Kamieniem oberwał na Zamarłej Turni w Tatrach. Zimą 2011 roku. W dolinie było –8 ºC, a na szczycie +17. Tomasz lubi wspinać się w śniegu i lodzie. Latem ma gorszy styl, ale zimą radzi sobie doskonale. Nawet ze słabszym okiem.
To tylko szkło mi z okularów wypadło
– śmieje się z niebezpiecznej przygody.
Najlepsze, że później kolega znalazł je pod ścianą, było tylko lekko wyszczerbione.
Tomasz Urbański wspina się od dekady. Tak na poważnie, bo już jako dziecko wchodził w górach tam, gdzie rodzice zabraniali. Gdy miał 6 lat reprezentacja Polski w piłce nożnej po zwycięstwie 3:2 nad Francją zdobyła trzecie miejsce na mistrzostwach świata. Gole strzelili Andrzej Szarmach, Stefan Majewski i Janusz Kupcewicz. Ale on w sportach drużynowych był słaby.
W siatkówce czy koszykówce zawsze była bida z nędzą
– mówi, gładząc zebrane w kucyk włosy.
Za to gimnastyka czy lekkoatletyka to była rewelacja. Poza tym śledziłem polskich himalaistów. Chciałem być jak oni
– mówi mając zdjęcia ze wspinaczki za plecami. Na tym pionowym Tomasz zdobywa ścianę w Dolinie Białej Wody. Idzie po lodzie. Na tym obok podchodzi pod Filar Świnicy. Na fotce nie widać, że wiało wtedy 120 km/h.
Życie pisze jednak swoje scenariusze. Zamiast pójść w ślady Jerzego Kukuczki, który jako drugi człowiek na Ziemi zdobył Koronę Himalajów i Karakorum (wszystkie 14 szczytów o wysokości ponad 8 tys. m), Tomasz Urbański siada na kasie. W aptece przy ul. Wojska Polskiego. Główną księgową jest tam jego mama, a firma potrzebuje kogoś zaufanego. Tomek właśnie skończył szkołę i myśli, co ze sobą zrobić.
Miałem tam być rok, a zostałem szesnaście lat. Z czasem zostałem księgowym. Góry nauczyły mnie odpowiedzialności, więc jak się za coś biorę, to na poważnie
– mówi, choć za biurkiem strasznie się nudził. I marzył. O górach. Pod ladą przeglądał branżowe gazety.
To jednak nie była zła praca. Nie przeszkadzała mi w wyjazdach w góry
– twierdzi, rozsiadając się na kanapie wyjętej z volkswagena T4. Od kilku miesięcy w budynku wynajętym od Spółdzielni Mieszkaniowej „Piast” w Złotowie prowadzi bulderownię. To pomieszczenie, w którym można trenować wspinanie się po ścianach. Uczą się tego dzieci i dorośli. Podobne uchwyty Tomasz Urbański miał na balkonie mieszkania. Szkołę wspinaczki „Skała” założył 2 października 2012 roku. Krótko po zamknięciu apteki.
Żona na linie – Zima. Kazalnica. Śnieg zmiękcza surowy obraz Tatr. Tomasz z partnerem robią drogę Łapiński – Paszucha. On rusza na trawers z Nyży ze świeczką. W prawo i lewo skos do góry...
Efekt „wow” – Pamiętacie Państwo scenę z Mission Impossible 2, w której grający głównego bohatera Tom Cruise wspina się w górach? Gdy zjeżdża po skale, cudem zatrzymuje się na opuszkach palców...
Wiem, kiedy odpuścić – Matterhorn, droga Schmidtów. Noc. Samolot? Nie, to lawina kamieni. – Jeden mnie sięga. Stoję skosem pod ścianą. Rozwala mi plecak, sprzączkę, kurtkę puchową i po mnie idzie na dół...
Zima. Kazalnica. Śnieg zmiękcza surowy obraz Tatr. Tomasz z partnerem robią drogę Łapiński – Paszucha. On rusza na trawers z Nyży ze świeczką. W prawo i lewo skos do góry.
Super. Idę po pustym, odparzonym od skały lodzie. Staję na lodowym grzybie. Ostatnia asekuracja jest hen. Wbijam hak, a ścianka się rozlatuje. Wbijam jedynkę, wpinam się, czekanem sięgam do trawki, którą widziałem w górze. Wyciągam się na maksa i czuję, że chwyt się urywa. Kamień zostaje mi w ręce. Lecę
– to kolejna przygoda, o której Tomasz nie od razu mówi żonie. Poturlał się dwadzieścia merów w dół, wstał jedynie posiniaczony.
Najpierw o tych przygodach wie mój partner wspinaczkowy, ale przed żoną i tak się nic nie ukryje
– twierdzi, wyciągając przed siebie nogi w sportowych butach. Podobne, do wspinaczki, leżą na półce obok. Nad nimi wiszą woreczki na magnezję. To dzięki niej uchwyt na ścianie się nie ślizga.

Po Tatrach Tomek już biega. Teraz wyzwaniem są dla niego Alpy
Wracając do żony, to T. Urbański twierdzi, że lepiej trafić nie mógł.
Najpierw mnie asekurowała, gdy zaczynałem się wspinać, a potem sama weszła na ścianę. Zawsze tolerowała moją pasję, a nie jest łatwo znaleźć taką żonę
Reklama
– mówi z uśmiechem. Zaufanie kobiety powstrzymuje go przed zbytnim ryzykiem. Gdy wchodzi na skałę bez asekuracji, to w terenie, który zna. No i może tam, gdzie lina by go spowolniła. Bo czas to dla wspinacza ze Złotowa synonim stylu. Im szybciej stanie na „głowie” góry, tym lepiej. Dlatego tryptyk alpejski zamierza pokonać w ciągu tygodnia.
Drogę na Eigerze chcemy zrobić w ciągu jednego dnia. Tego nie zrobił jeszcze żaden Polak. Trasę Colton – Mcintyre planujemy na dziesięć godzin
– opowiada o dwóch z trzech ścian do zdobycia. Tę drugą 8 marca 2015 roku Brytyjczyk Tom Ballard pokonał w 3 godziny 20 minut. Ale cztery dni później polski zespół w składzie: Marcin Księżak, Wojtek Ryczer i Rafał Waldorf–Zając potrzebował na to około 24 godzin.
Jeśli nam się powiedzie, to jak na Polskę będzie to osiągnięcie
– zapewnia właściciel „Skały”.

To co jednych przeraża, innych napędza. Tomasz Urbański uwielbia zimową wspinaczkę
Pamiętacie Państwo scenę z Mission Impossible 2, w której grający głównego bohatera Tom Cruise wspina się w górach? Gdy zjeżdża po skale, cudem zatrzymuje się na opuszkach palców, a potem, robiąc obrót przez plecy, zmienia uchwyt? Podczas prawdziwej wspinaczki takich rzeczy się nie robi.
Można, ale po co?
– pyta alpinista.
Są ludzie, którzy potrafią zawisnąć na małym palcu i jeszcze się podciągnąć. Takie rzeczy robi się dla „wow”. Dla zdjęć. Wspinacze mieli takie sesje, w których wisieli na jednej ręce przez przewieszenie, a drugą rękę magnezjowali. To pod publikę
Reklama
– ocenia. Sam nie popisuje się na skałach, choć ręce ma mocne. Jego opuszki przypominają palce żaby. Grube i zaokrąglone wyglądają jakby były stworzone do przyklejania ciała do ściany.
Wspinacza poznać można po dłoniach i… twarzy. Ta zazwyczaj jest przez naturę nieźle naruszona
– Tomasz przypomina o ekstremalnych warunkach w górach. Mrozie, śniegu, ale też ostrym słońcu. I to niezależnie od pory roku.
Alpiniści zwykle opalone mają dłonie, do nadgarstków i twarze
– wyjaśnia, zdając sobie sprawę z tego, jak zabawnie muszą wyglądać po rozebraniu się.
Tomasz Urbański od czterech lat jest instruktorem wspinaczki. Zdobywał góry zimą i latem, w deszczu i śniegu, z asekuracją i bez. I wie, że wcale nie ręce są w tym sporcie najważniejsze.
Liczy się przede wszystkim charakter, zawziętość. Zawsze tłumaczę podopiecznym, że wspinamy się nogami. Przez 3 – 4 lata szukamy stopni, a ręce później dochodzą. To nogi przemieszczają nas w górę i w bok
– zdaniem miłośnika wspinaczki sport ten uprawiać może każdy.
Wspinają się ludzie bez reki, bez nogi. Jeżeli dobrze wybierzemy cel, to można wszystko
Reklama
– zapewnia.

Po treningu w bulderowni można przejść poziom wyżej - na skałki
Patrząc na zdjęcia Tomasza w górach, gdy np. pokonuje 1200 metrów po stromej skale mierzącej w sumie ponad 4 kilometry, trzeba zadać pytanie, dlaczego to robi. Po co tak ryzykuje.
Chodzi o spokój i adrenalinę jednocześnie. Chcę wspiąć się na górę mimo strachu, że coś może pójść nie tak. Sztuką jest zdawać sobie sprawę z zagrożeń, a mimo to to zrobić. Wspinając się przesuwam własne granice
– odpowiada jednym tchem. Dopiero na wierzchołku opadają emocje. Ale T. Urbański zadowolony jest dopiero, gdy zatrzyma czas. Jeśli jest niezły, to mówi, że zrobił coś w dobrym stylu. Tym, co go napędza, jest stały rozwój.
Na początku przygody z górami Tatry polskie wydawały mi się ogromne, a potem po nich biegałem. I już były malutkie. To samo dzieje się teraz w Alpach. Coś, co kiedyś robiłem cztery dni ostatnio zajęło mi dziewięć godzin.
Matterhorn, droga Schmidtów. Noc. Samolot? Nie, to lawina kamieni.
Jeden mnie sięga. Stoję skosem pod ścianą. Rozwala mi plecak, sprzączkę, kurtkę puchową i po mnie idzie na dół. Mam połamane biodro?
– ze wspinaczki w Alpach złotowianin przywozi różne wspomnienia. Te, kiedy otarła się o niego śmierć wryły się w pamięć najmocniej.
Jak się otrząsnąłem, dowspinałem się do kolegi, bo gdybym został w tym miejscu, to byłby problem. Skończyło się na wielkim siniaku
– mężczyzna śmieje się niepewnie, bo wie, że był o krok od tragedii.
Z tą ścianą wiąże się jeszcze jedna anegdota. Wyczyn, za który Tomasz z kolegą zostali wyróżnieni przez środowisko wspinaczy. Panowie ustanowili niechlubny rekord – na ścianie byli przez pięćdziesiąt godzin.
Jak się wbijamy, to idziemy i nikt nie wymięka. Fizycznie byliśmy przygotowani, ale nie byliśmy zaaklimatyzowani. A to jest 4500 m
– opowiada złotowianin.
Nie bałem się choroby wysokościowej, ale wydolność nam znacznie spadła. No i trasę, którą mieliśmy zrobić w piętnaście godzin, robiliśmy godzin czterdzieści. A z zejściem pięćdziesiąt
– dokładniej ze zjazdem, bo w trudnym terenie po tylu godzinach na skale panowie nie ryzykowali schodzenia. Zwłaszcza, że przez ponad dwie doby wypili po pół litra wody. To wówczas Tomasz doświadczył czegoś, o czym dotąd jedynie czytał w relacjach himalaistów.
Na zjazdach ciągle czekaliśmy na tę trzecią osobę. Ty, zjechał już czy nie? No zjechał, mówiliśmy, a potem w śmiech, bo zdaliśmy sobie sprawę, że przecież szliśmy we dwóch
– przypomina sobie szef firmy wspinaczkowej.
Na szczęście i ta przygoda skończyła się dobrze. Można powiedzieć, że tragedia była blisko, ale Tomasz Urbański twierdzi, że wie, kiedy odpuścić. Przykładem jest wrześniowa wyprawa na Mount Blanc. Z czwórką znajomych postanowił zdobyć mierzący 4808 metrów Dach Europy. Po spacerku i nocy w winter roomie (otwarty pokój, gdzie można się przespać; czasami są tam gąbki, materace, koce, a bywa, że nic) weszli na 3200 metrów. Niektórzy mieli już płytkie oddechy, ale po odpoczynku ruszyli dalej. Minęli Wielki Kuluar na ścianie Goutera, na którym kamienie śmierci sypią się jak płatki śniegu zimą. Powyżej odpadły pierwsze dwie osoby.
Sylwek źle się czuł, wymiotował, a jego żona Monika, która była na Elbrusie i Kilimandżaro wiedziała, że dla niej za mocno wieje, a temperatura jest za niska
– wspomina „Skała”. Pozostali panowie zrezygnowali przy 4200 metrów. Cofnęli się do schroniska, odpoczęli i zaatakowali następnego dnia.
Doszliśmy do garbów wielbłąda i tam ja powiedziałem „sorry”. Oni chcieli iść, ale skoro w łatwych warunkach mieliśmy problemy, to wyżej, na eksponowanej grani, będzie jeszcze gorzej. Zrobiliśmy wszystko w miarę bezpiecznie. Wejście na górę nie jest warte tyle, by zaryzykować życie. Trzeba umieć powiedzieć „stop”
– w tej sytuacji doświadczenie Tomka wzięło górę nad chęcią pokonania góry przez jego kolegów. A może jemu łatwiej było zrezygnować, bo już był na szczycie najwyższej góry Alp?
Zdobyłem kilka czterotysięczników, ale to nie kilometry ani nazwy są najważniejsze. Liczy się to, abym się rozwijał. A w górach robię to najpełniej
– mówi człowiek ze skały.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
http://wspinanie.pl/2016/01/przyznano-morskooczne-zlote-jaja-za-rok-2015/ Mówisz o tym ?
Szacunek Panie Tomaszu za pasje,tak trzymać
2wp.pl
Jak mawia znajomy: Pośpiech wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł.
Przypadkowo znalazłem w necie - ,,srebrne jajo" 2015 przyznawane nad Morskim Okiem. ,,Janusz Ryszewski i Tomasz Urbański za ,,błyskotliwe" przejście pn. ściany Mattenhornu drogą Schmidtów w czasie 40 godz. non stop w warunkach, które umożliwiły mijającemu ich soliście pokonanie ściany w 2,5 godziny.
,,Srebrne Jajo " - Janusz Ryszewski i Tomasz Urbański za błyskotliwe przejście pn. ściany Mattenhornu drogą Schmidtów w czasie 40 godz. non stop w warunkach, które umożliwiły mijającemu ich soliście pokonanie ściany w 2,5 godziny !!! Coś takiego znalazłem w necie : http://wspinanie.pl/2016/01/przyznano-morskooczne-zlote-jaja-za-rok-2015/
Nie chce mi się wierzyć, że w Złotowie był taki himalaista. Bardziej wierzę, że sprzedawał telefony komórkowe w sieci ERA
Odnośnie Rajan.Znam tego człowieka jest to bardzo wybitny wspinacz ,instruktor przy nim zawsze czułem się bardzo bezpiecznie. Jak on według Ciebie jest sprzedawca telefonów to ty jesteś frajerska pała.
http://wspinanie.pl/2016/01/przyznano-morskooczne-zlote-jaja-za-rok-2015/ Mówisz o tym ?
Szacunek Panie Tomaszu za pasje,tak trzymać
2wp.pl