Deserowe Białe i Czerwone, Słodka Pani, Muszkatowe, Vermouth... – to tylko niektóre nazwy win, jakie przez dziesięciolecia produkowane były w Wytwórni Win w Lipce, czyli popularnie zwanej Winiarni. Dzisiaj to miejsce to jedynie wrak, przypominający o tym, że przed laty znajdował się tutaj jeden z najbardziej rozpoznawalnych zakładów w regionie. „Tłoczenie owoców, otrzymanie moszczu – przygotowanie moszczu do fermentacji, fermentacja, dojrzewanie, rozlew wina...” – w zachowanych do dzisiaj notatkach Krystyny Gierszewskiej, która była w Winiarni laborantką, można zasięgnąć wielu informacji ukazujących, czym było to miejsce i jak funkcjonowało. „W żadnym wypadku nie mogą być użyte owoce nadpsute, niedojrzałe itp., gdyż wady te odbiją się niekorzystnie na jakości wina” – to kolejne ze zdań zawartych w tych zachowanych przez lata informacjach. Te kartki, wraz ze zdjęciami, przechowywane są w domowych zbiorach, jednej z nielicznych pamiątek po tym, czym była Winiarnia.
Do dzisiaj mieszka w Lipce nieliczna grupa osób, które zawodowo związane były z tym miejscem, m.in. ostatni dyrektor zakładu z czasów, gdy Winiarnia była jeszcze częścią Państwowego Gospodarstwa Rolnego. Niestety, ze względu na stan zdrowia nie udało nam się porozmawiać z Józefem Ożga. Spotkały się z nami jednak dwa małżeństwa, które zresztą połączyły się poprzez wspólną pracę w Winiarni. To właśnie w tym zakładzie poznali się wspomniana pani Krystyna i jej małżonek Jan, a także Elżbieta i Konrad Szilke. Krystyna Gierszewska pracowała w zakładowym laboratorium, współpracowała ze słynną inżynier Łucją Kaaz, która zawodowe i prywatne życie spędziła w Lipce, pozostawiając za sobą rodzinną Łotwę. Jan Gierszewski był głównym specjalistą do spraw mechanizacji. Elżbieta i Konrad Szilke przepracowali tutaj około czterdzieści lat. Pani Elżbieta zaczynała pracę w przyzakładowym sadzie, później była na produkcji. Pan Konrad... – Pan Konrad robił tutaj właściwie wszystko – wtrąca Krystyna Gierszewska. Wszyscy oni przeszli na emeryturę w latach 90-tych, gdy Winiarnia jeszcze funkcjonowała. Ale były to już ostatnie lata świetności tego miejsca. Przedsiębiorstwa, które w wolnorynkowych realiach upadło.
– Była tam taka syrena, a właściwie gwizdek parowy. Jego dźwięk towarzyszył nam każdego dnia. Bardzo głośny, słychać było go z dużej odległości – wspomina pan Jan. – O 6.30 gwizdało na pobudkę, o 6.50 drugi raz i o 7.00 też, na gotowość do pracy. Później na początek przerwy w południe i jej zakończenie o 13.00, no i na koniec pracy o 16.00 – opowiada Elżbieta Szilke. Podczas godzinnej przerwy był czas, żeby spokojnie zjeść obiad. Kto chciał, spożywał go w domu, ale do dyspozycji była też zakładowa stołówka. Zresztą, czego tutaj nie było? Nawet przyzakładowe przedszkole. W latach największej świetności w tutejszym PGR na stałe pracowało około dwieście osób, w samej Winiarni jakieś trzydzieści. W najbardziej intensywnych okresach wielu kolejnych dojeżdżało. Z całego regionu i nie tylko. – Pamiętam, jak autobusami ze Śląska wozili ludzi na prace sezonowe w polu – potwierdza pani Elżbieta.
Bo Winiarnia miała swoją plantację owoców. Na 85 hektarach sadu rosły głównie porzeczki i jabłka. – W tym regionie sporej wielkości wytwórnia win była też w Wałczu, ale w byłym koszalińskim byliśmy potentatem – mówi Konrad Szilke. – Pamiętam, że z naszymi winami jeździliśmy na różne wystawy i targi, nawet do Poznania Warszawy – wspomina emeryt. – To kilkadziesiąt lat wspaniałej historii. Winiarnia istniała przecież jeszcze przed wojną. Gdy w 1946 przyjechała pani inżynier Łucja Kaaz, ona to wszystko tutaj ponownie rozkręcała. Dopiero gdzieś w latach 60-tych Winiarnia stała się częścią PGR-u – wspomina Jan Gierszewski, marginalnie mówiąc też o latach 90-tych, kiedy zakład należał do skarbu państwa, a jego historia znalazła niechlubny koniec.
Jak było w latach świetności? – W 1971 roku produkowaliśmy ponad pół miliona litrów win rocznie. Z dekady na dekadę ta ilość była zwiększana. Z notatek, jakie posiadam, wynika, że w latach 90-tych planowali produkować tutaj 1,5 mln litrów rocznie. Niestety, nie udało się – mówi Krystyna Gierszewska. Wraca do osoby wspomnianej inżynier Kaaz. – Nie było mądrzejszych od niej. Studia kończyła w Rydze, na rolniczym kierunku, ale miała bardzo szeroką wiedzę – podkreśla. Wystarczy przez chwilę posłuchać, z jak wielką estymą mówią o niej nasi rozmówcy, aby zrozumieć, ile dla nich znaczyła kobieta, która zresztą sędziwej starości dożyła w Lipce. Zmarła kilka lat temu.
