Reklama

Każdy sobie rzepkę skrobie - Marian Kuś opowiada o doli i niedoli sołtysa

12/02/2018 12:00
Sołtys na zagrodzie równy wojewodzie? To już nieaktualne. – Dziś to coraz częściej kłopot, ludzie się nie angażują – mówi Marian Kuś z Batorówka

Dlaczego ponownie został Pan sołtysem?

Zostałem nim po raz pierwszy gdy z funkcji tej zrezygnował poprzedni wieloletni sołtys. Teraz znowu chciałem się sprawdzić i realizować.   

Nie wszystkim podobał się Pana styl działania i ostry język, którym Pan operuje.

Dokładnie. Nigdy nie owijam w bawełnę, zawsze mówię to, co mam do powiedzenia. Nie lubię ludzi obgadywać, nie znoszę gadania za plecami.
Co do wyborów, to nigdy nie są one jednoznaczne, zawsze może trafić się osoba, której nie podoba się mój styl działania. Chyba, że mówimy o naszym obecnym wójcie, który miał ostatnio bardzo duże poparcie.

W 1990 roku został Pan radnym gminy Lipka. To był czas, kiedy samorządy działały nieco po omacku, bez jednoznacznych przepisów prawnych.

Byłem w komitecie wyborczym Wojciecha Kurdzieko, kiedy z pierwszej, szesnastoosobowej rady, wybierany był pierwszy wójt. Swoje kandydatury zgłosili właśnie pan Wojciech, Stanisław Szlaga i Zdzisław Zych, były pierwszy sekretarz. Wybrany został Kurdzieko, choć nie w pierwszym głosowaniu i niewielką przewagą głosów. Zwłaszcza, że sam na siebie nie głosował, a miał taką możliwość. Przewodniczącym rady został Mirosław Makuch, inżynier leśnik, mocno obiektywny człowiek.

Reklama

Jak wyglądał kontakt radnych z mieszkańcami?

Telefonów nie było, dopiero później  mieszkańcy sami sobie kopali linię pod telefonizację. Wcześniej trzeba było iść aż do Batorowa lub do sołtysa Batorówka, aby wykonać telefon. Indianie ponoć porozumiewali się na odległość więc i my jakoś sobie radziliśmy...
Pamiętam jak dziś, że do startu w wyborach ze swojego komitetu namawiał mnie Wojciech Kurdzieko, który do Batorówka przyjechał na... komarku.

Radym gminy był Pan jedną kadencję. Nie spodobała się Panu ta rola?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 91% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. To był trudny czas. Gdy pracownicy budowali wodociąg z Batorowa, to szli przez całą naszą wioskę, ale nikogo od razu nie podłączali. Ludzie wezwali mnie na zebranie, bo na pewno to do mnie, radnego tę wodę ciągną, a ich omijają.
A ja wtedy wodę z Lipki ciągnikiem z beczką 2000 l woziłem. Wpuszczałem ją do studni, część w ziemię wsiąkała, ale nie było innego wyjścia. Hydroforem tę wodę pompowaliśmy do domu oraz chlewni. Takie to były przywileje radnego. Nie startowałem w kolejnych wyborach i do dzisiaj ta funkcja mnie nie pociąga.

Reklama

Sołtysowanie to co innego? Tę funkcję pełni Pan kolejną kadencję.

Chodzę na sesję, analizuję to, co się tam dzieje i powiem, że z bocznej ławki inaczej to wygląda. Przejrzyściej i taka rola mi odpowiada.
Co prawda jeszcze raz startowałem do rady gminy, ale przegrałem. Trudno, nie mam do nikogo pretensji.

Czego potrzeba mieszkańcom Batorówka?

Integracji, bo ludzie są zamknięci. Każdy sobie rzepkę skrobie. Na zebranie przychodzi do dziesięciu osób. Chciałbym, aby mieszkańcy bardziej angażowali się w życie sołectwa, ponieważ wspólnie można więcej. Ostatnio, gdy roznosiłem nakazy płatnicze, jeden z mieszkańców był straszne oburzony, bo mu rada gminy podatek podniosła. Powiedział: „Ty jesteś taki sam jak ta reszta, bo tak samo chodzisz na sesję”. A co ja jestem temu winny?

Reklama

Pan ma pod górkę także z tego względu, że jest prezesem spółki wodnej, a przy obecnym stanie wód i zalanych polach rolnicy są źli i na kimś muszą się wyładować.

Jako prezes Spółki Wodnej zobowiązany jestem do pomocy w usuwania awarii i bieżącej konserwacji urządzeń melioracyjnych. Czasem zdarzają się nieprzyjemne telefony, ale jest to zrozumiałe w obecnie panującej sytuacji wysokiego poziomu wód gruntowych. Zgłoszeń jest zdecydowanie więcej niż w latach ubiegłych.  

Poza byciem sołtysem i prezesem wyróżnia się Pan miłością do przeszukiwania cudzych podwórek

Ludzie wiedzą, że jak wchodzę do nich, to będę się za czymś rozglądać. Od wielu lat zbieram to, co zostało po naszych rodzicach i dziadkach. Pociąga mnie wszystko, co stare. Bakcyla połknąłem w 1993 roku w Niemczech. U mężczyzny, który kiedyś szukał na naszym terenie maszyn rolniczych. Mój tata sprzedał mu wówczas garściówkę. To maszyna, która kosiła zboże i zgarniała, a potem trzeba było to wiązać. Sam jeszcze pracowałem przy takiej maszynie.

Reklama

Do Niemiec pojechał Pan na zaproszenie owego mężczyzny?

Tak,  był on młynarzem i posiadał własny młyn. Podczas pobytu w Niemczech jeździłem z nim po rolnikach sprzedając paszę. Zauważyłem wówczas, że tamtejsi mieszkańcy bardzo szanują dorobek życia swoich ojców i dziadków. Sprzęt przechowywali w stodołach oraz zadaszonych miejscach. Było tam nawet stowarzyszenie, które zajmowało się konserwacją tych maszyn oraz organizacją pokazów np. żniw.

Czyli pasję zawdzięcza Pan kontaktom z Niemcami?

To się zaczęło dużo wcześniej. W szkole, a dokładniej w piątej klasie. Podczas wymiany okien w rodzinnym domu znalazłem 1 pfenniga i zacząłem zbierać stare monety. Nie było wówczas takich możliwości zdobycia ich jak dzisiaj, tyle co z kolegami się wymienialiśmy. A w szkole średniej byłem na straconej pozycji, bo mój nauczyciel historii kochał stare monety i podwyższał za nie kolegom oceny. Mocnym był kolekcjonerem.

Reklama

Co zamierza Pan zrobić ze swoimi zbiorami? Są w nich zarówno maszyny rolnicze, jak i sprzęty domowe, ozdoby, meble.

Wie pan, kiedy do rolnictwa weszły powszechnie ciągniki, stare maszyny ludzie wyrzucali na złom albo gdzieś za stodołę. A to są rzeczy, których dziś już nikt nie produkuje. Kupuję je czasem na złomie. Mój ostatni nabytek to silnik spalinowy jednotłokowy do napędzania młocarni. Na chodzie! Poprzedni właściciel trzymał go w garażu, a samochód na zewnątrz.
A co z nimi wszystkimi zrobię? Chciałbym je gdzieś wystawić. Rozmawiałem z Markiem Romańcem z Lokalnej Grupy Działania „Krajna Złotowska” o jakimś miejscu na te eksponaty. Może się uda.

Pańską perełką jest…

Pług obracany, jednoskibowy, konny, z lat 30. XX wieku. Dla wszystkich jest to wielkie zaskoczenie. Zresztą zdarza się, że młodzi ludzie, którzy tu przychodzą pytają co to jest i do czego służyło.

Reklama

Wróćmy do samorządu. Został niespełna rok tej kadencji, a w Panu nie widać zapału do bycia sołtysem.

Jeśli odejdę to z podniesionym czołem, bo zrobiłem to, co mogłem. Proszę spojrzeć na plac rekreacyjny, na wyremontowaną salę wiejską. Mam nadzieję, ze dobrze wspólnie z radą sołecką i mieszkańcami wykorzystywaliśmy co roku fundusz sołecki.

Trudno być sołtysem w tak małej miejscowości?

Nie jest to łatwe.

Sołtys na zagrodzie nie jest już równy wojewodzie?

Już nie. Sołtys był władzą chyba jeszcze w „Chłopach” Reymonta. Inni sołtysi też mówią, że pełnienie tej funkcji to coraz częściej poświęcenie. Jak mówi przysłowie ,,Ilu ludzi tyle charakterów’’.

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama