Reklama

Wystrzałowa Kasia, czyli historia kobiety z bronią

20/11/2015 18:30
W jej najbliższej rodzinie nigdy nie było myśliwych, był za to bardzo silny kontakt z naturą i za to najbardziej ceni łowiectwo. Katarzyna Kaliska ma cztery sztuki broni, zamiast klasycznej nosi myśliwską biżuterię, należy do trzech kół łowieckich, a w lesie spędza czasem więcej czasu niż w domu - nie tylko by polować

Dziadek

Wczesne lata dziewięćdziesiąte. Ciepłe, wiosenne, niedzielne popołudnie. Kilkuletnia Kasia, wraz z będącymi w podobnym wieku braćmi i kuzynami, kręci się po podwórku gospodarstwa w Bądeczu wokół dziadka. Razem jest ich dziesiątka. Dobrze się bawią. Gdzie senior rodu zabierze ich tym razem? - To on zaszczepił w nas potrzebę bliskiego obcowania z przyrodą. Zabierał całą ekipę na ryby. Z leszczynowych kijków robiło się wędki, a za spławik służył kawałek kory. Tak płynęły godziny. Podobnie gdy jeździliśmy z nim na grzyby, poznając okoliczne lasy. Ponieważ od pokoleń jesteśmy rolnikami, nie mogło się obyć bez objeżdżania pól, żeby zobaczyć, czy wszystko dobrze rośnie - wspomina Katarzyna Kaliska. Choć dorastała, jej priorytety wskazane przez dziadka nie zmieniały się zbyt mocno. Zawsze musiał być czas na to, żeby wyjść z domu i pooddychać świeżym powietrzem. Sprawdzić, co na polu, nad jeziorem, w lesie...[[pay]]

Ile Ty masz lat?

- Jestem uparta. Jak sobie coś wymyślę, staram się z całych sił, bo muszę to zrealizować. Tak było na studiach, gdzie ciągnęłam dwa kierunki dzienne na raz, do tego dwie podyplomówki i jeszcze udzielałam korepetycji. Tak było też z łowiectwem - o początkach swego hobby, w które zaangażowała się w pełni, mówi Kasia.

Reklama

Pierwsze plany, by zostać Dianą, pojawiły się w 2009 roku.

- Wśród najbliższej rodziny nigdy nie było myśliwych. Ja wpadłam na taki pomysł i nikt nie był w stanie wybić mi go z głowy. Dlatego może właśnie nikt z najbliższych nawet nie próbował. Przyglądali się tylko z zaciekawieniem temu wszystkiemu – śmieje się.

By odbyć wymagany przed egzaminem na myśliwego staż udała się do Koła Łowieckiego Hubert w Skórce. - Jak mnie wtedy zobaczył jego ówczesny prezes, Joachim Dolny, rzucił serię pytań: „Ile Ty masz dziecko lat? Na pewno jesteś pełnoletnia? Ty chcesz strzelać? Wiesz, jaki broń ma odrzut?” - jakby wskazując, że moja drobna postura nie wróży nic dobrego jeśli chodzi o łowiectwo i żebym się dobrze zastanowiła, bo nie będzie łatwo – mówi Kasia. W końcu udało się jej namówić prezesa, by przyjął wniosek. Ten jednak zagroził, że taryfy ulgowej dla pań nie ma. - Moim opiekunem stażu został Norbert Konak. To był bardzo fajny czas, który upewnił mnie, że wybrałam dobrze. Ciągły kontakt z przyrodą przywoływał stare czasy – mówi Katarzyna Kaliska.

Reklama

Dzika wypatroszę

Odbyty staż, wiele godzin kursu, wizyty na strzelnicy, zdane egzaminy, zdobyte pozwolenie na broń, złożone ślubowanie - w pierwszym polowaniu jako myśliwy Kasia brała udział w listopadzie 2010 roku. - W zakupie broni pomagał mi kolega, który jest instruktorem strzelectwa oraz sprzedawcą w sklepie. Wiedziałam tylko, że miała być lekka. Obecnie mam cztery jednostki broni: dwa sztucery, kniejówkę i dubeltówkę. Czy podchodzę do nich z sentymentem? Nie sądzę. Imion im nie nadałam – żartuje Kasia. - Przed strzałem nie odczuwam większej adrenaliny, nie podkręca mnie to, że zaraz nacisnę spust. Skupiam się na właściwej ocenie sztuki i celności. Nie oddaję niepewnych strzałów - dodaje. Jak odnalazła się w głównie męskim świecie myśliwych? - Choć coraz rzadziej, to nadal zdarza się, że mężczyźni polującym kobietom przyglądają się z zaciekawieniem, czasem z niechęcią. Ze mną też tak było. Nie zawsze wiedzieli, jak się zachować. Mogę stwierdzić za to, że kobiety w łowiectwie tak jak wszędzie łagodzą obyczaje. Myślę, że wielu kolegów przekonało się do mnie w momencie, gdy zobaczyli że z bronią radzę sobie nie gorzej od nich. Zdarza się, że i na polowaniu zbiorowym jestem lepsza zdobywając np. tytuł króla polowania– mówi Kasia. Panowie chętnie pomagają jej np. przy przetransportowaniu albo patroszeniu zwierzyny. - To nie jest tak, że zawsze dzwonię do nich o pomoc. Na polowaniu indywidualnym staram się radzić sobie sama. Sama potrafię wypatroszyć dzika czy sarnę. Nie odrzuca mnie ten widok. Nie mdleję na widok farby (określenie krwi w gwarze myśliwskiej- przyp. red.) – mówi mieszkająca w Podróżnej Diana, która należy do kół łowieckich w Skórce, Brzostowie i Białośliwiu.

Reklama

W lesie spędza czasem więcej czasu niż w domu (fot. arch. rodzinne K. Kaliskiej)

Wizerunek mordercy

- Mięsiarze, mordercy, bandyci - tak o myśliwych mówią ci, którzy o naszej działalności nie mają pojęcia, najczęściej pseudoekolodzy. Mylą nas z kłusownikami, którzy nie kierują się żadną etyką – mówi Katarzyna Kaliska, która nie raz spotkała się z podobnymi określeniami. - Polowanie to jeden z najmniejszych wycinków tego wszystkiego, czym się zajmujemy. By pociągnąć za spust trzeba wypełnić stos papierów, uzyskać zezwolenie na odstrzał i to jedynie określonych sztuk. Strzelone zwierzę trzeba po wyznaczonej cenie odkupić od koła łowieckiego, jeśli chce się pozyskać z niego mięso. Główne działania to gospodarka łowiecka, dokarmianie zwierząt, odbudowa zagrożonych populacji, redukcja drapieżników czy ochrona pól przed szkodami - dodaje. Sama prowadzi działalność edukacyjną w szkołach, wyjaśniając najmłodszym, jak należy zachowywać się, będąc w lesie, tłumacząc kim naprawdę jest myśliwy i czym się zajmuje. Zachęca ich do zbierania pokarmu dla leśnej zwierzyny. Ponadto aktywnie uczestniczy w spotkaniach Dian z całego kraju, spotykając się z nimi na wspólnych polowaniach czy warsztatach łowieckich.

Reklama

Po polowaniu… na mecz

Od rana do popołudnia Kasia prowadzi księgowość w rodzinnym biznesie. Siedzi za biurkiem, wertuje dokumenty, przegląda faktury, cyfry przesuwają się na ekranie jej komputera. Wysyła i odpowiada na e-maile. - Zajmuję się papierkową robotą w gospodarstwie rolnym. Mamy pola uprawne w siedmiu różnych gminach, do tego sporo sztuk bydła, jest więc czego pilnować - śmieje się. W zależności od warunków atmosferycznych i pory roku, gdy zbliża się popołudnie lub wieczór, najczęściej rusza swą terenówką w łowisko. - Nie ma praktycznie dnia, żebym choć przez chwilę nie była gdzieś w łowisku. Na ambonie wypoczywam najlepiej, mogę w ciszy przemyśleć wiele spraw. Często oprócz broni zabieram aparat fotograficzny – mówi Kasia. Co na to małżonek, który z powodu takiego zamiłowania żony w domu często zostaje sam? - Niespecjalnie za tym przepada, ale udaje mi się go wyciągać na polowanie częściej niż kiedyś. Bo zaraz na początku mówił, że kategorycznie się na to nie zgadza. Później zdarzyło się, że miał mi za złe, że fukałam na niego, gdy hałasował w momencie kiedy siedzieliśmy na ambonie. To skutecznie odstraszało zwierzynę w promieniu kilkudziesięciu metrów. Mamy więc taki układ, że jeśli zabieram go na polowanie, to w zamian oglądam z nim w telewizji mecz, za czym z kolei ja nie przepadam. Równowaga w przyrodzie musi być – śmieje się Kasia.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości