Od rancha Enrique po księżycowe pejzaże Antofagasty – to jest prawdziwa Argentyna!

15/11/2025 19:00

Gdyby szukać Argentyny w folderach biur podróży, Enrique by tam nie było. Żadnych resortów, żadnych basenów typu infinity, żadnych zdjęć z drona. Zamiast tego – 72–letni gaucho, który płacze, gdy opowiada o polskich ułanach, i rancho schowane sto kilometrów na południe od Salty, do którego trafia się raczej z przypadku niż z planu. – To jest prawdziwa Argentyna! – mówi Enrique

Rancho, którego nie ma w przewodnikach

Enrique ma 72 lata. Mówi, że w życiu zawsze kieruje się zasadą: tyle samo, ile daję od siebie, tyle oczekuję w zamian.

– Jak jest inaczej, to trzeba kończyć – mówi ze śmiertelną powagą, wspominając swoje cztery żony. Pierwsza odeszła w wyniku tragicznej śmierci, z pozostałymi jakoś się nie układało. Rancho Enrique jest położone blisko sto kilometrów na południe od Salty. Jadąc tu, nie wiedzieliśmy o tym miejscu nic. Angelika zaufała Federico, z którym rozmawiała przez WhatsAppa. Odpowiadał natychmiast i konkretnie – to zadecydowało. Na miejscu okazało się, że jest synem Enrique.

Estancia, jak w Ameryce Południowej mówi się na rancho, była położona na skraju wsi, otoczona polami, na których rósł tytoń i chmiel. Pola zadbane, ziemia żyzna, wszystko otoczone wzgórzami porośniętymi bujną, zieloną roślinnością. Widać było, że jak tu pada, to nie na żarty. Pola były poprzecinane siecią kanałów melioracyjnych. Kanały wyłożone kamieniem, niczym rzymskie akwedukty. Dzięki nim woda była dostarczana do każdej grządki z tytoniem. Jeden z pracowników rancha powiedział nam, że ten system melioracji jest unikalny w skali całej Argentyny, dzięki czemu to tu zbiera się 80 procent tytoniu z terenu całego kraju.

Człowiek, który płacze przy historii polskich ułanów

– Witajcie w moim domu – tymi słowami przywitał nas Enrique, rozkładając szeroko ręce. Już wtedy urzekł nas swoją otwartością, bo dziś mało kto tak wita swoich gości.

– Wino? – zapytał zaraz potem.

– Wino! – odparłem, dopiero co rozpakowując bagaże. Gospodarz przyglądał nam się bacznie. Kiedy powiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Polski, pierwszą opowiedzianą historią była ta związana z ostatnią szarżą polskich ułanów w 1939 roku. I tak zaczęła się nasza długa rozmowa przeplatana to śmiechem, to łzami.

Enrique pokazał nam swoje wspaniałe konie argentyńskiej rasy Criollo. Dwukrotnie jego konie zdobyły największe trofea w Argentynie.

– Konie to moja pasja, to moja duma, to moja miłość. Kiedy sobie pomyślę, że polscy ułani ruszyli na te niemieckie czołgi, wiedząc, że umrą… – płakał rzęsistymi łzami. Dużo wina wypiliśmy wspólnie pierwszego wieczoru, siedząc przy jednym wielkim stole razem z pracownikami estancii oraz pozostałymi gośćmi. Taki zwyczaj praktykowany jest w wielu miejscach. Ludzie siadają o jednej porze do wspólnego posiłku, rozmawiają ze sobą, poznają się.

W siodle, we mgle i przy jednym stole

Następnego dnia ruszyliśmy konno w góry. Deszcz momentami padał rzęsiście, momentami była piękna pogoda. Na taki wypad nie mogło nam się trafić lepiej. Gęsty las, który porastał wzgórza, spowiła gęsta mgła, wszystko wyglądało magicznie, a Dawid, nasz przewodnik, starał się pokazać wszystko, co najpiękniejsze. Nie wiemy, kiedy dzień nam zleciał.

Kiedy wróciliśmy na rancho, Enrique wyczekiwał nas, siedząc za swoim biurkiem, ustawionym na tarasie swojej hacjendy. Całe dnie tu spędzał, mając na oku gospodarstwo. Fantastycznie to wyglądało. To dzięki niemu przez 20 lat odwiedziło to miejsce ponad 70 tysięcy turystów, a rancho zdobywało najwyższe noty w serwisach turystycznych. Nie, nie ma tu luksusów, jest za to atmosfera i wspaniałe konie. Enrique, zanim w wieku 50 lat osiadł w tym miejscu, wcześniej zajmował się poszukiwaniem ropy w różnych miejscach Ameryki Południowej dla amerykańskich gigantów naftowych. Sam urodził się w Patagonii, ale nie chciał wracać do wietrznej, zimnej krainy. Widział, że region Salty to jego miejsce na Ziemi.
Kolejny wieczór również spędziliśmy wspólnie przy winie. Nagadaliśmy się strasznie, a telefon z tłumaczem był aż czerwony od pracy. Daliśmy radę, zwłaszcza że Enrique zainstalował sobie w telefonie aplikację do tłumaczenia rozmów. Przeklinał z radości na cały głos! Nie chciał, żebyśmy wyjeżdżali, prosił, byśmy pozostali jego gośćmi. Obiecaliśmy, że wrócimy. Następnego ranka czekał na nas, by się pożegnać. Nie było łatwo… Rzekł tylko: Dbaj o królową – wskazując na Angelikę.

W krainę wina przez Quebrada de las Conchas

Ruszyliśmy w stronę Cafayate. To niewielkie miasto słynie z fantastycznie położonych winnic. Jakieś 8 procent argentyńskiego wina pochodzi właśnie stąd. Dwa szczepy definiują to miejsce: Malbec i Torrontés. Winnice otaczają całe miasto. Co jakiś czas mijaliśmy siedziby właścicieli winnic – piękne, dostojne, z wielkimi szyldami nazw. Wiele z nich jest otwartych dla turystów. Można tu zjeść, przenocować, wypić napój Dionizosa.

Zanim jednak dotarliśmy do Cafayate, przejechaliśmy jedną z najpiękniejszych dróg w Argentynie, przez region nazywany Quebrada de las Conchas. Fantastyczne kaniony, wąwozy, wielokolorowe góry, skały o kształtach wyżłobionych przez deszcz, wiatr i słońce. Co chwila zatrzymywaliśmy się, by zrobić zdjęcia, zachwycając się tym, co ukazywało się naszym oczom. Absolutne cudo, stworzone przez naturę. Tu, w miejscach widokowych, spotykaliśmy Argentyńczyków. Zagadywali nas, pytali o Polskę, o to, jak nam się tu podoba, rozmawialiśmy o polityce, piłce, siatkówce. Za każdym razem spotykaliśmy się z wielką życzliwością.

Cafayate jest jak zdecydowana większość argentyńskich miast. Popołudniem restauracje zamykają się, by otworzyć się ponownie o 20.00. Restauracje to również winiarnie, gdzie ilość proponowanych win przyprawia o zawrót głowy. Ceny? Większość tutejszych win można kupić tylko w Argentynie, nieliczne w Polsce. Butelkę świetnego wina można kupić za 20–30 złotych. W Polsce ceny za te trunki są przynajmniej trzykrotnie wyższe. Są także sklepy z winami, tu wybór jest jeszcze większy, można spędzać tu całe dnie, czytając etykiety, zapoznając się z rocznikami i szczepami. Jeśli ktoś jest koneserem wina, koniecznie powinien tu przyjechać. I robi tak wielu Europejczyków, którzy wprost mówią, że jest tu zdecydowanie taniej, a poza tym wszystko jest dużo prostsze, łatwiejsze.

Z Angeliką udaliśmy się tu do urzędu pocztowego, by nadać paczkę. Przez przypadek zabraliśmy klucz do naszego pokoju, w którym mieszkaliśmy na rancho Enrique. Nadanie paczki wyglądało tak: przemiły pan kazał napisać na kartce papieru adres, gdzie paczka ma trafić, na drugiej kartce poprosił, by Angelika napisała swój adres zamieszkania. Potem na zapleczu urzędu znalazł kartonik, który wsadził do foliowego worka. Następnie jedną kartkę, przy pomocy bezbarwnej taśmy, doczepił z jednej strony, a drugą z drugiej. I poszło!

Na koniec świata: księżycowe pejzaże Antofagasty

Z Cafayate ruszyliśmy do Antofagasta de la Sierra. Od lat stosuję zasadę, że pytam Angeliki, dokąd pojedziemy, z dwudniowym wyprzedzeniem. Nie to, żebym się nie interesował, po prostu lubię być zaskakiwany, lubię nie wiedzieć wcześniej, co nam zaplanowała. Wsiadłem rano do samochodu i kiedy Google Maps pokazało mi, że mam do przejechania 400 kilometrów po górach, zamarłem. Dwa razy spytałem, czy aby na pewno wbiła właściwe miejsce. Ruszyliśmy. Na początku było sympatycznie – po jednej i drugiej stronie winnice. Potem robiło się coraz bardziej surowo.

Kiedy do pokonania pozostało ostatnie 200 kilometrów, temperatura na zewnątrz pokazywała 12 stopni Celsjusza. Startowaliśmy, gdy w Cafayate było ponad 30. Pomyślałem sobie, że jak tak dalej pójdzie, to ponownie przyjdzie nam wdziewać zimowe kurtki i czapki. Najgorsze, że nasz terenowy Ford Ranger żarł nam paliwo w zastraszającym tempie. Kiedy powiedziałem o tym Angelice, odrzekła, że właśnie miała mi powiedzieć, że na 4 tysiącach metrów spalanie jest zupełnie inne, większe. Dobrze, że zatankowałem, bo kolejna stacja była za jakieś 150 kilometrów.

Kiedy temperatura osiągnęła najniższy poziom, nagle zaraz potem błyskawicznie zaczęła rosnąć. W ciągu zaledwie 20 kilometrów urosła do 23 stopni. Zgłupiałem po raz kolejny, za długo jednak nie skupiałem się na tym, bo widoki, jakie pojawiły się przed nami, zwaliły nas z nóg. Gdyby kiedykolwiek mieli nagrać kolejną część „Mad Maxa”, to tylko tu. Księżycowy, marsjański krajobraz robił niesamowite wrażenie. Każde wzgórze miało inną barwę, inny kształt, pustynia raz była kamienista, raz piaszczysta, raz solna, a raz porastały ją kępy seledynowej trawy. I to wszystko przy huraganowym wietrze, ostrym słońcu, temperaturze ponad 20 stopni. Że też takie miejsca są na świecie?

Co jakiś czas mijaliśmy na drodze pojazdy jadące z naprzeciwka. Najczęściej były to konwoje złożone z trzech, czterech ciężarówek, prowadzone przez pilota w terenowym samochodzie. Tak odbywają się tu transporty, na wszelki wypadek, gdyby coś się stało. Nie ma tu ani zasięgu, ani radia, nie ma niczego. A jednak są miejsca, w których ludzie mieszkają, tak jak w Antofagasta de la Sierra. Niewielka mieścina, położona wysoko, nieopodal granicy z Chile. Nawet turyści tu rzadko przyjeżdżają, bo daleko, bo surowo, zawsze wieje. Przyroda jednak rekompensuje te niedogodności, trzeba jednak mieć samochód z napędem na cztery koła.

Campo de Piedra Pómez to jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc na świecie, jakie widziałem. Na ponad 70 kilometrach kwadratowych wybuch wulkanu sprzed 10 tysięcy lat rozsiał białą, pumeksową lawę, która następnie zastygła, tworząc przepiękny biały labirynt, gdzie wysokość skał sięga nawet kilkunastu metrów. To głównie dla tego miejsca ludzie ruszają w daleką podróż do Antofagasty, podziwiając księżycowy krajobraz, raz po raz wzbogacony widokiem niewielkich barwnych lagun, obleganych przez lamy, flamingi, owce. My tu po raz pierwszy w życiu zajrzeliśmy do wnętrza krateru jednego z kilkunastu wulkanów. Od samego krateru bardziej w zdumienie wprawiło mnie gigantyczne pole zastygłej czarnej lawy. Rozmiary pola dawały wyobrażenie, co tu musiało zajść przed tysiącami lat. Być może kiedyś wulkany ponownie się przebudzą.

Mariusz Leszczyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/11/2025 19:00

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Halina - niezalogowany 2025-11-15 19:55:55

    A ja wam proponuję posłuchać piosenki : Don't cry for me Argentina, w wykonaniu Madonny . Ziemia czerwona,ubogo zyją ale obszar kraju ogromny prawie 3000 000 m2 dlatego tak duże pustkowia. Kto lubi takie ksieżycowe krajobrazy to może się zachwycać.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Zdzisiu - niezalogowany 2025-11-15 21:01:44

    Halinko ja Cię nie poznaje.Takie piękne widoki,konie,piasek.A Ty proponujesz obcojęzyczną piosenkę na balkonie!!! To nie ma odniesienia do Naszych realiów.Ta piosenka to by pasowała do kandydatki na burmistrza Złotowa!!!Z balkonu,przy mikrofonie....Achhhh te marzenia!!!Ja podziwiam odwagę,chęci i ciekawość podróżników.Dlatego dedykuję Wszystkim :"Świat Jest Chojny" w wykonaniu żenskiej wersji mojego imienia!!!Pani Zdzisława dla Wszystkich Polskich Podróżników!!!Halinko- nie bądź zazdrosna.Podziwiaj.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Złotowianin - niezalogowany 2025-11-15 21:07:00

    A jak tam traktor ze Spółdzielni Mieszkaniowej? Dalej wozi ziemię z prywatnej posesji?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.