– Pamiętam, że jak ze Szczecinka kierowcy przyjeżdżali po towar, to opowiadali, że ludzie pod sklepami od rana czekają tam na wino z Lipki – mówi Jan Gierszewski. – Bywało, że nie nadążaliśmy z produkcją, takie było zapotrzebowanie – przyznaje jego żona. – Wszystko robiliśmy tutaj ręcznie. Nie było automatyzacji, dopiero w schyłkowym okresie pojawiła się pierwsza taśma – dodaje Elżbieta Szilke. – Przez dziesięciolecia to było ręczne mycie, nalewanie, kapslowanie, etykietowanie. Liczyły się doświadczenie i praca ludzkich rąk – podkreśla pan Konrad. – Do dzisiaj widzę w pamięci, jak wyglądała nasza kapslownica – mówi w zamyśleniu pan Jan. Nie było wcale lekko, skoro trzeba było wyprodukować kilka tysięcy litrów win na dobę. Ale było z czego, z towarem nie było większych problemów. – W 80% Winiarnia zaopatrywała się z własnego sadu – Krystyna Gierszewska mówi o ziemiach wokół Lipki, które mają dzisiaj prywatnych właścicieli.
Ze względu na obecność dużych ilości alkoholu, można powiedzieć, że w sumie była to niebezpieczna praca – na to stwierdzenie nasi rozmówcy zgodnie się uśmiechają. Zdarzali się tacy, którzy nie mieli twardej głowy. Jak ktoś lubił alkohol, to i pewnie coś łyknął, ale i Gierszewscy, i Szilkowie zapewniają, że o nagminnym spożywaniu alkoholu nie było mowy. – Pracownicy musieli się pilnować – mówi pani Elżbieta. – Chociaż pamiętam, że jak przyjechali do nas przewodniczący Rady Państwa PRL Aleksander Zawadzki i Minister Obrony Narodowej Marian Spychalski, takich dwóch panów trzeba było „schować”, żeby przypadkiem głupot jakiś nie porobili – wtrąca pan Konrad. – Premier Jaroszewicz też kiedyś przyjechał – podkreśla Elżbieta Szilke.
Nawet jednak jeśli nikogo nie kusiło do nadmiernego spożycia, ktoś przecież musiał smakować gotowy produkt. To właśnie pani Krystyna była jedną z tych osób, które były odpowiedzialne za kontrolę jakości. – Wina sprawdzaliśmy organoleptycznie, ale też poprzez analizy biochemiczne i chemiczne. Jeśli chodzi o smak, robiło się to wyłącznie śladowymi ilościami – wyjaśnia. – O tak, tylko na palec się brało – demonstruje jej małżonek. Oczywiście pracownicy mieli przyznane deputaty: pięć butelek miesięcznie na głowę, co w późniejszych latach zamieniono na pieniądze. – To były bardzo dobre wina – zapytana o walory lipkowskiego alkoholu odpowiada pani Ela. – To był cały proces. Trzy miesiące fermentacji, leżakowanie od roku do półtora, wino nabierało bukietu i barwy – wtóruje pani Krystyna. Cena? – Butelka kosztowała kilkanaście złotych – mówi Elżbieta Szilke, przyznając, że był to niemały wydatek. Dla porównania, dniówka jej męża, gdy zaczynał pracować w Winiarni, wynosiła osiemnaście złotych.
Po dłuższej rozmowie w domu Gierszewskich jedziemy do Winiarni. Państwo Szilke mieszkają kilkadziesiąt metrów od dawnego miejsca pracy, widują je dość często. Państwo Gierszewscy mieszkają kilka kilometrów stąd. Pani Krystyna przyznaje, że od wielu lat tutaj nie była. Widok ruin zapiera jej dech, w oczach pojawiają się łzy. Przez wybite okna widać zawalone stropy i dachy budynków, na biurkach leżą nawet dawne książeczki pracownicze. Widać też przyrządy, na których pracowano w laboratorium. Czas nie oszczędził także pałacyku, w którym mieszkali zarządzający PGR-em. – Dramat – komentują widok. Wszyscy z sentymentem opowiadają o tym, co gdzie kiedyś się znajdowało. Tu laboratorium, tutaj biura, a tam było właśnie przedszkole, stołówka, gabinety lekarski i stomatologiczny... Winiarnia to było małe miasteczko.
Pojawia się mężczyzna na rowerze. – O, Franuś, chodź do nas, będziemy zdjęcie robić do artykułu o Winiarni – zachęcają panie Krystyna i Elżbieta. Mężczyzna zsiada z roweru, o nic nie pyta, zdjęcie gotowe. Też tutaj pracował.
Dalej chodzimy po terenie dawnego zakładu. – W tym miejscu stała figurka Bachusa, rzymskiego boga płodnych sił przyrody oraz wina i winnej latorośli. Jego wizerunek znajdował się też na etykietach naszych win – zwraca uwagę pan Jan.
Obecnie właścicielem tego miejsca jest Agencja Nieruchomości Rolnych. ANR chce je sprzedać, chętnych brak. – Gdyby dyrektor Olszewski dożył tych czasów i to zobaczył, od razu by umarł – mówi zamyślony pan Konrad. – On trzymał tutaj porządek – wtóruje małżonka.
Nikt z czwórki naszych rozmówców nie zatrzymał na pamiątkę choćby jednej sztuki lipkowskiego wina. To byłby dzisiaj prawdziwy rarytas. Może ktoś ma butelkę w swoim domu?
fot. P. Steffen, arch. państwa Gierszewskich
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze