Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Idąc do jednostki w 1998 roku niewiele wiedzieliśmy o GROM-ie. To były takie marzenia rodem z filmów o komandosach z II wojny światowej albo z książek o bohaterach Legii Cudzoziemskiej. W tamtym czasie nie było dzisiejszej wiedzy, jednostka była na tyle tajna, że nikt z nas nie wiedział, co tak naprawdę będzie tam robił.
Zgadza się, to jest tak jak w życiu albo w biznesie, w którym nie można powiedzieć, że doszło się już do jakiegoś punktu bez odwrotu, no chyba że odchodzi się już z tego definitywnie. Cały pobyt w Firmie to ciągły rozwój, doszkalanie.
Reklama
To jest pytanie, które można zadać także sportowcom. Ile lat ma piłkarz, kiedy kończy swoją karierę?
Tak. Tu jest dokładnie tak samo. Ja porównuję, że bycie szturmowcem w takiej jednostce specjalnej, to jest bycie takim wyczynowym sportowcem. Biega się, skacze, uprawia wszelkie możliwe dyscypliny sportowe. Jeśli chcesz robić tę robotę dobrze, musisz być ponadprzeciętnie sprawny. Jednemu zdrowie pozwala na to dłużej, innemu krócej, ale przychodzi w końcu ten moment, że pojawiają się młodsi, szybsi i zdrowsi.
Reklama
Mamy takie powiedzenie: śmiały zwycięża. A kiedy się jest śmiałym? Kiedy ma się doświadczenie życiowe. Można wtedy czerpać z tych wszystkich szufladek. Żołnierz sił specjalnych musi być cwanym człowiekiem, musi sobie radzić. Bycie „specjalsem” to często upraszczanie sobie skostniałych regulaminów albo wychodzenie poza ich marginesy. Idąc do jednostki specjalnej nie sądziłem, że przyjdzie mi kiedyś spawać hummery. Będąc w Iraku czy Afganistanie, kiedy dostaliśmy amerykański sprzęt musieliśmy go dostosować do naszych potrzeb. Kumpel był blacharzem samochodowym, a ja ślusarzem, pozostali dołożyli wiedzę zdobytą w innych dziedzinach i wspólnymi siłami zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy.
Historia pokazała, że nie definitywnie. Kurs rozpoczęło o 20 osób za dużo, po prostu logistyka się przeliczyła. Nie da się szkolić na drewnianych karabinach. Tych, którzy przyszli najpóźniej, rzecz oczywista z „bólem serca” usunięto, by wzmocnić ochronę jednostki. I to akurat jest zgodne z prawdą.
Reklama
Jego głównym celem jest zrobić dobrze swoją robotę, nie pytając przełożonych, jak ją zrobić. Chyba Bill Gates powiedział kiedyś, że nie po to zatrudnia pracowników, żeby im mówić, co mają robić. Nie po to używa się jednostek specjalnych, żeby tłumaczyć im, jak mają przeprowadzać operacje.
[[pay]]
Początki naszej jednostki to próby utajniania naszej działalności. Nie chcieliśmy, żeby o nas pisano, mówiono. Z czasem, obserwując, jak ewoluuje rzeczywistość, doszliśmy do wniosku, że nie ma to sensu. Tym bardziej, że mamy się czym pochwalić. Wystarczy popatrzeć dziś dookoła na tym fajnym pikniku w Lipce. Dlaczego młodzi ludzie mają chodzić w amerykańskich mundurach i z amerykańskimi emblematami, jeśli mogą korzystać z pięknej polskiej historii, z dumą nosząc odznakę GROM-u czy jak najbardziej chwalebną odznakę Polski Walczącej? Stwierdziliśmy, że ludziom na całym świecie, bawiącym się i grającym postacią z jednostki specjalnej z Polski, dobrze pokazać przy okazji kawałek historii – znak Polski Walczącej został tam mocno wyeksponowany. Myślę, że to był krok w dobrą stronę.
Reklama

Były GROM-owiec Naval był gościem pierwszych Manewrów Proobronnych w Lipce
To dla mnie bardzo prosta sprawa. Patriotyzm to nie są wielkie czyny, wyrywanie sobie żył i obowiązkowe przelewanie krwi za ojczyznę. Patrzmy, aby było czysto koło nas, aby był to patriotyzm bardzo personalny. Jak mam pieska, to zbieram po nim kupkę, bo to moja ojczyzna i chciałbym, żeby chodniki były w niej czyste; segreguję śmieci, jeżdżę zgodnie z przepisami ruchu drogowego i jestem miły dla sąsiadów, współobywateli – zacznijmy na patriotyzm patrzeć z tej strony i będzie nam dużo łatwiej żyć w naszym własnym kraju. Mówienie, że jak ktoś nas zaatakuje to ja wtedy poświecę swoje życie, to coś zupełnie innego. Historia pokazuje, że tyle tych żyć zostało już straconych, że chyba lepiej żebyśmy wszyscy żyli w kraju, w którym panuje pokój.
Reklama
Przyświeca raczej ludziom, którzy przeżyli wojnę. Miałem szczęście rozmawiać z powstańcami warszawskimi czy z cichociemnymi i z każdego z nich biła wielka pokora i umiłowanie pokoju. Oni mówią, że przebaczyli już dawno Niemcom czy Rosjanom, a musieli np. po wojnie odsiedzieć za kratkami tzw. „kwadransik”, czyli 15 lat, jak mówiła o tym choćby Kama. Oni chcą, żebyśmy żyli w wolnym kraju, uśmiechnięci, a nie zacietrzewieni na wszystkich dookoła. To ich przykazanie zsumowane z moimi własnymi doświadczeniami wojennymi sprawiają, że można by powiedzieć, że mi blisko do buddyzmu i umiłowania pokoju, mimo tego, że jestem żołnierzem.
Lepiej kopać z kimś przez kilkanaście godzin wielką dziurę niż przez sześć godzin siedzieć z kimś za biurkiem. Są rzeczy, które wiążą ludzi na całe życie, jeśli się z kimś nudzisz, to i przez 10 lat nic z tego nie będzie. Myśmy nigdy się nie nudzili. Poza tym nie da się polegać na kimś, z kim jesteś skonfliktowany, nie da się w ten sposób walczyć jeden za drugiego. GROM jest tak prowadzony, że twoim dobrym kumplem jest dowódca jednostki, a z logistykiem idziesz na piwo.
Reklama
To pytanie proszę zadać Adamowi Małyszowi, który zakończył swoją karierę sportową w takim, a nie innym momencie. Sam odszedłem z jednostki, wydawało mi się, że zrobiłem już wszystko, co należało. Przyszedł po prostu czas, kiedy organizm powiedział: Ej, Naval, zwolnij trochę. Brałem udział w większości działań GROM-u w tamtym czasie, czuję się spełniony i kibicuje młodszym kolegom, życząc im, aby swoje bojowe kariery zakończyli na treningach.
Moim zdaniem to ma sens. Szkolmy się, dokształcajmy się… Już średniowieczni rycerze mówili: Panie Boże, daj dziesięć lat wojny, ale ani jednego dnia bitwy. Żołnierz jest ostatnią osobą, która chce, żeby była wojna. Wojna nie jest romantyczna, tam nie ma miłości, nie ma pięknych zwycięstw, są za to polegli koledzy, których trzeba zostawić albo rany, z którymi się wraca. To widziałem, więc ja nie chcę wojny.
Reklama
Jak jedziesz samochodem bierzesz pod uwagę, że coś może być nie tak? Każdego weekendu na polskich drogach ginie 30 osób. Górnik zjeżdżający pod ziemię też nie myśli o tym, że może zginąć. Głowa by się zagotowała, gdybym co rano budził się i myślał, że zginę w drodze do pracy. Potrzebny jest pewien margines, a my jesteśmy już dojrzali, poważni faceci, więc jakoś sobie z tym radzimy.
Z początku ludzie z PAH nie byli przekonani do tej współpracy – my to żołnierze, im bliżej do pacyfistów. Przy bliższym poznaniu okazało się, że nasze doświadczenia są bardzo podobne, oni też wyjeżdżają w strefy konfliktów, a od kogo lepiej uczyć się przetrwania w terenie działań wojennych jak nie od żołnierzy? Podpowiadaliśmy im np. jak zabezpieczyć ich konwoje humanitarne w takich krajach jak Somalia czy Sudan Południowy.
Reklama
W szkole książki niekoniecznie czytało się od okładki do okładki. Na mój pierwszy wyjazd na wody Zatoki Perskiej zabrałem ze sobą mnóstwo książek i ten Sergiusz już tak ze mną pozostał. Zachłysnąłem się wtedy historią tego awanturnika, żołnierza, przemytnika i szpiega, bo S. Piasecki opisywał swoje własne doświadczenia. Pomyślałem w końcu, że sam mógłbym czegoś takiego spróbować. W końcu trochę się działo w trakcie mojej kariery w GROM-ie.
Skończyłoby się takim niedosytem, gdybym nie pociągnął tematu po zakończeniu książki „Ostatnich gryzą psy”. „Zatoka” to pierwszy nasz wyjazd na tereny Bliskiego Wschodu, jeszcze przed działaniami w Iraku. To czasy rezolucji „Żywność za ropę”, nałożonej przez ONZ na Irak. Blokowaliśmy więc irackie porty przed przemytnikami, a Irak przed wysyłaniem ropy w świat. Wiąże się to z konkretnymi działaniami bojowymi, bo zrobiłem tam kilkadziesiąt abordaży na różnego rodzaju statki i okręty.
Reklama
Zadziałało to w drugą stronę. Na Bałtyku dostaliśmy kawał lekcji na zimnych wodach, z dużo cięższym i gorszym sprzętem, za cel obierając dużo większe okręty. W Zatoce Perskiej było gorąco, mieliśmy mniejsze obiekty do zdobywania i lepszy sprzęt. Zazwyczaj jesteśmy lepiej przygotowani niż jest to potrzebne w rzeczywistości. Tak łatwiej się zwycięża.
Pisząc pierwszą książkę nie myślałem, że pójdzie to w tę stronę, ale wchodząc w ten świat nie da się pozostać osobą anonimową. Dziś mamy internet, branżową prasę i z czasem, chcąc nie chcąc, musiałem się przyzwyczaić, że pan konduktor w autobusie mnie poznaje i zamiast biletu chce, żebym mu książkę podpisał. Dziś już dobrze się z tym czuję, przyjeżdżam do ludzi, którzy patriotyzm pielęgnują m.in. rekonstruując polskie jednostki wojskowe. Idzie za tym nauka dla młodzieży, która zamiast siedzieć w domu przed komputerem może dowiedzieć się czegoś o swojej historii, dotknąć jej i zastanowić się nad własnym patriotyzmem. Takie rzeczy nas jednoczą w lokalnym wymiarze, a jak pokazał niedawny kataklizm obok was, takie więzi zawsze mogą się przydać, aby pomóc swoim sąsiadom w potrzebie. Pojawianie się na takich imprezach daje mi naprawdę sporą satysfakcję.
Reklama
Rozmawiał Leszek Chełmowski
Fot: L. Chełmowski, K. Potapowicz[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze