Reklama

Mówili, że to sekta, że ksiądz z ambony wyklnie...

18/11/2016 14:15
Tymczasem koło Przyjaciół Bruno Gröninga w Skórce istnieje. I to już od ponad 10 lat. Nieustannie przewodzi mu Maria Cichoń, była nauczycielka

Drzwi zamykają się. Na jednym końcu stołu my, na drugim pani Maria. Oprócz nas nie ma w domu nikogo. Cisza. Po głowie przebiegają tysiące myśli. Jak wiele osób, które po raz pierwszy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o Bruno Gröningu, podchodzimy do tego bardzo, bardzo sceptycznie.

To normalne

– zapewnia nas pani Maria Cichoń, przewodnicząca koła. Nasza rozmówczyni zdradza, że sama długo nie mogła się do tego przekonać. Efekt zastosowanych przez nią nauk nieżyjącego już uzdrowiciela był jednak natychmiastowy. To sprawiło, że nie poddała się tak od razu.

Reklama

60 lat żyłam bez Bruna. Ostatnie 10 jestem z nim i jest zupełnie inaczej. Lepiej

– mówi.

Pierwsze spotkanie

Był sierpień 2003 roku. U państwa Cichoniów trwał remont. Mąż pani Marii uciekał przed bałaganem na ryby, ona natomiast krzątała się po pokojach, próbowała znaleźć sobie miejsce. Majster wziął się ostro do roboty, aż się kurzyło. Okna były pootwierane na wszystkie strony. Przeciąg niesamowity. Nic więc dziwnego, że panią Marię przewiało.

Weszło mi coś w kark. Ból nie do wytrzymania, a przede mną tyle roboty było

Reklama

– wspomina. W międzyczasie zadzwonił syn.

Zawsze jak do mnie jedzie, pyta, czy jakieś zakupy zrobić. Dodatkowo proszę go o przywiezienie czasopisma, które kupuje synowa „Nieznany świat”. Tym razem był już w drodze i niestety zapomniał je zabrać

– wyjaśnia nasza rozmówczyni. Syn, aby zrehabilitować się przed mamą, zaszedł jednak do kiosku. Jak się okazało, sierpniowych numerów już nie było. Był natomiast lipcowy, a w nim obszerny artykuł na temat Bruno Gröninga. Kupił.

Nic nie dzieje się przez przypadek

Reklama

– zaznacza pani Maria. Tego samego dnia, wieczorem, gdy majster poszedł już do domu, pani Cichoń po raz pierwszy zobaczyła zdjęcie uzdrowiciela.

Jak to przeczytałam, pomyślałam: Coś ty babo, zgłupiała? Postanowiłam jednak sprawdzić, tak mnie bolało. Tym bardziej, że nic na tym nie stracę

– wspomina. Jak nakazywała instrukcja, usiadła wyprostowana, położyła zewnętrzną stroną otwarte dłonie na uda i zaczęła wyrzucać złe myśli. Przynajmniej próbowała... Pół godziny minęło. Choć nie było łatwo – wytrzymała. Od razu po tym wybiegała do kurnika. Kot pani Marii miał bowiem w zwyczaju wyjadać kurczaki. Przez cały czas obawy o zwierzęta nie pozwalały się jej skupić w stu procentach na modlitwie. Gdy już się uspokoiła, po powrocie do domu zauważyła, że ból w karku minął.

Reklama

Mąż, jak wrócił, spojrzał na mnie i mówi: Ty to chyba symulujesz. Jak mnie nie ma, to jak szprycha chodzisz. Jak ci się nie chce pracować to powiedz

– wspomina nasza rozmówczyni. Zadziałało i... zaintrygowało. Pani Maria postanowiła wtedy przyjrzeć się temu bliżej. Nauka trwała dość długo. Pomocą służyli jej doświadczeni ludzie z koła w Łodzi. Dopiero po roku pani Maria była gotowa. Rozwiała wszystkie swoje wątpliwości i zaczęła czerpać korzyści z pozyskanej wiedzy.

Czy to sekta?

Przez długi czas rodzina, a także sąsiedzi sceptycznie podchodzili do opowieści na temat Bruno Gröninga i jego uzdrawiających mocy.

Reklama

„Ksiądz cię z ambony wyklnie”

– mówił śp. pan Cichoń. Działania przewodniczącej koła nie były odbierane z entuzjazmem. Wielu myślało, że to jakiegoś rodzaju sekta. Tymczasem nauki Bruno mają wiele wspólnego z Bogiem. Tym samym, o którym ksiądz mówi w kościele. A nawet więcej – tu chodzi o „Tego” ponad podziałami religijnymi. O wielką, ponad ludzką siłę. Gröning był zresztą bardzo wierzący. Jednym z jego zadań było szerzenie nauk Jezusa Chrystusa. Ponadto uzdrawiał. Miał bowiem niespotykaną moc, jak wierzą jego sympatycy. Nie wyznawcy, tutaj trzeba to zaznaczyć. Bruno zawsze mówił: „Nie modlicie się do mnie, tylko do Boga. Ja jestem tylko pośrednikiem, który zabiera wasze zło”. I tak też robił – głoszą pisma z jego biografii. Opublikowanych, z komentarzem lekarskim, zostało wiele przykładów uzdrowień. My mamy okazję spotkać żywy dowód, którym jest pani Maria.

Reklama

Bruno Gröning zmarł w 1959 roku. Wraz z nim nie umarła jednak „moc”. Szerzeniem jego nauk w latach 50. zajęła się Grete Häusler. Wielka sceptyczka, ateistka. Na spotkanie z uzdrowicielem pojechała za namową niewidomej koleżanki, która potrzebowała jej pomocy w podróży. Życie Grete, po tym spotkaniu, było już zupełnie inne. Ciężkie schorzenia wątroby i zatok odeszły. Lekarze wieszczyli jej śmierć w wieku 35 lat, tymczasem zmarła w 2007 roku, mając 85 lat.

Miałam okazję ją spotkać. To było niesamowite uczucie

Reklama

– mówi pani Cichoń. Kobiety spotkały się na polskim zjeździe stowarzyszenia, które co roku odbywa się w Gdańsku, miejscu urodzenia Bruna.

Jak to działa

Na czym polega fenomen uzdrowiciela? Od czego zacząć? Jak tłumaczy pani Maria, musimy skupić się na tym, co dobre. Osoby praktykujące nauki Bruno starają się zatem odrzucić złe myśli, w tym przede wszystkim te o chorobie. O niej nie wolno myśleć w żadnym wypadku – to zło. Najlepiej modlić się lub, jak kto woli, wyciszać o 9.00 rano lub 21.00. Siadamy lub kładziemy się na plecach. Dłonie muszą być otwarte. Pozycja ta przypomina leżącego noworodka. Najpierw najlepiej przestać myśleć, oczyścić umysł, można też słuchać muzyki. Następnie odmawiamy modlitwę, niekoniecznie tę wyuczoną z katechizmu. To mogą być nasze słowa, które chcemy skierować do Boga. Na koniec, po prostu, prosimy.

Reklama

Nie musimy mówić o co, On już będzie wiedział

– mówi pani Maria. Niby proste, niestety nie jest to łatwe do opanowania. Schody zaczynają się w momencie oddzielenia złych myśli od dobrych. A tego, jak udowadniają chociażby jogini, można uczyć się nawet całe życie. Nie bez powodu wspominamy tutaj o medytujących. Wyciszenie się, skierowanie na pozytywne myślenie to nic nowego. Zalecają to nawet psycholodzy. Po prostu optymistom żyje się lżej i przyjemniej. Pani Maria praktykuje to od 10 lat i działa. Ostatnio musi nieco jednak odpokutować swoje zarozumialstwo i butę, jak mówi.

Reklama

Jakieś trzy lata temu miałam duże problemy ze stawami, do tego odezwało się moje chore biodro. W pewnym momencie prowadzenia koła zachowywałam się tak, jakbym pozjadała wszystkie rozumy. Te dolegliwości to moja kara, tak myślę. Dziś jest już lepiej, stawy nie bolą, powoli z tego wychodzę. Bez pomocy lekarzy, u których zresztą nie byłam od wielu lat

– wyjaśnia.

Doświadczenie przede wszystkim

Pani Maria nadal przyjmuje w swoim domu członków koła. Wcześniej, gdy grono było większe, spotykali się w szkole podstawowej. W pierwszych latach funkcjonowania należało do niego 12 osób, dziś zostały cztery. Przewodnicząca liczy na to, że jeszcze się powiększy. W naukach Bruna chodzi bowiem o dawanie ludziom nadziei i pokazanie, że warto pomóc sobie i innym. To nie żadna sekta, to miejsce, w którym ludzie dają sobie wsparcie. Jeśli ktoś myśli o tym sceptycznie, ma do tego prawo. Jedyny sposób na to, aby przekonać się, jak jest rzeczywiście, to test na własnej skórze.

Reklama

Bruno mówił: Nie musicie mi wierzyć w ani jedno słowo, ale waszym obowiązkiem jest przekonać się, czy to co mówię jest prawdą

– cytuje pani Cichoń.

Przekonamy się? Koło w Skórce czeka na nowych członków. Stowarzyszenie Przyjaciół Bruno Gröninga działa również w Pile.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    vieho - niezalogowany 2016-11-18 15:46:42

    a siebie samego ten "uzdrowiciel" nie wyleczył....zmarł na raka mając zaledwie 53 lata.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Natka - niezalogowany 2022-02-09 12:34:28

    Nie zmarł na raka ale spalił się wewnętrznie - zakaz uzdrawiania sprawił, że nie mógł przekazywać już uzdrawiającej siły i ona go wypaliła. Zresztą sam to przepowiedział parę lat wcześniej. Gruczoł tarczycy był przekaźnikiem siły. A przyczyna śmierci "rak" została wpisana w dokumenty po to aby wdowa mogła przewieźć prochy bez żadnych przeszkód na cmentarz w Dillenburgu.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Wandzia - niezalogowany 2024-04-08 12:53:33

    Tak, tak, tak, a ja jestem primaballerina. Sekciarskie oszołomy na wszystko znajdą wytłumaczenie. Wybacz, ale trzeba was nazywać po imieniu. Mam Boga w sercu i nie godzę się na to, co tu wyprawiacie.

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama