Uwielbiam historię, interesuję się nią właściwie od dziecka, w szczególności historią naszego regionu
– wyjaśnia Paweł*, poszukiwacz śladów z przeszłości z okolic Złotowa.
W teren chodziłem już jako młodzieniec, jeszcze bez elektroniki i innych gadżetów, wypatrując „skarbów” na świeżo zaoranych polach. Pierwszy detektor kupiłem niedawno, kiedy stały się już raczej ogólnodostępne. Lubię tę adrenalinę i niewiadomą, co przyniesie los. To także fajny sposób na spędzanie wolnego czasu na świeżym powietrzu. Wokół tylko przyroda, ćwierkanie ptaków, przerywane co jakiś czas intrygującym szmerem w słuchawkach...
Reklama
* Imię i niektóre detale zostały zmienione, aby zachować prywatność i anonimowość mojego rozmówcy
Jeśli jesteś geodetą, wykrywacz służy ci do szukania dużych metalowych przedmiotów, rur i studzienek kanalizacyjnych czy przewodów. Jeśli nie jesteś geodetą, to znaczy, że jest to twoje hobby, a hobbystom i kolekcjonerom detektory pomagają znaleźć wiele ciekawych miejsc i przedmiotów. Wykrywacze dzielą się na dwie grupy. Detektor dynamiczny to taki, którym trzeba poruszać, aby wzbudzić cewkę do „widzenia”przedmiotów, w statyku sygnał otrzymujemy nawet przy nieruchomej cewce. Mój wykrywacz to budżetowy, tani sprzęt za ok. 1000 zł, już z tych, które faktycznie coś wykrywają. Detektor możesz kupić taniej, nawet za 100 zł, ale to się do niczego nie nadaje. Dobry sprzęt musi mieć identyfikację obiektów metalowych, bo nie zależy mi na tym, żeby kopać za każdym sygnałem, których, wbrew pozorom, jest wszędzie pełno
Reklama
– wyjaśnia detektorysta.
Chodzi o to, żeby zawężać spektrum wykrywacza do interesujących nas metali. Jeśli chcesz, wyłączasz żelazo i nie zbierasz już stert złomu, tylko metale kolorowe. Droższe egzemplarze pozwalają na dyskryminację szerszej palety metali. Nie chcesz aluminium – proszę bardzo, nie chcesz stali – nie ma sprawy, chcesz szukać tylko srebra i złota – nic trudnego. Wystarczy trochę więcej zapłacić
– wyjaśnia amator popularnych „wykopków”.
Detektor i łopata, niczego więcej nie trzeba. No, może słuchawki, butelka wody i dobre buty też się przydadzą. A to np. jest pinpointer
Reklama
– mój rozmówca prezentuje mały przenośny wykrywacz do precyzyjnego wyszukiwania metali.
Ma zasięg tylko kilku centymetrów i pomaga w szybszym przeszukiwaniu wydobytej ziemi. I już, można ruszać do akcji
– podsumowuje. Pytanie tylko, gdzie?
Kluczem do sukcesu jest szczęście lub... wiedza historyczna. Do odszukania ciekawych miejsc służą stare mapy interesujących nas okolic. W ten sposób można wstępnie określić prawdopodobieństwo, że w danym miejscu jest szansa na natknięcie się na ciekawe pamiątki. Następnie trzeba udać się w teren i zobaczyć, jak to miejsce właściwie wygląda, czy np. nie stoi tam osiedle domków jednorodzinnych
Reklama
– podkreśla mój rozmówca. Aby poszukiwać legalnie w pierwszej kolejności potrzebne jest pisemne pozwolenie właściciela gruntu, które następnie, razem z wnioskiem i opłatą skarbową, wysyła się do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Jeśli okaże się, że w danym miejscu znajduje się wytyczone stanowisko archeologiczne, z poszukiwań nici. Ci nieliczni, którzy dysponują zezwoleniem WKZ–u, w praktyce nie mają wielkiego wyboru. Jeśli chcą robić to legalnie, korzystają z przydziału działek, którymi dysponuje dany WKZ, o ile ten wyda pozytywną opinię. Żeby móc legalnie pojawić się „na polu” poszukiwacz informuje konserwatora, że wybiera się tam w danym dniu. Nawet jeśli pasjonat zostanie zaskoczony przez zaniepokojonych strażników prawa, wszystko da się wyjaśnić jednym telefonem. Po zakończeniu okresu ważności zezwolenia detektorysta zobowiązywany jest do złożenia szczegółowego raportu ze swoich poszukiwań, podkreślając każdy znaleziony przedmiot wespół z koordynatami geograficznymi. Następnie konserwator ocenia, czy coś nadaje się do muzeum. Nagrodą za te formalności jest... satysfakcja. Co poza puszkami, podkowami i starymi gwoździami udaje się znaleźć?
Po ostatnim wypadzie mam jeszcze pół reklamówki śmieci, drutów, kapsli i innych „pamiątek z Polmosu”. Jak masz szczęście, możesz znaleźć wszystko. Wiadomo, że złotego pociągu i bursztynowej komnaty nie znajdziesz, ale przedmioty naszych dziadków czy pradziadków trafiają się bardzo często. Przeważają drobne monety, różne ozdoby, czasem biżuteria, to co i dzisiaj zdarza nam się gubić
Reklama
– wyjaśnia Paweł.
Podejrzanych sygnałów zazwyczaj się nie kopie. Chyba, że ktoś specjalnie szuka wybuchowych „skarbów” i jest z wykształcenia saperem. Jeśli przy kopaniu okazuje się, że trafiliśmy na pocisk czy minę, powinniśmy czym prędzej zabezpieczyć i odgrodzić to miejsce, a następnie, nawet anonimowo, powiadomić odpowiednie służby. W praktyce, w związku z niedoskonałością prawa, wielu z domorosłych „kopaczy” nie powiadamia nikogo o takim potencjalnym niebezpieczeństwie. Zasypuje dziurę i idzie dalej.
Reklama
Ostatnia nowelizacja pochodzącej z 1962 roku ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami nie przyniosła żadnych znaczących rozwiązań poza zaostrzeniem kar.
To totalna paranoja
– konstatuje Paweł.
Wychodzi na to, że jesteśmy obecnie największą grupą przestępczą w Polsce, bo szacuje się, że jest nas ok. 200 tysięcy. Jak w każdym środowisku, wśród nas też nie brakuje czarnych owiec. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą to robić nie z pasji, a z czystej chęci zysku. Stanowiska archeologiczne grabi się niestety na potęgę. Nie twierdzę jednak, że prawo jest złe, jest tylko mało precyzyjne. Do jednego wora wrzuca się wszystko i wszystkich. Brakuje podstaw, jak choćby rzetelnej definicji prawnej zabytku
Reklama
– podkreśla poszukiwacz. W tym właśnie problem. Artykuł 109c ww. ustawy mówi: „Kto bez pozwolenia albo wbrew warunkom pozwolenia poszukuje ukrytych lub porzuconych zabytków, w tym przy użyciu wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.” Według tej samej ustawy zabytkiem jest: „(...) rzecz ruchoma (np. dzieło sztuki użytkowej, obraz, rzeźba, znalezisko archeologiczne – np. artefakt), ich części lub zespoły rzeczy, które są dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowią świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, a których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na swoją wartość artystyczną, naukową lub historyczną.” Czy 5–złotówka z 1988 roku jest więc zabytkiem?
Tego ustawa nie wie. Nie brakuje przypadków, że poszukiwacz miał sprawę w sądzie, bo policja znalazła w jego kieszeni śmieć – zwitek drutu, ale także potencjalny zabytek
Reklama
– reasumuje mój rozmówca, wskazując na fakt, że w chwili obecnej o tym, co faktycznie jest zabytkiem, post factum decyduje sąd.
Detektoryści na spotkania z policją mają przygotowane odpowiednie formułki: „Szukałem meteorytu, żona zgubiła pierścionek”. Jednak policjanci dobrze je znają, mają nawet stosowne rozporządzenie w tej sprawie.
Ktoś, kto to prawo ustanawiał, chciał dobrze, ale wyszło jak zwykle. Wszystko dlatego, że nie konsultuje się najważniejszych spraw z zainteresowanymi stronami, tylko przyklepuje się to po swojemu i stawia ludzi przed faktem. Są w Polsce duże grupy detektorystów, odpowiednie stowarzyszenia, ale nikt z nimi nie rozmawia. Dochodzi do sytuacji, że 31 grudnia zasypiasz jako hobbysta, a 1 stycznia budzisz się jako przestępca. Pokazanie się z detektorem to właściwie zaproszenie do rewizji
Reklama
– ubolewa amator spacerów z wykrywaczem. Na to, że to zły pomysł nie brakuje przykładów nawet z bliskiego podwórka. W 2016 roku pilska policja znalazła w mieszkaniu podejrzanego „prawdziwy skarb”. Nie posiadał zezwoleń, policjantom powiedział, że robi to hobbystycznie. Został zatrzymany, a jego mieszkanie przeszukano. Mężczyzna posiadał medaliki, krzyżyki i stare guziki, w zbiorze nie zabrakło też monet – najstarsze z czasów Jana Kazimierza, najnowsze to obiegowe monety PRL. Łącznie kilkaset sztuk.
To krecia robota mediów
Reklama
– komentuje sprawę Paweł.
Osoba postronna widziała w tym skarb, a ja ci pokażę, co on tam faktycznie miał [prezentuje znaleziska z ostatniego wypadu]. Te cztery monety to są „prusaki” [fenigi pruskie], badziewie, którego w ziemi leży bez liku. Są też miedziane szelągi naszego króla Jana Kazimierza, tzw. boratynki, bite w Rzeczypospolitej w latach 1659–1668 przez ówczesnego zarządcę mennicy krakowskiej, Tytusa Liwiusza Boratiniego, w ilości 3,5 miliardów. Gdyby to zanieść do muzeum parsknęli by śmiechem, to praktycznie nie ma żadnej wartości. Mamy jeszcze PRL–owski grosz z aluminium z 1949 roku i takie to są najczęściej „skarby”
– wyjaśnia poszukiwacz.
Nigdy nie znalazłem czegoś, co miałoby jakąś wartość materialną. Jedyna satysfakcja to jest znalezienie tego. Uważam, że z zezwoleniem czy bez niego powinniśmy mieć prawo do dzielenia się naszymi znaleziskami, a nie chomikować je w piwnicach. W końcu to nasze wspólne dziedzictwo.
Co „cichociemni” robią ze zgromadzonymi precjozami? Czekają na zmianę prawa, wkładając urobek do szuflad.
Podobnych pasjonatów w okolicach znam może z 10, każdy boi się nalotu. Było mnóstwo przypadków, w których nawet do ludzi współpracujących legalnie z konserwatorem i sumiennie rozliczających się z każdego feniga pewnego pięknego dnia o 6 rano wpadali policjanci i robili przeszukanie. Oni już z założenia traktują nas jak potencjalnych złodziei. Prawo powinno działać odwrotnie, z całą surowością karząc prawdziwych grabieżców, a nie prewencyjnie uprzykrzając życie garstce pasjonatów. Mile widziane byłoby uproszczenie procedur, dzięki temu nasz wysiłek nie szedłby na marne, a skorzystaliby na tym wszyscy, włącznie z prawdziwymi archeologami
– mówi Paweł, podkreślając, że w innych krajach europejskich dało się problem jakoś rozwiązać.
Polska ma jedno z bardziej restrykcyjnych praw w tym zakresie. W Czechach do eksploracji wystarczy zgoda właściciela pola, podobnie jest w Anglii, z tą różnicą, że w ich prawodawstwie udało się precyzyjnie określić definicję zabytku. Jest nim po prostu coś, co ma ponad 300 lat i posiada w swoim składzie kruszce [srebro, złoto, platyna] lub jest przedmiotem antycznym. Tamtejsze prawo mówi: możesz do woli szukać sobie skarbów, ale jeśli znajdziesz zabytek, zanosisz go do konserwatora. Rzeczoznawca oceni, czy znalezisko nosi znamiona zabytku, a jeśli tak, to muzeum ma prawo pierwokupu od ciebie po cenie rynkowej. Jeśli nie, „skarb” wraca w twoje ręce. Kruczek jest taki, że dzielisz się fifty–fifty z właścicielem działki, na której go znalazłeś. Można? Można!
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pisiory wszystko zakazują! Niedługo na orke traktorem trzeba będzie mieć pozwolenie.
Masakra niech zabrania wszystkiego poje..
Nie pisiory, tylko (prawie) wszyscy którzy zasiadali wtedy w sejmie , sprawdź jak wyglądało głosowanie zanim zaczniesz pisać bzdury :P
Pisiory wszystko zakazują! Niedługo na orke traktorem trzeba będzie mieć pozwolenie.
Masakra niech zabrania wszystkiego poje..
Nie pisiory, tylko (prawie) wszyscy którzy zasiadali wtedy w sejmie , sprawdź jak wyglądało głosowanie zanim zaczniesz pisać bzdury :P