Reklama

Trajka do driftu made in Łobżenica

29/04/2015 00:00
Jeśli kiedykolwiek wzdychaliście do telewizora z zachwytu, oglądając amerykańskie produkcje rodem z Orange County Choppers, podobne klimaty (choć w nieco mniejszej skali) możecie odnaleźć w Łobżenicy. Mateusz Marczykowski i Tomasz Szuszkiewicz jako jedni z pierwszych w Polsce rozpoczęli budowę trajki do driftu

Cięcie, gięcie

Inspiracja do tego nieco szalonego projektu pojawiła się pod koniec minionego roku. Wtedy też powstał pierwszy rysunek techniczny sprzętu, który dziś w całej okazałości prezentuje się i „lata bokiem” chociażby po osiedlu Słonecznym. - Trafiłem na filmik w internecie nagrany w Stanach Zjednoczonych, gdzie tego typu custom"owe konstrukcje są bardzo popularne. Trajki zjeżdżały z górki, każdy z ich kierowców pokonywał zakręty driftem. Spodobało mi się to, stwierdziłem jednak, że trzeba będzie tę konstrukcję nieco udoskonalić. U nas takich górek nie ma, dlatego do całości trzeba było dorzucić silnik – mówi Mateusz Marczykowski. To jednak nie był jedyny problem. Najpierw trzeba było wymyślić i zbudować ramę. - Nie mieliśmy żadnych planów, kątów, wymiarów, tylko odręczny rysunek i zdjęcia. Wszystko do finalnego efektu przez prawie dwa miesiące powstawało od zera metodą prób i błędów z kilku metrów rur, które były cięte i spawane w moim warsztacie – dodaje Tomasz Szuszkiewicz. W konstrukcji ramy trójkołowca, którą gięli Witold Olszewski i Piotr Orzeł nie ma żadnych elementów, które służyły wcześniej gdzieś indziej, np. w rowerze i zostały wycięte. Łobżeniccy budowniczy customów sami spawali główkę ramy, przedni widelec i wytaczali tylną oś. Sami też malowali swój pojazd. Wybór koloru był oczywisty: czerwony, czyli najszybszy.

Ogień w szopie

Gdy wózek z rur, przypominający nieco budową gokarta był już gotowy, przyszedł czas na montaż osprzętu. - Silnik pochodzi od zagęszczarki. Odpalany jest z linki. Ma 200 ccm pojemności i moc około 7 koni mechanicznych. To wydaje się niewiele, ale całość jest lekka i da się tym jechać prawie 50 km/h. Nam jednak chodziło nie tyle o prędkość, co moment obrotowy, który będzie wprawiał tylne koła w poślizg już od niskich obrotów, żeby w zakrętach jeździć bokami – mówi Mateusz. Jednostka nie pozostała seryjna. Koni nie przybyło, ale wymianie uległo przeniesienie napędu (zębatki, łańcuch) i sprzęgło. - Efekt jest taki, że wystarczy lekko dołożyć gaz i już można driftować, nawet przy niskiej prędkości. To nie jest trudne, choć wymaga treningu – stwierdza Mateusz. Na dowód wsiada na pojazd, odpala silnik i na prostym odcinku osiedlowej drogi zarzuca tyłem raz w lewą, raz w prawą stronę. Trajka wykonuje te manewry bez wysiłku. Także dzięki temu, że na tylnej osi „siedzą” koła od gokarta. Nie są jednak seryjne. Konstruktorzy dołożyli do nich nakładki z tworzywa sztucznego, które poprawiają poślizg. Nie od razu jednak szło tak dobrze. Podczas pierwszych jazd testowych ucierpiała m.in. przydomowa rynna, zdjęta ze ściany lewym tylnym kołem.

[[reklama]]

Kierownica i przednie koło są rowerowe. Myli się jednak ten, który sądzi, że to wszystko pochodzi z rometowskiego wigry 3. - To customowa kierownica i koło robione na zamówienie. Obecnie sprawdzamy jeszcze, czy nie będą potrzebne grubsze szprychy, czy wystarczy mocniej naciągnąć te, które mamy. Taki urok prototypu, że prace cały czas trwają. Coś zauważamy, coś udoskonalamy, rzeźbimy. Hamulce są natomiast hydrauliczne, od skutera – mówi Tomek. W pojeździe znaleźć można też inne ciekawostki. Siedzenie kierowcy powstało na zamówienie z włókna szklanego. Takiego samego, z którego powstają łodzie. Licznik jest rowerowy, manetka gazu i klamka hamulca motocyklowa, zawieszenia brak – jedzie się jak na taczce. - Parę rzeczy będzie jeszcze dołożonych. Myślimy o lusterkach, oświetleniu – dodaje Mateusz.

Pomysł na biznes?

Choć to na razie produkcja jednostkowa na własne potrzeby, chłopacy już zastanawiają się, czy w Łobżenicy nie stworzyć manufaktury tego typu trajek, gdy pierwszy egzemplarz przejdzie wszystkie testy. - Założyliśmy na facebooku fanpage naszej trajki i pojawiało się sporo pytań: jak takie coś zbudować, gdzie i kiedy można to kupić, ile by to kosztowało – wylicza Mateusz. Pytania płynęły nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. - Zainteresowanie jest na tyle duże, że poważnie bierzemy pod uwagę założenie firmy i małoseryjną produkcję kilkunastu, kilkudziesięciu sztuk rocznie. O cenie jeszcze nawet nie myśleliśmy, ale pewnie będzie ona niższa niż środki, które poszły na nasz pierwszy egzemplarz – dodaje Tomek. Chłopacy nie wykluczają, że jeśli ich pomysł w pełni dojdzie do skutku, to na ramach znajdzie się napis „wyprodukowano w Łobżenicy”. Tym samym miasto, które niegdyś na Krajnie słynęło z rzemiosła, po części ma szansę odbudować dawny prestiż. Nikt bowiem w okolicy nie wytwarza czegoś podobnego, czegoś równie szalonego.



Sz. Chwaliszewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości