Reklama

PRL - jak cudnie się żyło

06/05/2014 00:00
Kto wówczas żył, ten wie. Kto nie posmakował komuny, może ją poczuć teraz. Dzięki opisom Wiesława Kota

Wiesław Kot odwiedził Miejską Bibliotekę Publiczną w Złotowie w czwartek 24 kwietnia. Autor książki „PRL - jak cudnie się żyło” opowiedział o absurdach życia za komuny. Posłużył się przy tym własnymi przykładami. - Ja do państwa z posługą i żeby dać świadectwo – zaczął publicysta. Oto zapis jego wspomnień:

Hodowanie mięsa

Towarzysz Gomułka lansował tezę, że jak ktoś chce uwzględnić mięso, to powinien je sobie wyhodować sam. No więc się hodowało, co zilustruję przykładem rodziny własnej. Jest rok, powiedzmy, 1965. Mój św. pamięci już tatuś rezultatem heroicznego, ale okresowego powstrzymywania się mógł w szczerym polu wznieść klocek z cegieł. Po paru latach klocek okazał się willą, a pole dzielnicą willową. Ale jak w dzielnicy willowej wyhodować mięso, na co towarzysz Gomułka nalegał? Bardzo prosto. Do budyneczku gospodarskiego (za pozwoleniem podlanym kilkoma hektolitrami) dostawiało się lepiankę dwa na trzy. By przykombinować do niej pasażera, czyli świnkę, rodzicielka udawała się w dzień targowy na zakurzony plac (smród odchodów uderzał o niebiosa) nad kultową rzekę San. Wracała stamtąd szczęśliwa, z warchlakiem na sznurku, którego kopała raz po raz, żeby nadążał (ostatecznie nie byli zaprzyjaźnieni). Miasto Jarosław (podkarpackie) mieści wiele szacownych zabytków jako to rynek na prawie magdeburskim, ratusz, kamienicę Orsettich, szacowną farę (…). I między tymi skarbami architektury podąża moja rodzicielka. Przed nią prosię na sznurku. Wieki patrzą na nią... A może, kto wie, na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek, a przed nią bieży prosiak, a nad nią leci motylek... - kto wie, jakby to poeta oddał, gdyby zdążył na czas.

[[reklama]]

Mama jest troskliwa o niego i jego przyrastające sadło. Karmiony, hołubiony, doglądany… kochany. Niemal członek rodziny. Jak mama chciała mnie i brata przymusić do porannego mycia, to odwoływała się do swojego pupila z chlewika: Nawet Maciuś, jak się ze słomy zwlecze, uszami strzepnie.

I tak płynęły szczęśliwe dni w symbiozie. Tyle że ta historia ma swój szekspirowski finał, bo nieuchronnie zmierza ku tragedii. Bo żywy, czujący, rozkoszny Maciuś był jednak niczym innym jak tylko dojrzewającym mięsem. Czyli Maciuś od pierwszego dnia był do spożycia. Z odroczeniem. Aż nadszedł ten czarny piątek. Zawodowy rzeźnik z jarosławskich zakładów mięsnych zdołał wreszcie ukraść (przeflancować przez portiernię, za wódkę oczywiście) dostateczną ilość jelit zwierzęcych, w które oblekano walory mięsne kolejnych zabijanych zwierzaków. I ów obstalowany zwierzęcy morderca zjawia się w czarne popołudnie, by dokonać wypatroszenia słodkiego Maciusia. (…) Potem Maciuś został spożyty, na raty, przy szczególnych okazjach...
To tylko fragment artykułu Łukasza Opłatka z AL 18/2014, s. 12


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama