale urząd odmówił. Dopatrzyli się, że skończyłem polską szkołę w Zakrzewie

– wspomina Wrzeszcz.

Powiedzieli, że mogę być jedynie parobkiem u Niemca.

Krótko po tym koledzy umówili się na ucieczkę. Rodzicom nie powiedzieli ani słowa. 

Ojciec pracował pod Berlinem, a mama została w domu z czwórką mojego rodzeństwa. Ja byłem najstarszy. Nikt z nich już nie żyje

Reklama

– podkreśla.

Bronka Łukę postrzelili, gdy przekraczaliśmy granicę. Ale udało nam się.

Po przesłuchaniach w Łobżenicy cała trójka trafiła do Grudziądza.

Do brata mojego dziadka. Klimek się nazywał. Był bogaty, miał drogerię. Był prezesem Polskiego Związku Zachodniego, przeciwko Niemcom byli. Jego syn był pilotem

– wspomina senior. U stryja zatrzymali się niemal do wybuchu wojny.

Z rodzicami nie miałem żadnego kontaktu. Nie wiem, czy od kogoś wiedzieli, co się ze mną dzieje, chyba nie.

We wrześniu 1939 Wrzeszcz ruszył w dalszą ucieczkę w Polskę.

Reklama

Koledzy zostali w Łobżenicy, a ja poszedłem na Warszawę. Po kilku dniach dotarłem do Modlina.

Powrotny plan Berlin

Gdy Niemcy wchodzili do stolicy...

– opowiada pan Stanisław

pierwszy raz mnie dorwali. Ale zablefowałem. Podałem się za Niemca, że jestem Hans Meier

– opowiada z zadowoleniem. Od dzieciństwa Wrzeszcz znakomicie zna niemiecki. Gdy spotykamy się, żeby spisać tę historię, w telewizorze włączony jest niemiecki kanał.

Prawie cały czas to oglądam

– przyznaje. Siedzi w swoim ulubionym fotelu, na stoliku pełna popielniczka, w pokoju sporo dymu.

Reklama

Po krótkim czasie Wrzeszcz wraca z centralnej Polski w swoje strony. Dociera do Sypniewa pod Więcborkiem, gdzie wpada w hitlerowskie łapy. Chciał tymczasowo zatrzymać się u bliskich i dalej ruszyć na Berlin, do ojca.

Jakbym już tam dotarł, może ślad by po mnie zaginął

– takie miał plany.

Gdy byłem jeszcze w Sypniewie zobaczyła mnie jakaś Niemka. Doniosła, że ktoś się kręci, przyjechało gestapo z Piły i mnie aresztowali

– wspomina.


W dalszej części artkułu przeczytasz:

Wróg III Rzeszy - Trzy dni byłem na gestapo w Pile, potem mnie i trzech innych zawieźli do więzienia do Berlina. Słyszeliśmy, jak regularnie o piątej nad ranem rozstrzeliwali więźniów...

Reklama

Kommando wniebowzięcia - Wrzeszcz doskonale pamięta obozowe odznaczenia pasiaków w Sachsenhausen...

Tyle tej śmierci - Nie wolno było iść normalnym krokiem. Tylko małymi, takie było zarządzenie. Kiedyś nie zdążyłem zdjąć czapki przed SS–manem...

Polska świnio - Lali jak holender  – to z kolei wspomnienie przesłuchań prowadzonych przez obozową policję polityczną. Wrzeszcz trafił na nie trzykrotnie...

Ostatni świadek - Zakrzewianka Elżbieta Herrmann została jego małżonką. Za służbowym przydziałem, wyprowadzili się do Tarnówki. Wrzeszcz ukończył wcześniej kilkumiesięczny kurs administracji...

Reklama

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]


Wróg III Rzeszy

Trzy dni byłem na gestapo w Pile, potem mnie i trzech innych zawieźli do więzienia do Berlina. Słyszeliśmy, jak regularnie o piątej nad ranem rozstrzeliwali więźniów

– opowiada o trzech spędzonych tam tygodniach. W końcu wpakowali wszystkich w trzy duże samochody i wywieźli do Sachsenhausen Oranienburg, obozu koncentracyjnego pod Berlinem, a po kolejnych kilku miesiącach do Dachau. Wrzeszcz sumuje, że w obozach spędził łącznie ponad trzy lata.

Dachau to był wyłącznie obóz męski, tylko dla przestępców politycznych

Reklama

– podkreśla.

Byłem wtedy jednym z najmłodszych więźniów

– zauważa. Jaki z nastolatka przestępca polityczny? 

Wróg III Rzeszy. Taki miałem paragraf za nielegalne przekroczenie granicy

– wspomina.

Dziesięć godzin pracy dziennie oraz dwa kawałki czarnego chleba i pół litra zupy.

W sumie to takiej papy

– senior opisuje obozową codzienność. Najgorzej było zimą. Bez ogrzewania, na sobie tylko bielizna i obozowe pasiaki. Co dwa tygodnie kąpiel pod prysznicami i zmiana bielizny.

Żadnego dopasowywania, co było, co dali, to się nosiło. Spodnie miałem często wysoko powyżej kostek

Reklama

– wspomina. Jakie wykonywał prace?

Głównie jakieś remontowe i budowlane. Nie tylko w samym obozie, bo pamiętam, jak byliśmy kiedyś w Dachau i stawialiśmy przedszkole. Obóz był jakieś dwa kilometry od miasta.

Kommando wniebowzięcia

Wrzeszcz doskonale pamięta obozowe odznaczenia pasiaków w Sachsenhausen.

Cyganie mieli trójkąt z literami AS, skrót od słowa arbeitscheu, czyli wstręt do pracy. Jehowi nosili różowy trójkąt, obywatele niemieccy numer na jego górze, a pozostali na dole trójkąta. Niemców było tam ponoć czterdzieści tysięcy. Wszyscy z Komunistycznej Partii Niemiec

Reklama

– opowiada.

Były więzień nie przypomina sobie komory gazowej w Dachau. Opuścił obóz w 1943 roku, a tę, jak podają historyczne źródła, postawiono tam w 1944 roku. Doskonale pamięta jednak egzekucje. Niechętnie o nich opowiada. Oczy szybko robią się wilgotne…

Wielu moich kolegów tam zginęło

– dodaje wpatrzony w okno.

Jeszcze jedno na lata utkwiło mu w pamięci.

„Kommando wniebowzięcia”, tak my ich nazywaliśmy. To byli więźniowie, którzy zbierali wszystkich samobójców. Każdego dnia brali konie, fury, jeździli i zwozili ciała. Wystarczyło złapać za druty pod wysokim napięciem… Do dzisiaj pamiętam te sterczące z platform ręce i nogi.

Reklama

Tyle tej śmierci

Nie wolno było iść normalnym krokiem. Tylko małymi, takie było zarządzenie. Kiedyś nie zdążyłem zdjąć czapki przed SS–manem. Spisał mój numer, powiedział, że zobaczymy się rano na apelu. Wywołali mnie. Za karę przez dwa dni musiałem nosić na noszach trupy do krematorium

– pan Stanisław wciąż ma w pamięci sterty leżących ciał.

Do pracy prowadzili nas czwórkami. Przeważnie mieli ze sobą wilczury. Jak niedopałki wyrzucali, czasami więźniowie się rzucali, żeby zapalić. Zdarzało się, że jak więzień z czwórki wyskoczył, strzelali. Ilu ludzi tam zginęło przez te głupie papierosy...

– kolejny raz się zaciąga.

Przez spędzone w obozach lata spotkał również ludzi ze swoich stron.

Był tam m.in. Leon Malczewski, kierownik szkoły polskiej w Zakrzewie. Pracował w obozowym urzędzie stanu cywilnego, wypisywał akty zgonu, wszystko było przecież dokumentowane

– przyznaje, że nawet pod tym względem Niemcy mieli wszystko uporządkowane.

Zapytany o samobójcze myśli, zdecydowanie zaprzecza. Nigdy ich nie miał, nigdy też, pomimo tragedii, której doświadczył, nie zatracił wiary w Boga. Wspomnienia są jednak bolesne. Często, gdy ogląda rocznicowe uroczystości, te odświeżają pamięć i sprawiają, że nie można spać.

Każdego dnia liczyłem się z tym, że mogę zginąć… Nie chcę o tym szczegółowo mówić. Tragedia, piekło na ziemi, katorga. Nie da się opowiedzieć, co tam się działo. Ja nie wiem, jak to wytrzymałem. Tyle się tej śmierci naoglądałem!

Polska świnio

Lali jak holender

– to z kolei wspomnienie przesłuchań prowadzonych przez obozową policję polityczną. Wrzeszcz trafił na nie trzykrotnie.

Chciałeś świnio polskie wojsko do Berlina sprowadzić!?

– krzyczeli, tłukąc nastolatka.

Cały czas twierdzili, że uciekając przez granicę, szpiegowałem przeciwko III Rzeszy

– wspomina.

Masz jedną drogę do wolności

– tak mi kiedyś jeden powiedział i ręką pokazał na komin krematorium. Pewnego dnia numer Wrzeszcza ponownie wywołali przez głośnik na przesłuchanie. Zamiast kolejnej katorgi nieoczekiwanie przyszło wybawienie.

Ojciec pana Stanisława w tym czasie wciąż pracował w cegielni pod Berlinem. Wiedział, że syn trafił do Dachau.

Kierownik cegielni zagadnął kiedyś ojca, co on taki smutny. Przyznał, że ma syna w Dachau. Ten Niemiec miał brata w gestapo w Berlinie. Powiedział ojcu, że może coś uda się załatwić

– opowiada.

Nie mówili ani słowa o tym: jak i dlaczego? Oznajmili tylko, że z dniem dzisiejszym jestem zwolniony z obozu. Nie mogłem w to uwierzyć

– wspomina swój prywatny dzień wyzwolenia. Wciąż miał zaledwie kilkanaście lat, niczemu nie zawinił, jedynie uciekł przez granicę, a…

Taką mieli na mnie grubą teczkę

– rozstawia palce na 2–3 centymetry. Nie ma pojęcia, co mogli w niej o nim napisać. Odstawili zwolnionego więźnia na stację kolejową, kupili jeszcze bilet i tak przez Monachium, Berlin, Piłę i Złotów, wrócił do Zakrzewa.

Ostatni świadek

Zakrzewianka Elżbieta Herrmann została jego małżonką. Za służbowym przydziałem, wyprowadzili się do Tarnówki. Wrzeszcz ukończył wcześniej kilkumiesięczny kurs administracji publicznej w Szczecinie na sekretarza urzędu stanu cywilnego. Pełniąc przez lata tę funkcję udzielił w Tarnówce blisko dwieście pięćdziesiąt ślubów. Później trafił do Kombinatu Budownictwa Komunalnego w Złotowie, gdzie był kierownikiem zaopatrzenia. Od wielu lat jest na emeryturze. Mieszka sam, w 2006 roku pochował małżonkę. Dochowali się trójki dzieci, jest też kilkoro wnuków i prawnuczęta.

Są też dramatyczne wspomnienia, których nigdy nie da się zapomnieć, a o których mówił m.in. przed komisją ds. zbrodni hitlerowskich. Za te bolesne doświadczenia Stanisław Wrzeszcz otrzymał Krzyż Oświęcimski i Krzyż Kawalerski.

Przez powojenne dziesięciolecia trzykrotnie był w Dachau.

Byłem przewodniczącym, na teren byłego województwa pilskiego, niemieckiego Stowarzyszenia Maksymiliana Kolbego z siedzibą we Freiburgu

– mówi 92–latek.

Spośród więźniów Dachau ja jeden jeszcze żyję na nasz powiat, chyba nawet na całe byłe pilskie. Mamy przecież dokumenty, kartoteki, więc wszystko wiemy. Łącznie było nas w stowarzyszeniu na tym terenie dwudziestu ośmiu. Z tego co wiem, oprócz mnie, wszyscy już nie żyją.

[[/pay]] 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wojtek - niezalogowany 2016-12-05 11:18:45

    Znam osobiście Pana Stanisława jest wspaniałym czcigodnym człowiekiem to żywa historia- jest on nie tylko dobrem gminnym ale i narodowym - szacunek

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Alutka - niezalogowany 2016-12-05 09:57:17

    Ciarki mnie przechodza czutając artykuł.. boje sie wojny jak cholera . Przeżyć takie cos to jest normalnie cud .

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama