„Opluty pomnik nie przestaje być wielki”
– mawia Tadeusz Gadacz, filozof i religioznawca. To samo z cmentarzem. Żydowski kirkut, muzułmański mizar czy poniemiecki cmentarz ewangelicki zawsze pozostanie miejscem uświęconym. W Lipce miejsce to zostało zniszczone.
„Urodziłam się na Ziemiach Odzyskanych 27 lat po wojnie. Poniemieckie były domy w moim mieście, fotele w pokoju babci, landszaft nad jej stołem, kryształowa karafka. Kurki w naszym sopockim mieszkaniu były oznaczone napisami „kalt” i „warm”. Na dawnym cmentarzu ewangelickim chowaliśmy bliskich wśród nagrobków opisanych szwabachą. Pierwszego niemieckiego słowa w życiu – Fleischermeister (mistrz masarski) – nauczyłam się z płyty nagrobnej właśnie. Jako dziecko martwiłam się, że skoro coś jest poniemieckie, kiedyś może stać się „popolskie”. Podświadomie przejęłam w genach lęk moich przodków osadników, że miejsce, w którym żyję, jest nam dane tylko na chwilę”. Tak w książce „Wojna i pokój” (Warszawa, 2015) pisała Magdalena Grzebałkowska. Co łączy jej dziecięce wspomnienia z przeżyciami lipczan?
Otóż w Lipce przed wojną mieszkały około 2 tysiące ludzi. Polskie nazwiska nosiły tu dwie rodziny. Zaś w 1945 roku polsko brzmiące nazwiska wysypały się hurtem z pociągów zaczynających bieg na wschodnich rubieżach okrojonej Rzeczypospolitej. I rozsiadły się w poniemieckich domach, na szwabskich krzesłach, łokcie podpierając o zbite dla szkopów stoły. Wbiły się w cudze życie niczym mąż z dwudziestoletnim stażem w ślubny garnitur. Może i trochę uwierało, ale dało się wytrzymać. A może to i tak chwilowe?
Przeraża mnie obraz niektórych budynków w Lipce. Ludzie o nie nie dbają, bo, choć od wojny minęło tyle lat, boją się, że wrócą tutaj Niemcy i im je zabiorą
Reklama
– uważa Paweł Tuschik, pasjonat historii, zwłaszcza gminy Lipka. Czy to strach przed utratą zasiedziałego mienia doprowadził do zniszczenia, o którym dziś lipczanie zbiorowo nie pamiętają? „Cmentarze, groby czy pomniki są najbardziej widocznymi symbolami pobytu grupy etnicznej, narodowej lub regionalnej na określonym terytorium – w pracy „Niemieckie cmentarze na Ziemiach Zachodnich jako miejsca niepamięci pisał Andrzej Stachowiak z Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. Ich niszczenie na Ziemiach Odzyskanych było częstą praktyką. Czasem bezmyślną, ale zwykle zaplanowaną. Nazywano ją „ścieraniem pokostu niemczyzny”...
Po 1945 r. przy przyzwoleniu władz państwowych i kościelnych niszczono wszystko, co wykazywało niemieckość tych ziem, również cmentarz żydowski w Złotowie tego doświadczył, bowiem zniszczono to, co Niemcy pozostawili
Reklama
– mówi historyk, profesor Uniwersytetu Zielonogórskiego oraz honorowy obywatel Złotowa Joachim Zdrenka. Likwidacja i dewastacja cmentarzy ewangelickich była przysłowiową kropką nad „i”.
Dla najbardziej obrotnych Polaków to „i” było szansą. Potwierdzoną podpisem Ministra Gospodarki Komunalnej. 20 maja 1954 r. wydał on okólnik dotyczący zamykania i likwidacji cmentarzy wyznaniowych. Na Ziemiach Odzyskanych otworzył on formalną możliwość zamykania i w konsekwencji likwidacji opuszczonych i zaniedbanych ewangelickich nekropolii, które nie pasowały do tworzonego przez propagandę PRL–u obrazu odwiecznie polskiego charakteru tych ziem. Budziły też, z powodu świeżych ran wojennych, negatywne emocje wobec tych widocznych śladów niemieckiej obecności. Co robili ci przedsiębiorczy, tłumaczy konserwator zabytków Roman Chwaliszewski:
Gdy robiono karty cmentarzy, także w rejonie złotowskim, to znajdowano pisma np. kamieniarza z centralnej Polski, który pisał na wydartej z zeszytu kartce: „proszę o zgodę na pozyskanie kamienia nagrobnego z cmentarza w miejscowości X”. Odpowiedź brzmiała: „Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej wyraża zgodę. Proszę po pozyskaniu złożyć materiał w jednym miejscu celem obliczenia kubatury.” Za dwa miesiące facet znowu pisał prośbę o zgodę na pozyskanie w tym samym miejscu lub w innej miejscowości. Kamienia nie było w sprzedaży, więc jedynym miejscem pozyskania go, lepszym niż kamieniołom, były cmentarze. Zeszlifowali jedną stronę lub odwracali na drugą, trochę zeszlifowali i już.
Trudno wydobyć coś z człowieka, który nie chce pamiętać. Wiesław Myśliwski pisał, że człowiek pamięć ma na krótsze życie*. Takie też mam wrażenie po rozmowie z kilkudziesięcioma osobami z Lipki. Z pracownikami geesu i eskaeru. Ich byłymi szefami i osobami wysoko postawionymi w gminnej hierarchii. Nikt nie wie, kto i kiedy rozebrał cmentarz zlokalizowany przy ulicy Szkolnej, naprzeciwko podstawówki im. Jana Pawła II. A przecież był tam na pewno. Za ich życia. I za ich dni zniknął. Miał aureolę ze zdobionego metalu i dach z koron drzew, które nadal tu rosną.
Za czasów mojego dzieciństwa chłopcy bawili się w tamtejszych grobowcach
– wspomina Janina Włodarczak, szefowa koła emerytów w Lipce. To samo wspomnienie z szuflad pamięci wyciąga Jan Malczak. Gdy chodził do szkoły w latach 60–tych, starsi uczniowie biegali tam popalać papierosy. Mówi o niskich metalowych płotach otaczających niemal każdą kwaterę, zwykłych mogiłach i solidnych grobowcach z poodsuwanymi płytami.
Ja do nich nie wchodziłem, bo się bałem
– wyznaje. Najpierw z opuszczonej nekropolii znikać zaczęły płoty, po trochu. Później nagrobki. W jakim celu je zabierano? Kto wynosił kamienie mające na wieki przypominać o leżących pod nimi ludziach? Dlaczego? Dlatego, że to nie był „nasz” cmentarz?
Jedni mówili, że to był cmentarz ewangelicki, inni że żydowski
– na pytanie o to miejsce odpowiada Zygmunt Gierszewski, który w latach 1977 – 1988 był przewodniczącym Gminnej Rady Narodowej w Lipce. Daty ani okoliczności likwidacji cmentarza nie pamięta. Wie jednak, że były one usuwane „ustawowo”.
W tym czasie było chyba pięć czy sześć nagrobków, nie figurowało to jako cmentarz
– mówi o początku lat 70–tych. On sam na teren gminy trafił w roku 1974. Data „rozebrania” nekropolii to wielka niewiadoma. Wiele wskazuje na to, że doszło do tego w drugiej połowie lat 60–tych bądź pierwszej lat 70–tych. Dokładnego roku nie udaje nam się ustalić.
Nie ulega natomiast wątpliwości, że było to miejsce pochówku ewangelików. Iwona Żerebiło z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Poznaniu, delegatura w Pile sięga po kartę ewidencyjną z 1989 roku. Wynika z niej, że cmentarz przy wjeździe do Lipki założony został w połowie XIX wieku i był miejscem wiecznego spoczynku ewangelików. Potwierdzają to lipkowskie księgi z lat 1938 – 1942 zgromadzone w Urzędzie Stanu Cywilnego w Złotowie. Spisane zostały po niemiecku i są mało czytelne, ale na jednej z nich kierownik Barbara Narloch odczytuje wyznanie – ewangelickie.

Wystarczyło trochę poszperać przy drodze do nadleśnictwa, by potwierdzić słowa lipczan o utwardzaniu traktu płytami z cmentarza
To tyle z oficjalnych zapisów. Ani w Urzędzie Gminy Lipka, ani w Muzeum Ziemi Złotowskiej nie natrafiamy na żaden dokument traktujący o ewangelickim cmentarzu w dawnej Linde. Nawet Gmina Ewangelicko–Augsburska w Pile nie potrafi nam pomóc. Jakby dawni mieszkańcy tych ziem wyparowali. Jakby w proch obróciły się nie tylko ich kości, ale też granitowe i marmurowe płyty. I nikt nic nie wie na pewno. Miejscowi zdają się mówić, że tylko na chwilę spuścili z oka historię...
Tropy poewangelickiego cmentarza są tak niewyraźne, jak ślady stóp liźnięte przez falę. Do czasu. Mieszkaniec osiedla Szkolna, które sąsiaduje ze wzgórkiem po cmentarzu, mówi o płytach leżących przy drodze do nadleśnictwa. Jeździć nią mogą co prawda tylko pojazdy leśników, ale on przejeżdżał tamtędy rowerem. Nawet świeciło mu się tam coś jakby granit. Sprawdzam. Kijem odgarniam mech z prostokątnych bloków spinających gruntową drogę. Spod ziemi i zarośli wyłaniają się kamienne tafle. Część zdobią ornamenty. Z niektórych sterczą kikuty prętów mocujących. Znajduję ich kilkanaście, niektóre duże i ciężkie, nie jestem w stanie sam ich obrócić, by sprawdzić, czyje życie wzięto w nawias dat po drugiej stronie.
Gdy dopytuję kolejne osoby okazuje się, że tajemnicą poliszynela jest, że kamień z cmentarza użyty został do utwardzenia tej drogi. Więcej. Jego część posłużyła do utwardzenia alejek w szkole. Między głównym wejściem a salą gimnastyczną.
Chodziłem po tych płytach, głównie to były boczne krawężniki, napisami w dół
– potwierdza Z. Gierszewski, jeden z nielicznych, którzy chcą pomóc w odkopaniu historii. Jego słowa przypominają mi wywiad z Markiem Bednarkiem, który przeprowadziłem w ubiegłym roku. Na pytanie o zdobycie pieniędzy na sprzęt sportowy wuefista odpowiedział:
Było tak: wokół boiska wkopane były kwarcowe krawężniki, co było bardzo niebezpieczne. Zadzwoniłem więc do trzech kamieniarzy, którzy je kupili. A ponieważ to był mój pomysł, to dyrekcja pozwoliła mi te pieniądze wydać na sprzęt sportowy. Kupiliśmy komplet strojów, ze dwadzieścia piłek itd.
Czy to te same płyty, o których mówi Z. Gierszewski? Te z położonej niegdyś naprzeciwko nekropolii? Prawie na pewno. O wycieczkach na drugą stronę ulicy po materiał budowlany opowiada inny nauczyciel miejscowej podstawówki.
Janina Włodarczak zaś dodaje: „z tych głazów z cmentarza zrobili lodowisko”. Oni, tamci, ktoś. Nikt jednak nie wie, kto. Czesław Podgajny, były szef eskaeru mówi, że było zlecenie, jechały brygady i tyle. Choć właściwie to on skończył pracę w Lipce w 1979 roku i niewiele z tego pamięta. Ale cmentarza to już wtedy nie było. To na pewno, bo w 1978 roku na jego miejscu postawiono Izbę Harcerską. Pokój instruktorski, magazyn i dużą salę do zbiórek nazwano harcówką (mieszkańcy Lipki mówią tak nadal, choć dziś mieszka tam osoba prywatna).
Naczelnikiem był wtedy Redzimski i on dostał zezwolenie, że na tym terenie można zbudować harcówkę. Zgłaszano to do Piły, do wydziału do spraw wyznań
– wspomina druh Z. Gierszewski. Pamięta, że w planach była też wycinka drzew zacieniających to miejsce, ale „na zebraniu ludzie się nie zgodzili”. Ktoś nawet nazwał wówczas ten park „parkiem sztywnych”. Tu rodzi się pytanie, czy naprawdę nikt wówczas nie zastanawiał się, co stało się z kośćmi tych „sztywnych”? Rozebrać cmentarz to jedno, ale biegać po ludzkich szczątkach?
Niby chrześcijanie, a jednak ich stosunek do zmarłych…
– załamuje głos Irena Redzimska, emerytowana nauczycielka historii. To ona, będąc radną Rady Gminy Lipka (w latach 1998 – 2002), wnioskowała o upamiętnienie miejsca pochówku ewangelików.
Nikt nie był zainteresowany, bo to koszty. Ludzie to lekceważyli, bo to Niemcy
– wraca do tamtych dni.

Śladami starych cmentarzy w 2015 i 2016 roku podążali członkowie koła historycznego porzy Gminnej Bibliotece w Lipce
Wracali też potomkowie rzeźników, rolników i nauczycieli spoczywających w lipkowskiej ziemi Niemców. Szukali grobów swoich bliskich. Pani Janina widziała z okna, jak spacerowali po górce usypanej z ziemi wybranej z wykopu pod blok nr 3 na osiedlu szkolnym. Pewnie zastanawiali się, co z boku parku robi ta mini skocznia narciarska (to dorośli usypali tam dzieciom górkę do jazdy na sankach). I zachodzili w głowy, dlaczego miejscowi i grają w piłkę na tej uświęconej ziemi (szkoła przez jakiś czas miała tam boisko, zrezygnowała z niego, bo piłka często uciekała, a i tak przechodzenie przez ulicę było niebezpieczne). Pewnie chcieliby znaleźć jakiś ślad po przodkach. Bo podobno „dopiero martwych ludzi mamy na własność, zredukowanych do jakiegoś obrazka czy kilku zdań***.
Jest taki ślad. Jest ich sporo, rozsianych wzdłuż drogi do nadleśnictwa niczym ziarna wstydu. Po ich obejrzeniu czuję się obitym tymi płytami niczym pieczęciami, od środka. Najwyraźniejszy stempel przybija mi Jacek Włodarczyk. Ma on wygląd czarnej marmurowej tablicy z ciemnymi literami wykutymi na jaśniejszym tle. Napis głosi:
Hier ruht in Gott
mein lieber Mann,
unser guter Vater
Fritz Krüger
17.3.1870 – 21.5. 1923
Christus ist mein Leben, und Sterben ist mein Gewinn. Phil.1.21.
Jest to cytat z pieśni religijnej „Christus, der ist mein Leben”. Pieśń to Kantata nr 95, skomponowana przez Jana Sebastiana Bacha w 1723 r. Jej słowa polska Biblia Tysiąclecia tłumaczy jako: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk”.
Płytę z taką inskrypcją znalazł właśnie pan Jacek podczas prac przygotowawczych pod położenie polbruku. Leżała napisem do dołu, odezwała się, gdy trafi na nią młotem udarowym.
Kopiąc w innym miejscu, gdy chciałem zasadzić kwiatki, trafiłem na resztki innych nagrobków. Jakieś wzory były, ale chyba bez nazwisk. Część leży zakopana, także ich nie ruszam
– mężczyzna zamieszkuje, jak sam mówi, starą, poniemiecką chałupę przy ulicy Harcerskiej w Lipce. Z tego co ustalił, kiedyś istniała tam firma „betonwaren”.
Nie wiem, czy zajmowała się kamieniarstwem nagrobkowym, ale pełno u mnie resztek na podwórku
– twierdzi miłośnik historii. Dodaje, że w lesie tuż przed Lipką znaleźć można omszone prostokąty i kwadraty. Pewnie płyty nagrobne.
Same słowa J. Włodarczyka są wystarczającym powodem, by podążyć tym śladem. Okazją, by przywrócić pamięć o cmentarzu ewangelickim w Lipce. Tak dzieje się w wielu miejscach w kraju. W 2000 roku w Mirkowie pod Wrocławiem w zakładzie kamieniarskim znaleziono ponad 200 tablic nagrobnych. Pochodziły z Cmentarza Osobowickiego. Wykorzystywano je od lat do tworzenia nowych nagrobków lub innych detali kamieniarskich (posadzki, schody itd.) Władze miasta wykupiły i wykorzystały do budowy Pomnika Wspólnej Pamięci. W granitowy monument wkomponowano kilkanaście zachowanych płyt nagrobnych. Obiekt dedykowany jest cmentarzom katolickim, ewangelickim, komunalnym i żydowskim. Na płycie wymieniono wszystkie nieistniejące cmentarze Wrocławia. Wejścia na ten teren strzeże napis: Cmentarz można zburzyć – pamięci nie sposób.
W wielu miejscach trzeba ją najpierw odbudować. Jak to robić pokazała choćby Elżbieta Czarnotta. Była nauczycielka z Czernic w 2014 roku doprowadziła do ustawienia tablicy pamiątkowej na zapomnianym cmentarzu ewangelickim we wsi. Wcześniej z Krystyną Van Dessel i Anną Szlum oraz rodzinami uprzątnęły teren.
Zrobiłam to pewnie przez moją wrażliwość i wychowanie w szacunku do zmarłych i miejsc ich pochówku. A może też dlatego, że przez lata szukaliśmy z tatą grobu mojego dziadka?
– odpowiada na pytanie, dlaczego?
Starymi, ewangelickimi nekropoliami interesuje się też Grzegorz Bąbiński, urzędnik w złotowskim magistracie. Obfotografował wszystkie tego typu nekropolie w gminie Krajenka, opisuje je i przygotowuje publikację na ich temat. Czyli można.
W Lipce także, co deklaruje wójt Przemysław Kurdzieko.
Chcemy ufundować tablicę pamiątkową, by był ślad po tym cmentarzu. Ma być to tablica z marmuru posadowiona na kamieniu
– zapowiada.
A J. Włodarczyk podpowiada:
Płyta Krügera stoi u mnie, kto przyjdzie, to sobie ogląda. Jeśli będzie wola stworzenia np. lapidarium na wzór tego na Górze Żydowskiej w Złotowie, to mogę ją oddać.
Kto weźmie na siebie ten ciężar?
* Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”
** Tytuł zaczerpnąłem od Piotra Eichlera z „Czasu Chojnic” z artykułu opublikowanego w 2001 roku
*** Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wg mnie ciekawy temat
Dzień dobry. Wie Pan jakie pytanie często słyszę, czy też raczej słyszymy jako dziennikarze? Brzmi ono: "Nie macie o czym pisać"? Moim zdaniem temat tego cmentarza jest interesujący i ważny, dlatego go podjąłem. Oczywiście może Pan mieć inne zdanie, w końcu nasze artykuły i portal jako taki mają być okazją i polem do dyskusji. Swoją drogą, jeśli ma Pan pomysł na ciekawszy, ważniejszy artykuł, to jestem do dyspozycji. Pozdrawiam
"Kompletnie niezrozumiała potrzeba pisania" - dotyczy wyłącznie ciebie. Zastanów się lepiej po co ten twój komentarz. Skoro nie rozumiesz to nie czytaj i tym bardziej nie komentuj.
Jak nie rozumiesz to nie czytaj :)
Co to wogóle ma znaczyć? Czemu ma ten artykuł służyć? Co masz waść panie na myśli opisując takie bzdurne relacje z d**py wzięte? Kompletnie niezrozumiała potrzeba pisania o dupie maryni. Po takim dziennikarzu oczekiwałbym czegoś lepszego!
Potrzebny tekst. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego cmentarze ewangelickie nazywa się „poewangelickimi”, a żydowskie pozostają żydowskimi.
Bardzo dobrze pamiętam ten cmentarz. Chodziłam tam w latach 1965-70. Nagrobki piekne, otoczone misternie wykutymi płotkami. Najwięcej było granitu i marmuru. W Lipce przed wojną mieszkało dużo majętnych ludzi. Pamiętam też grobki małych dzieci. Napisy były po niemiecku, zdarzały się zdjęcia. Drzewa wielkie , tworzyły koronę nad cmentarzem. To prawda, że bawiły się tam dzieci „w domki”. W maju co roku przyjeżdżali Niemcy i odwiedzali groby. Towarzyszyła im Polska milicja. Potem, kiedy cmentarz zrównano z ziemią także przyjeżdżali i robili zdjęcia. Nie dziwi, że przyjeżdżali na groby swoich bliskich. Z górki zjeżdżało się na sankach. Nie chce mi się wierzyć, że nie ma żadnych zdjęć. Na pewno ktoś z Lupki ma takowe na jakimś strychu. Szkoda, że nie ma śladu po tym cmentarzu.
Dobrze, że ten artykuł, po latach, jest nadal dostępny. Dziękuję. Rok 1945 oddziela brutalnie dwie epoki na tych ziemiach. Wiele miejscowości od wtedy już się nie podźwignęło. Pobliskie Debrzno, czy Mały Buczek są tego przykładem. Lipka ma się lepiej, ale konfrontując stan dzisiejszy ze starymi pocztówkami (dwie są dostępne na stronie Urzędu Gminy Lipka w dziale "Historia Gminy"), to na naszych oczach rozpada się część jej dawnej świetności. Dworzec kolejowy - obraz nędzy i rozpaczy, a cegły zabytkowych zabudowań Winiarni właśnie układane są w stosy, do powtórnego wykorzystania...
Wg mnie ciekawy temat
Dzień dobry. Wie Pan jakie pytanie często słyszę, czy też raczej słyszymy jako dziennikarze? Brzmi ono: "Nie macie o czym pisać"? Moim zdaniem temat tego cmentarza jest interesujący i ważny, dlatego go podjąłem. Oczywiście może Pan mieć inne zdanie, w końcu nasze artykuły i portal jako taki mają być okazją i polem do dyskusji. Swoją drogą, jeśli ma Pan pomysł na ciekawszy, ważniejszy artykuł, to jestem do dyspozycji. Pozdrawiam
"Kompletnie niezrozumiała potrzeba pisania" - dotyczy wyłącznie ciebie. Zastanów się lepiej po co ten twój komentarz. Skoro nie rozumiesz to nie czytaj i tym bardziej nie komentuj.