Reklama

Nie leczę za karę, czyli życie lekarza w Zakrzewie

19/01/2018 18:00
Osiadła tu na chwilę, która trwa 35 lat. Pacjentów lubi konkretnych, a lecząc ich ładuje baterie. Choć nieraz przez Zakrzewo płakała. Rozmowa z Małgorzatą Paluszak-Jutrzenką

Dlaczego Pani leczy?

Może to mało wiarygodne, ale będąc zupełnie małym dzieckiem założyłam sobie, że będę lekarzem. Wspierał mnie w tym ojciec. Chciał być lekarzem, ale został nauczycielem fizyki oraz pełnił funkcję dyrektora szkoły. Gdy w liceum myślałam o polonistyce, to ojciec nie bardzo się z tym zgadzał. Jednak w III klasie stwierdziłam, że nie będę  wymyślać – całe życie mówiłam, że będę leczyć, to będę. Studiowałam sześć lat, było całkiem fajnie.

Fajnie? Podobno to mordęga.

Są to trudne studia, ale nie byłam tam za karę. Pytałam sama siebie czasem, po co mi to, ale przetrwałam, w międzyczasie wyszłam za mąż i jeszcze będąc na studiach urodziłam pierwszą córkę.

Reklama

Medycyna to Pani miłość?

Czasami rzuciłabym to wszystko, ale z drugiej strony gdybym mogła wybierać jeszcze raz życiową drogę, to wybrałabym tą samą. Leczenie sprawia mi przyjemność. Maturzystom, którzy przychodzą do mnie na końcowy bilans mówię, że mają wybrać coś takiego, by budząc się rano nie mieli poczucia, że muszą iść do pracy za karę. Trochę moich pacjentów ukończyło lub obecnie studiuje medycynę, może jakąś cegiełkę do ich wyboru dołożyłam.

Co w medycynie jest takiego pasjonującego?

To, że jest nieprzewidywalna. Nawet jeśli wydaje nam się, że dana choroba ma określone źródło czy przebieg, to może być inaczej. Ona wciąż zaskakuje. Poza tym lubię pracować z ludźmi, chociaż nie jest to łatwe. Jestem gadułą, więc rozmowa z pacjentem sprawia mi przyjemność. Ważne jest też to, że ten zawód pozytywnie mnie ładuje na życie w ogóle.

Reklama

Ma Pani poczucie, że robi coś ważnego?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 87% tekstu[[pay]]

Chyba każdy lekarz ma, a przynajmniej powinien mieć, takie poczucie. Balansujemy na linie, zdarza nam się mieć ludzkie życie w swoich rękach, jesteśmy czasem jak saper, który nie może się pomylić. Przyjmując pacjenta nie tylko go słucham, ale też uważnie się przyglądam. Bardzo dużo informacji mam z takiego właśnie patrzenia.

Dziś lekarz nie ma czasu na rozmowę, na kontakt z pacjentem, bo papiery już czekają na wypełnienie...

Na to narzekają pacjenci po wizycie w gabinecie lekarskim, gdzie lekarz jest wpatrzony tylko w ekran komputera, a nie skupia się na rozmowie z nimi. A wie pan, że czasem pacjenci wcale nie potrzebują porady lekarskiej? Przychodzą, bo chcą kontaktu z drugim człowiekiem. Mój pacjent ma mnie tylko dla siebie. Czasem siedzimy nic nie mówiąc – po prostu jesteśmy. W dzisiejszym szybkim życiu mało mamy czasu dla siebie. Czasem budzimy się i żałujemy straconego czasu, gdy np. ktoś od nas odchodzi.

Reklama

Pani właśnie miała taką sytuację – neuroinfekcję u sześcioletniej wnuczki mieszkającej w Anglii rozpoznała Pani przez skype’a.

Gdy na nią spojrzałam, to pomyślałam o neuroinfekcji. Trochę nieprofesjonalnie się zachowałam, bo się rozpłakałam, czym wystraszyłam córkę i zięcia, ale dla całej naszej rodziny to był niesamowity szok.

W Anglii lekiem na wszystko jest paracetamol.

Byliśmy tym bardzo zdziwieni. Także córka, która poleciała do Anglii, a która robi specjalizację z hematologii i onkologii dziecięcej w Poznaniu, była zaskoczona, że przy silnym bólu lekarze podali dziecku paracetamol w syropie. W Poznaniu na oddziale dziecko dostałoby lek dożylny, mocniejszy. Natomiast córce spodobała się tamtejsza bezstresowość w pracy. Do nakłucia z lekarzem przyszły cztery pielęgniarki! A gdy ona np. pobiera szpik, to asystuje jej jedna siostra.

Reklama

Jest Pani poznanianką, dlaczego więc nie została Pani w stolicy Wielkopolski?

My tutaj przyszliśmy na chwilę. Mąż jest Kaszubem, nikogo tutaj nie znaliśmy, to miał być okres przejściowy, czas oczekiwania na mieszkanie w Poznaniu.

Rozumiem, że w Zakrzewie zatrzymało Państwa mieszkanie w ośrodku zdrowia.

To był rok 1982, kiedy to z pracą nie było problemów, ale z własnym kątem już tak. Mąż podjął pracę w szkole, ja w szpitalu w Złotowie. Tam poznałam doktor Nowicką, która ukierunkowała mnie w pediatrii, dużo jej zawdzięczam. Podobnie jak doktor Cisek, trochę szalonej, ale wspaniałej.
W końcu lat 80–tych kupiliśmy działkę tutaj, przy ulicy Sportowej, mieliśmy już cztery córki i tak się zasiedzieliśmy. Na Sportową wprowadziliśmy się w 1995 roku.

Reklama

Pracowała Pani wówczas i w szpitalu, i w przychodni w Zakrzewie. Czasem po trzydzieści godzin z rzędu.

Pamiętam miesiąc, w którym miałam czternaście dyżurów. Pracowałam np. od 8:00 do 15:00 następnego dnia, ale gdy ktoś się rozchorował, to z łapanki wsadzano mnie do karetki i musiałam jechać do wezwania.

A dziś rezydenci protestują, bo za długo pracują…

Rozumiem ich, bo oni wychowani zostali w innych, bardziej cieplarnianych warunkach. Ale mają też świadomość, że trzeba walczyć o swoje prawa. Pamiętam zdarzenie w Lipce. Kobieta rodzi w rowie, blisko PKP. I ma ze sobą dwulatka. Ją zabieramy, a co z dzieckiem? Wzięłam go, za co trochę mi się od dyrektora Teusza dostało, ale gdzie go miałam zostawić? Ten chłopiec był na oddziale chirurgicznym, gdzie bawił się z innymi dziećmi, a my dobę szukaliśmy jego rodziny. To pokazuje, że może nam było wtedy łatwiej niż dzisiejszym młodym lekarzom.

Reklama

Nie byliście tak ściśnięci gorsetem przepisów.

Dzisiaj lekarze rezydenci są ograniczeni procedurami, niemożliwością podjęcia samodzielnej decyzji i strachem. Strachem przed pacjentami, bo ludzie są teraz zdecydowanie trudniejsi i roszczeniowi, z wiedzą pochodzącą z internetu i telewizji.

Jak Pani godziła pracę z wychowaniem dzieci? W tym gorącym czasie lat 80–tych miała Pani cztery córki.

Przy dzieciach pomagała nam niania, ale dom spoczywał na barkach męża. Myślę, że jeśli się chce, to wszystko można. Był czas, gdy starsze córki pomagały przy młodszych, choć niechętnie. Namówiłam je np. na dziesięciominutowy spacer wokół ośrodka, ale zaraz wózek stał przed wejściem i koniec pomocy (śmiech).

Reklama

Szybko odnaleźliście się Państwo w Zakrzewie?

Oj nie. Gdy tu się wybudowaliśmy, za oknem były pola, bez dróg. Nieraz pobeczałam się z myślami, kto mnie tutaj popchnął i dlaczego. Na szczęście trafiliśmy na przyjaznych ludzi, choć w Zakrzewie trzeba sobie na akceptację zapracować. Znaleźliśmy tu bliskich znajomych, poza tym mieliśmy zażyłe relacje z lekarzami ze Złotowa, bo trafiliśmy tu po studiach dużą grupą.

Jakich pacjentów Pani lubi?

Najbardziej dzieci. Dlatego, że są naturalne i nie kłamią. Przykład. Wczoraj zapytałam czterolatkę: Róża, coś się dzieje, coś cię boli? Nic. Aha, przyjechałaś, żeby mnie zobaczyć? Nie. Dorosły już by tego nie powiedział. Cenię tę dziecięcą naturalność.
Jeżeli chodzi o dorosłych pacjentów, to też lubię tych, którzy mówią wprost, z czym przychodzą lub co chcą załatwić. Ludziom czasem się wydaje, że lekarza na coś naciągnęli, ale prawda jest taka, że my czasami machamy na coś ręką. Ze zmęczenia na przykład.

Reklama

W Zakrzewie pewnie już o tym wiedzą.

Leczę kolejne pokolenie miejscowych – oni znają mnie, a ja ich. Wiemy, czego się po sobie spodziewać. Wiedzą, że najlepiej powiedzieć prawdę, która nie zawsze jest przyjemna, bo ktoś np. nie brał zaleconych leków lub zbłądził i prowadził nie najzdrowszy tryb życia.

Zgodzi się Pani, że sporo naszych dolegliwości zaczyna się w głowie?

Dokładnie tak. Wielu ludzie nie radzi sobie z problemami i przerzuca to na dolegliwości fizyczne. Trudno im potem zrozumieć, że wyniki są dobre, a oni wciąż źle się czują. A problem siedzi w głowie.

I to najtrudniejszy, często nie leczony, bo ludzie boją się łatki wariata.

Albo chorego psychicznie. Ja też zdecydowanie wolę grypę, anginę czy zawał, bo je się znacznie łatwiej leczy niż choroby psychiczne. Tłumaczę jednak pacjentom, że to taka sama choroba jak grypa, nie wolno się jej wstydzić, trzeba leczyć. I mówić o tym, bo w ten sposób można pomóc innym oswoić ten temat.

Reklama

Dlaczego postanowiła Pani zostać lekarzem rodzinnym?

Chciałam mieć więcej samodzielności, a okazało się, że byłam (szczególnie przez pierwsze pięć lat) w pracy 24 h/dobę. Niby gabinet był otwarty od 8:00 do 18:00, ale jeśli pacjent przyszedł o 23:00, to byłam zobowiązana go przyjąć. Źle wspominam ten czas spania z dwoma telefonami pod poduszką. Nikogo nie obchodziło, że wyjazd kobiety w nocy w jakieś pola nie jest najlepszym pomysłem. Jeździł więc ze mną mąż.

W 2005 roku lekarze rodzinni zaprotestowali przeciwko takiej organizacji pracy.

Ministra Łapińskiego zszokowało nasze poruszenie i wówczas wprowadzono pomoc doraźną nocną i świąteczną w szpitalach. Podczas protestu nie pracowaliśmy od 2 do 5 stycznia, oficjalnie. Nieoficjalnie przyjmowałam pacjentów, bo nie mogłam odmówić pomocy chorym dzieciom. Wpuszczałam je wejściem prywatnym, a recepty wypisywałam z datą zeszłoroczną.

Reklama

Czuje się Pani związana z Zakrzewem?

Cały czas mówię, że jestem poznanianką i tak już zostanie, choć Zakrzewo lubię. Przyznam się, że kiedyś (jeszcze w latach 80–tych) szukaliśmy innego miejsca do życia, nawet złożyłam wypowiedzenie w szpitalu, które dyrektor Teusz schował do szuflady. I kazał mi to przemyśleć. Zostałam może też dlatego, że w szpitalu w Złotowie o wiele więcej mogłam. Robiłam rzeczy, do których moich kolegów z Poznania nie dopuszczano.

Lekarzem jest Pani 35 lat. Myśli Pani czasem o tym, co będzie robić na emeryturze?

Może pisać bajki? Zdopingowała mnie do tego wnuczka. Ja pisałam, a ona rysowała. I to mi sprawiało przyjemność. Także zaczęłam już pacjentów straszyć, że zmieniam profesję i będę pisać bajki dla dzieci.
Chciałabym też poświęcić więcej czasu na podróże i zabawy z wnukami. Gdy widzę babcie, które spacerują z wnukami, to czasami mnie to złości, bo nie mam na to czasu.

Pewnie jednak z medycyną całkowicie Pani nie zerwie.

Chciałabym pracować, szczególnie z dziećmi. A wie pan, że lekarze emeryci są w cenie? Bo rodzinni, idąc na urlop, muszą załatwić sobie zastępstwo, tak że nudzić się na pewno nie będę.

W zakończonym w grudniu plebiscycie na lekarza rodzinnego była Pani najlepsza w powiecie i piąta w województwie. To Panią dowartościowało?

Już wyczaiłam tych, którzy mnie tam zgłosili (śmiech). Jestem wdzięczna moim pacjentom, bo pokazali, że mnie cenią. Dowartościowało mnie ich zachowanie. W końcu każdy potrzebuje docenienia, szczególnie gdy robi coś długo i stara się robić to dobrze. Czasami mam poczucie, że zbyt mało czasu poświęcałam dzieciom, kosztem pacjentów. Córki jednak wyszły na ludzi, więc tak chyba musiało być.

Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    pot-up - niezalogowany 2018-01-21 12:54:01

    no zdarza się postawić błędną diagnozę jak w każdym fachu.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    to już było - niezalogowany 2018-01-21 11:49:04

    Dobry lekarz?Jaja sobie chyba robicie moje dziecko przez jej leczenie prawie na tamten świat się przeniosło,dzięki szybkiej diagnozie innego lekarza i pobycie w szpitalu żyje.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Agzaki - niezalogowany 2021-04-08 23:18:43

    Guzik tam. Mnie bańkami wyleczyła za dzieciaka i jest dobrze. Ludzie, jest 51 wiek. Bańki są już oficjalną metodą medyczną.

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama